Faza pierwsza: wyparcie.
- No kurwa, to na pewno nie Xan!
Miejsca na pozostałe pięć… czy cztery fazy – nie mam pojęcia, jak to dalej idzie – nie wystarczyło, kiedy ta pierwsza przejęła nade mną kontrolę na początku przeglądania pokaźnych zbiorów mniej lub bardziej familijnych fotografii w tajemniczych archiwach rodzinnych. Dopiero później, kiedy moja świadomość doszła do wniosku, że czas na fazę akceptacji, i oczywiście nie mam pojęcia, którą ona jest w kolei, zaczęło się robić bardzo zabawnie.
A przynajmniej na to się zapowiadało, zanim wielka kupa futra, przerażona moim wcześniejszym zniknięciem nie wpierdoliła się na mnie, żywiąc dogłębne przekonanie, że niemal mnie przewracając powstrzyma wszystkie moje członki przed próbą spierdalania z jej pola widzenia. Amaranth akurat idealnie trafił w moment, kiedy wstawałam, aby przynieść sobie przekąskę do pokazu z kuchni.
Oczywiście czułam, jak z siłą nadciąga w moją stronę i w pewnym stopniu udało mi się obronić przed pierwszym uderzeniem łapą po kolanach, które zresztą mam nadzieję, że było wymierzone niechcący przez całe to jego przejęcie moim widokiem, to jednak następny atak mnie zaskoczył. Przypuszczałam, że dalej będzie na mnie napierał, aż wytraci pęd i wyhamuje mną gdzieś w połowie pokoju, prawdopodobnie przesuwając stolik przy kanapie pod jedną z najbliższych ścian. A Amcio tymczasem zamiast dokładać więcej siły, postawił na uczucia i wepchnął w moje ręce swój wielki, miękki łeb, gładząc się moimi palcami, kiedy przesuwał nim w różne strony. Czułam sporadyczne muśnięcia mokrym nosem i przynajmniej dwa, jeszcze bardziej mokre zresztą, niebieskie liźnięcia.
Nie umiałam się temu oprzeć. Zanim się zorientowałam, już uspokajałam go lekkim masażem złamanych uszu, przy okazji próbując złapać w ręce jego łeb tak, aby móc na niego spojrzeć. Schował go sobie wcześniej gdzieś pod moją piersią, jakby zaraz miał zamiar zacząć w nią płakać.
- Gdzieś znikła?! – wyjęczał niewyraźnie, odmawiając moim subtelnym próbom odsunięcia go ode mnie. – Jak się obudziłem, to nikogo nie było!
Powstrzymałam się od głębokiego westchnięcia, które by bez wątpienia zauważył, i w końcu postanowiłam znaleźć jego wzrok inaczej. Ukucnęłam, dalej trzymając jego futrzastą głowę, teraz nieco z dłońmi pod innym kątem, przez co uniosłam mu znacznie policzki, jakby był niesfornym, płaczącym dzieckiem, które się nikogo nie słucha. Tylko że on tak wyglądał słodko… jak naburmuszony puciek.
- Przecież nie poszłabym nie wiadomo gdzie, przestań panikować – powiedziałam stanowczo, ale nie surowo, zmiękczona tym widokiem i jego desperacką próbą przytulenia się do mnie. Zupełnie jakbyśmy się nie widzieli z co najmniej tydzień. – Poza tym, Tomer przecież jest, więc niemożliwe, że nikogo nie było.
Choć bardzo mnie ona ciekawiła, to niestety reakcja Orcia nie była mi dana do zaobserwowania. Stałam do niego tyłem, a sondując go subtelnie Mocą mogłam wyczuć jedynie przejście zaskoczenia w rozbawienie. No tak, dla postronnego widza to faktycznie mogło wyglądać śmiesznie, kiedy wielkie, psopodobne stworzenie, które w pewnych sytuacjach można byłoby nazwać bestią, tuli się rozemocjonowane do dziewczynki.
Czasami zapominam, że właśnie tak mnie wszyscy widzą.
Chociaż mam nadzieję, że przynajmniej Xan jednak nie.
- Tomer się kąpał! – wył dalej Amcio, niezmiennie niewyraźnie, teraz przez moje dłonie. – Nie mogłem wejść do łazienki i się zapytać o ciebie! A potem, jak wyszedł, też nie wiedział i nie wyglądał na przejętego!
Och nie, to takie straszne! Mój własny chłopak miał w dupie, gdzie się podziewam.
Teraz pozwoliłam sobie na westchnięcie. Zabrałam z jego pyska ręce, zsuwając je niżej, do szyi. Trzymając go tam było mi też łatwiej kucać.
Całe dłonie wraz z palcami zatonęły mi w długiej, miękkiej sierści, obejmując mnie ogromnym ciepłem i niespodziewaną wręcz delikatnością. Już miałam ochotę się go zapytać, jakiej odżywki używa, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.
- I dobrze, że nie panikowaliście oboje, bo chyba bym podwójnej takiej dawki nie zniosła – mruknęłam, patrząc Amciowi prosto w te czarne oczka. – Tomer wie, że nic by mi się nie stało, weź z niego przykład.
Wcześniej zawsze nagabywali mnie oboje, gdzie się szlajam, a teraz rzeczywiście zareagował tylko Amaranth. Zastanawiałam się, czy chłopak naprawdę wziął sobie do serca moje prośby z nierobieniem szumu o każde moje zniknięcie, czy może był świadom, gdzie jestem. Ale skąd by to wiedział?
- Przecież jesteście u mnie, tego domu nic ani nikt nie tknie – zapewnił Orcio nad naszymi głowami, jak zwykle z uśmiechem w głosie i prawdopodobnie na ustach również. Jego chrypliwe słowa przypomniały mi o czynności, którą wykonywałam przed tym zmasowanym atakiem.
Ani moje, ani jego słowa nie wydawały się uspokajać Amarantha na tyle, żeby przynajmniej odetchnął i się uśmiechnął, że już mnie znalazł. Dalej wyglądał na zaniepokojonego, więc tknęłam go w ten wilgotny nochal i powiedziałam:
- Przecież bym cię nie zostawiła, głupi. A jestem zbyt dobra, żeby ktokolwiek mnie zabił.
Zakończyłam wzruszeniem ramienia, obdarowując go uśmiechem, w nadziei, że go odwzajemni.
Chwilę to trwało, ale w końcu dał się przekonać. Wyraźne napięcie w jego ciele, a także zaalarmowana aura, zaczęły ustępować, aż przysiadł sobie z westchnieniem na zadzie. Jednak uśmiech pojawił się dopiero potem, kiedy jeszcze posmyrałam go po głowie.
- Może się dołączyć do przedstawienia? – zapytałam Orcia, wstając już z kucek i wskazując ruchem głowy otwarty holoalbum. Biorąc pod uwagę fakt, że starszy brat lubił ośmieszać młodszego, powinien się zgodzić.
- Ależ oczywiście, im więcej widzów tym lepiej! – ucieszył się, robiąc miejsce na kanapie dla Amarantha.
Czekałam tylko na ten moment, kiedy Xan wróci i zorientuje się, co się tu odkurwia na jego temat.
- Jakie przedstawienie? Co się dzieje? – zainteresował się Amcio, pobudzony naszym entuzjazmem. Od razu podniósł zadek, a wraz z nim ogon, którym zaczął majtać na lewo i prawo oraz nastroszył uszka, co by żadne ważne słowo nie uleciało jego uwadze.
- Zaraz wszystkiego się dowiesz – zapewniłam go, ale nie wpuściłam jeszcze na kanapę. Dalej miałam w planach przynieść sobie coś z kuchni, ale nurtowała mnie też inna rzecz. – Zanim zaczniemy… to gdzie właściwie jest Tomer?
Moje pytanie raczej powinno brzmieć “co robi na górze”, bo wyczuwałam jego obecność i w sumie to wiedziałam, gdzie jest. Jednak to nie miało znaczenia, bo Amcio i tak pewnie zawrze w swojej odpowiedzi wszystko, czego potrzebuję. Jeśli oczywiście wszystko to wie.
- Siedzi w pokoju i… – słowa zniknęły gwałtownie z przestrzeni, kiedy tak samo Amcio kłapnął pyskiem, zamykając prędko paszczę, aby nie dopuścić do wypłynięcia z niej najwyraźniej czegoś, o czym miałam się nie dowiedzieć. Albo ja, albo Orcio, niemniej wcale mi się to nie spodobało.
Mój wzrok jasno wyrażał nakaz, nie prośbę, aby kontynuował to, co zaczął. Am głośno połknął ślinę, oblizał nos, ale w końcu bąknął:
- Eee… i pracuje nad czymś.
Obdarzyłam go nieprzekonanym spojrzeniem spod wysoko uniesionej brwi, nie przyjmując do wiadomości takiego tłumaczenia.
- Kłamiesz mi tu kurwa prosto w oczy, jeszcze świadom, że czuję w Mocy coś takiego jak nieszczerość i oczekujesz, że tak po prostu sobie to zaakceptuję? – zapytałam, wpuszczając do tonu irytację, ale nie warkot i wkurwienie. Jeszcze nie.
Zignorowałam nawet stłumiony, na szczęście krótki chichot Orochiego, który na pewno był zafascynowany naszymi sprzeczkami.
- Ale ja nie kłamię! – pisnął Amcio, przyciskając uszy płasko do głowy i drepcząc z nerwów w miejscu. – On naprawdę jest zajęty czymś, co pokaże ci dopiero potem! Już i tak za dużo powiedziałem.
Niespodzianki kurwa? Co ten Tomer kurwa robi.
Przez te szopkę już się zdenerwowałam i nawet nic przyjaznego nie przychodziło mi do głowy.
- Bądź cierpliwa, twój chłopiec na pewno się odezwie – mruknął do mnie Orcio, rozłożony wygodnie na kanapie.
“Bądź cierpliwa”, pf, kurwa, ile razy już to słyszałam. Ja nie nadaję się do tego, aby być cierpliwą.
- Lepiej dla jego własnego zdrowia, aby tak było – burknęłam, choć nie intonując wypowiedzi na groźbę. Nie zamierzałam przecież nic mu zrobić, tylko łaziłabym wkurwiona, że znowu o czymś nie wiem.
- Na poprawę humoru… spójrz na to – odparł mi, a po chwili usłyszałam ciche kliknięcie urządzonka, w którym zamknięty był system holoalbumu wraz ze zdjęciami i moja uwaga przykleiła się do tego jak ślina powalonego Hutta do podłogi.
- Na co? – mruknęłam cicho, hamując narastający entuzjazm, aby nie był słyszalny w głosie. Nie mogłam tak szybko okazać zmiany nastroju z poważnego wkurwienia na ekscytację małego dziecka parkiem rozrywki.
- Pokazałem ci parę przykładowych zdjęć nie po kolei – kontynuował Orcio, ale jeszcze nic nie wyświetlił. – Ale teraz będziemy iść chronologicznie.
Olałam już totalnie chęć na przegryzanie coś pomiędzy kolejnymi zdjęciami, porwana tonem jego głosu, który obiecał niesamowitą przygodę.
Orcio zaczął swą porywającą, a jakże wzruszającą biedne, samotne sieroty – czyli nie mnie, ale najwyraźniej Amarantha – historię od samego wręcz początku. Po ponownym kliknięciu ukazało się coś… makabrycznego.
- O, Mocy… Co za brzydal. Jak to możliwe, że z takiej czerwonej, pomarszczonej glizdy wyrosło coś takiego, jak Xan? I ty uważasz, że TO jest urocze? Nie obraź się, ale coś tu definitywnie jest nie tak – komentowałam zawzięcie, widząc to robione chyba w bólach zdjęcie. Padło bowiem akurat na to cyknięte zaledwie jakieś parędziesiąt minut po pewnie głośnych, krwawych, długich i ogólnie spektakularnych narodzinach mojego Mistrza.
Zresztą, to był też dla mnie szok, dogłębnie i z prawdziwymi dowodami uświadomić sobie, że kiedyś na tej durnej, twardej głowie miał zaledwie trzy włosy na krzyż przyprószone jakimś rzadkim, czarnym mchem, a nie tę zniewalającą wszystkie przedstawicielki płci pięknej czuprynę.
Amcio także zrobił wielkie oczy na to zdjęcie. Xan nie był na nim podobny do siebie nawet wpół otwartym okiem, które zresztą było podpuchnięte. Na czole wyszły mu małe żyłki, pewnie ze zmęczenia darcia tej swojej niewyparzonej japy na matkę, że wypchnęła go na ten świat i nie przywitała flaszką wódki tylko cycem z mlekiem, jeśli w ogóle ktokolwiek do tego momentu jego życia zdążył go czymkolwiek nakarmić. Nie, żeby miał coś do cycków, ale te matki to jednak przecież nie to samo. Ręce miał zaciśnięte w małe piąstki, jakby już szykował się wpierdolić komukolwiek, kto chleje jego alkohol już odłożony na imprezę urodzinową celebrującą przyszłą pełnoletniość.
Krąg życia się zapętla. Narodzony w czerwonych barwach, schlany w czerwonych barwach, skacowany w czerwonych barwach i pobity też na pewno w czerwonych kolorkach. Xan powinien mieć przydomek “Wściekły”, bo już od maleńkości wkurw jawił się na jego licu rozżarzoną ogniem paletą barw.
Orcio za to śmiał się z nas, a szczególnie z mojej reakcji i podejścia.
- Przyznam szczerze, że kiedy po raz pierwszy go takiego zobaczyłem, to po prostu się przestraszyłem. Moja definicja noworodka przedstawiała się jakby nieco inaczej… Ale potem, jak przestał krzyczeć i zszedł mu ten wściekle czerwony kolor z twarzy, poszło już łatwo.
Moim skromnym zdaniem nawet nie będąc tak kurewsko czerwonym niczym usta najdroższej dziwki, Xan i tak wyglądał na małe, brzydkie dziecko.
- Amcio, biegnij po Tomera, on musi zobaczyć Xana w takiej odsłonie – poleciłam, popychając ciepłe cielsko Amarantha, żeby ruszył się z kanapy. – Potem sobie skończy rzeźbić te tajemnicze rzeczy. No idź.
Kurwa jak ciężko ruszyć mu z miejsca choćby na centymetr tę wielką owłosioną dupę.
- Ale nie będziecie oglądać beze mnie? – jęknął, kierując się już ku schodom.
- Nie będziemy – obiecałam, patrząc, jak się oddala. Po chwili odwróciłam się z powrotem do Orcia. – No dobra, dawaj następne.
Był tak samo typem zbrodniarza w rękawiczkach jak ja, więc skomentował to tylko zadowolonym, chytrym śmieszkiem i przeklikał na kolejne holozdjęcie.
- Masz oddzielny folder na wszystkie jego zdjęcia czy jak? – zapytałam z czystej ciekawości, spoglądając na śpiącego spokojnie Xana w jakimś łóżeczku.
Miał na głowie niebieską czapeczkę z kocimi uszkami i w ogóle był ubrany w jakieś śpioszki, które miały przypominać futerko. Automatycznie zaczęłam szukać w głowie gatunku kotopodobnego z kolorowym futrem, a przynajmniej wpadającym w odcień niebieskiego, ale słowa Orcia szybko zmieniły tor moich myśli.
- Do pewnego momentu nasza matka to segregowała, potem już się robi… nieco chaotycznie – wytłumaczył powoli.
- Później przestała? – drążyłam, nawet nie patrząc na niego, skupiona na szczegółach zdjęcia. Przyglądałam się leżącym z Xanem zabawkom – małej piłeczce, pluszakowi brązowego nerfa…
A no i oczywiście butla leżąca gdzieś po boku. Najebany to śpi.
- Tak – usłyszałam tylko i brak rozwinięcia przykuł moją uwagę. Uniosłam na niego spojrzenie, by móc przyjrzeć się jego twarzy.
Nie wyrażała nic konkretnego, chyba także odwrócił wzrok od fotografii dopiero wtedy, kiedy sama na niego popatrzyłam.
- Dlaczego? – zapytałam, ale bez wścibskości. Zabrzmiało to nawet trochę cicho, jakby była we mnie jakaś niepewność, czy powinnam to robić. Właściwie to trochę jej było, ale nie zamierzałam jej ukazywać.
Orochi milczał chwilę, utrzymując kontakt wzrokowy. Wężowe oczy lśniły złotym blaskiem, a zaraz otworzył usta, chyba żeby mi odpowiedzieć. Jednak nim zdążył wydobyć z siebie jakiś dźwięk, ze schodów zbiegł Amaranth w towarzystwie Tomera i widziałam już, że chwila minęła. Nie odpowie mi na to pytanie teraz, i czułam, że kryło się za tą sytuacją coś zdecydowanie więcej niż brak porządku w rodzinnych fotkach.
- Mieliście nie oglądać! – oburzył się Amaranth, wskakując z powrotem na kanapę. Przyprowadził ze sobą Tomera i jakoś zapomniał, że zajmuje ze swoim tyłkiem niemal trzy czwarte mebla, a my z Orciem pozostałą część.
- Tylko jedno, nic cię nie ominęło – odparłam. – Przesuń ten zad, Tomer ma stać nad nami czy co?
Futrzasty burknął coś niezadowolony, ale zszedł z kanapy. Usiadł sobie przy moich nogach, a przednie łapy położył mi na kolanach, wpychając się z głową przede mnie. Dobrze że siedząc na czymś wyższym miałam linię wzroku nad jego łbem, bo jakby mi zasłaniał to już nie byłabym taka miła.
- Witam bratanka – odezwał się Orcio z uśmieszkiem, odzyskując wigor.
Zmieszanie na twarzy Tomera było niemal namacalne. Podrapał się po policzku, przy okazji odgarniając sobie te za długie kosmyki gdzieś za uszy, po czym bąknął:
- No cześć… Co tu się właściwie dzieje?
- Amcio ci nic nie powiedział? – zdziwiłam się, patrząc to na jednego, to na drugiego.
- Kazał mi szybko przyjść bo coś tam… coś Xan? Nie wiem, mówił za szybko – odparł, wzruszając ramionami i w końcu zajmując miejsce obok mnie na kanapie. Szturchnął stopą Amcia, żeby sunął znowu tyłek, bo mu się giry nie mieściły tak, aby być bliżej mnie.
Oczywiście dostał od futrzastego naburmuszone spojrzenie, ale dupcia przesunęła się kawałek dalej.
- To ty kojarzysz za wolno – prychnął, tupiąc bezgłośnie ogonem.
- Byłem zajęty – tłumaczył się chłopak, wzdychając. Zaraz jednak poczułam ciepłą dłoń na udzie, więc przykryłam ją swoją własną.
- No już, nie sapcie – poklepałam go po ręku, żeby się rozchmurzył, bo wyglądał, jakby ktoś go obudził z przyjemnego snu. – Zobacz, jakie złoto tu mamy.
Orcio pstryknął kolejny raz i ukazała nam się chwila, w której trzymał młodszego braciszka w ramionach z grymasem bólu, ponieważ mały skurwysyński brachol ciągnął go rozbawiony za długie, ciemne włosy.
- To twój ojciec – wyjaśnił, chyba na wszelki wypadek, gdyby Tomer jeszcze nie zdążył zorientować się sam. – Uwielbiał męczyć moje piękne włosy.
- Widać, że lubił długie, dlatego sam sobie takie zapuścił – mruknęłam, śmiejąc się bezgłośnie z miny Orochiego. Pewnie pozowali do ładnego, wspólnego zdjęcia, ale Xan w ostatniej chwili postanowił powyżywać się na starszym rodzeństwie i zepsuł chwilę… albo ją ubarwił.
Swoją drogą, oglądanie zdjęć młodszego Orcia również było ciekawe. Jako dziecko też miał bladą skórę, no i właśnie długie włosy, już od najmłodszych lat.
- W jakim tu byłeś wieku? – zapytałam, pozwalając ciekawości formować słowa, zanim zdążyłabym się nad tym zastanowić.
- Sześć lat – odparł bez wahania, chyba nie przejmując się zdradzaniem takich informacji.
- No tak, Xan mówił, że tyle różnicy – burknął Tomer, bez żadnej konkretnej emocji na twarzy przyglądając się zdjęciu. Myślałam, że coś jeszcze dopowie, ale już umilkł.
- To on tu ma parę miesięcy dopiero? – kontynuowałam, gotowa zmierzyć się z kolejną fotografią. Co istotne, miał tu już więcej włosów na łbie.
- Tak, jeszcze wtedy wszystko wkładał do paszczy i ślinił, spał gdzie popadnie i czołgał się, zamiast chodzić jak człowiek – opowiadał Orcio ze szczerym uśmiechem na twarzy. Być może te wspomnienia były dla niego samą przyjemnością, a może w duchu śmiał się z Xana i dlatego się tak cieszył. – Kiedyś przemierzył cały pokój tylko po to, żeby ubrudzić mi nogawkę czymś, co jadł i zasnąć na mojej stopie.
- Nie wierzę, że kiedyś ten… to coś było tak niewinne – odparł Amcio, spoglądając teraz na Orochiego. Ten wzruszył tylko ramionami, nie zmniejszając uśmiechu.
- Każde z nas kiedyś było tylko dzieckiem – powiedział głęboko i enigmatycznie, zmuszając pewnie umysł całej naszej trójki na przewertowanie wspomnień z podobnego okresu w dzieciństwie.
Niestety, ja ich nie miałam. Nie pamiętam tego, co się działo, kiedy byłam takim małym gnojkiem. Wspomnienia zaczynają się od momentu kiedy byłam już trochę większa, ale są poszarpane i niepełne, a nikt nigdy nie wypełnił mi tych luk. Nawet nie odczuwam takiej potrzeby. Tamto życie już i tak nie ma znaczenia.
Jednak Amaranth i Tomer nie byli chyba w takiej samej sytuacji, bo wyrazy ich twarzy, a właściwie jednej i jednego pyska, jasno wskazywały na wysokie procesy myślowe przebiegające teraz pod ich włochatymi kopułkami.
W tle podprogowych dźwięków i sygnałów Mocy wyczułam powracającą do nas Kai. Mimowolnie się uśmiechnęłam, wyobrażając sobie jej reakcję na sesję zdjęciową małego gluta Xana.
- Dawaj dalej – zachęciłam Oro-wuja, jednocześnie mając nadzieję obudzić zanurzonych w letargu wspomnień chłopców.
- Tu ma pół roku – opowiadał, kiedy zdjęcie wskoczyło. – Ryzykował życie, prawie wkładając sobie do buzi ogon młodej anooby znajomych rodziców.
Xan siedział na podłodze, faktycznie trzymając w rękach jakiś gruby, owłosiony ogon. Za nim stał właściciel lub właścicielka kończyny, z pyskiem jasno wyrażającym zdenerwowanie i chęć do ataku. Jednak osobnik był trzymany przez kogoś za szyję, kto nie zmieścił się w kadrze.
- Bardzo mądrze robić zdjęcie zamiast ratować dziecko – zaśmiałam się, uświadamiając sobie, że Xan od najmłodszych lat igrał ze śmiercią niczym jej pan i władca.
Debil.
- Wszystko było pod kontrolą – stwierdził Orcio, przekonany, że na pewno nic by mu się nie stało.
Skoro było tam sporo dorosłych, to teoretycznie faktycznie powinien wyjść z tego cało… no i jak widać, w pewnym stopniu wyszedł.
- Anooby… – mruknął cicho Amcio pod nosem. – Potrafią być naprawdę nieprzyjemne. Z dwojga złego wolę te varactyle.
Potrząsnął z niezadowoleniem łbem, jakby chciał wyrzucić z pamięci niemiłe wspomnienia z tymi stworzeniami.
I, tak jak się spodziewałam, po chwili do domu weszła Kai. Była sama, ale wydawała się mieć dobry humor, przynajmniej tyle mogłam stwierdzić jedynie z Mocy, bo ciężko było mi na nią spojrzeć. Kanapa była ustawiona tyłem do wejścia, więc też i tak siedzieliśmy. Odwróciłam się jednak do niej, posyłając jej już uśmiech.
- Chcesz się pośmiać z Xanatosa? – zagaiłam od razu na wejściu, dostosowując się do wcześniejszego zapewnienia Orcia, że im więcej osób, tym weselej.
Dziewczyna popatrzyła na mnie zdezorientowana, powoli zmierzając w naszą stronę.
- Ale przecież go tu nie ma – odparła. Zaraz się jednak uśmiechnęła, a złośliwość i zadowolenie z czyjegoś nieszczęścia wręcz krzyczało w jej oczach z przedawkowania. – Obgadujecie go?
- Lepiej – mruknęłam konspiracyjnie, a kiedy w końcu podeszła na tyle blisko, aby od góry widzieć wyświetlane zdjęcia, dodałam: – Poznajemy jego niewinną, młodzieńczą przeszłość.
- O kurwa – skomentowała krótko i cicho, zaskoczona najwyraźniej tym, co zobaczyła. – To Xan? Jako dzieciak? On tak kiedyś wyglądał?
- To dopiero początek – zachęcił Orcio, chyba zafascynowany tym, że może podzielić się historiami z bratem z tak dużą ilością gawiedzi.
Kai popatrzyła na niego, dalej z lekkim szokiem na twarzy, ale zaraz się zreflektowała i znowu złowieszczo ucieszyła.
- Zróbcie mi miejsce, zaraz przyjdę – zapewniła, prędkim krokiem zmierzając ku schodom. – Ale poczekajcie na mnie!
- Poczekamy – odkrzyknęłam, a kiedy poczułam na sobie wzrok Orochiego, pokręciłam przecząco głową. – Nie, tym razem naprawdę na nią zaczekamy.
Amcio prychnął cicho, rozumiejąc aluzję do swojej sytuacji. Dla pocieszenia poklepałam go po głowie, żeby się już nie denerwował i jakoś dał się udobruchać.
W chwilę potem kontynuowaliśmy pokaz z jedną osobą więcej.
- O nie, robienie kopii stanowczo wzbronione! – oburzył się Orcio, wyłączając projekcję zdjęć, kiedy zauważył w dłoni dziewczyny holokamerę. Cała nasza czwórka wydała zawiedzione jęki, gdy obraz zniknął.
- Ale chcę mieć coś na niego – tłumaczyła Kai, próbując brzmieć niewinnie. – To będzie takie piękne go szantażować…
Mężczyzna zamilkł na chwilę, jakby analizował jej słowa. Miałam nawet wrażenie, że wstrzymał oddech.
Chyba wizja kolejnych upokorzeń okazała się dla niego zbyt kusząca.
- Później o tym ponegocjujemy – stwierdził, kończąc tym dyskusję. Włączył dalej zdjęcia, kiedy Kai odłożyła swój sprzęt i wszyscy byli zadowoleni.
- Ooo, plaża!
A w tym momencie najbardziej Amcio.
Bowiem goły tyłek małego Mistrza nie był dla mnie fascynującym widokiem.
- Jaka dupa – śmiała się Kai, w ogóle nie kryjąc swojego rozbawienia. – Co on w ogóle na słońce nie wychodził? Czemu jest taki blady?
- Walić jego kolor – dołączyłam się. – Patrz, jakie laski podrywa.
- No właśnie – pokiwał twierdząco głową Orcio, wskazując stojące w oddali cztery kobiety. Dwie z nich były Twi’lekankami, jedna o niebieskiej, druga o zielonej skórze. – Już od najmłodszych lat ciągnęło go do kobiet. Te wyrywał na swojego małego przyjaciela.
Razem z Kai zaśmiałyśmy się głośniej w tym samym momencie, wyobrażając sobie tę sytuację. Xan tutaj był już starszy, stał sobie spokojnie na swoich dwóch bladych nóżkach, a jego włosy w końcu były dłuższe. Był ustawiony tyłem do obiektywu, więc nie mam pojęcia, jaką mógł mieć wtedy minę, ale i tak wyglądał śmiesznie.
Zapatrzony w grupkę kobiet, zupełnie nagi i niepewny, co powinien zrobić. Do tego po swojej prawej stronie miał otwarty ocean, który być może dodatkowo utrudniał mu skupienie. W końcu to dość duża przestrzeń jak dla małego dziecka.
- Trudne początki kariery łamacza serc – prychnęła dziewczyna, ale dalej z uśmiechem. – Skoro taktyka wyciągnięcia na początek największych dział… które jednak nie są największe… okazała się chujowa, musiał się nauczyć jakichś innych sztuczek.
Znowu się śmiałam, teraz nawet Amcio chichotał, a Tomer uśmiechał się, kręcąc głową. Już miałam dołożyć jakiś żarcik od siebie, kiedy w drzwiach stanął mój Mistrz.
- O kurwa – wymsknęło mi się i aż podskoczyłam, gdy jego obecność zalała mnie falą w Mocy. Wcześniej w ogóle go nie czułam, więc kutas się przede mną ukrywał.
- A kuku – rzucił żartobliwie, najwyraźniej zadowolony z mojej przerażenie zaskoczonej reakcji. – Nie spodziewałaś się mnie tak wcześnie, co?
Odwróciłam się do niego, by móc spojrzeć na tę wkurwiającą, włochatą pałę i kiedy go zobaczyłam, od razu nasunął mi się obraz golasa na plaży zdezorientowanego kobitkami i zaczęłam się śmiać.
Mina stopniowo zaczynała mu się psuć, kiedy nie wiedział, z czego tak szczerze i głośno się chichram.
- Co jest… co was tutaj tak dużo – burknął, teraz dopiero kierując się do nas, bo wcześniej dalej stał w drzwiach. – Co to za zgromadzenie? Obrady okrągłego stołu?
- Lepiej – odparłam mu tak samo jak Kai, ale nadal za bardzo się śmiałam, żeby kontynuować.
- Kółko twojej adoracji – oddałam więc dziewczynie możliwość zarzucenia go ripostą.
Gdy dojrzał, co sobie beztrosko oglądamy, wkurwił się niemiłosiernie.
- Co tu się odkurwia?! Czemu im to pokazujesz, zdrajco? – krzyknął, rzucając się do holoprojektora, zapewne żeby go wyłączyć. Orcio jednak był szybszy i sam to zrobił, chowając go przy tym tak, że Xan nie zdołał go sięgnąć.
- Przecież to tylko twoje zdjęcia, chyba mogą je sobie pooglądać? – odparł mu brat niewinnie, z takim samym wzrokiem patrząc teraz na niego.
- Nie mogą! Nie życzę sobie! – warczał dalej Xan, obchodząc teraz kanapę tak, by móc patrzeć na nas od przodu.
- A to nie jest koncert życzeń, książę – wzruszyła beznamiętnie ramionami Kai, zirytowana, że ktoś przerwał jej frajdę. – Usiądź sobie z nami i się przyłącz.
- No kurwa na pewno – burknął, krzyżując ramiona na piersi. Był najwyższy z nas wszystkich, a zawsze, kiedy się wkurwiał, jakby Moc jeszcze dodawała mu siły i obszerności, przynajmniej w odczuciu psychicznym, nie wizualnym. Górował nad nami niczym kat, ale żadne z nas nie wyglądało na przestraszone czy przejęte jego protestami.
- Przestań psuć zabawę, sztywna pałko – rzuciłam mu, powielając jego gest z krzyżowaniem ramion. – Siadaj na tej swojej bladej dupie i opowiadaj coś o sobie, a nie kurwa.
- Zabawę moim kosztem! – jęknął, rozkładając entuzjastycznie ramiona na boki, wyrażając swoją irytację.
- No powspominaj ze mną – powiedział w końcu Orcio, już normalnym tonem, bez żadnych negatywnych uszczypliwości.
Długo mierzyli się spojrzeniami, a właściwie to Xanatos go mierzył, bo Oro tylko wyczekująco spoglądał na niego z dołu. Przyglądałam się teraz całej sylwetce Mistrza, tej fizycznej i astralnej, skupiając wzrok głównie na jego skrzących oczach.
Był bardzo niechętny i zły. Jednak im dłużej zagłębiał się w spojrzenie brata, ta niechęć gdzieś malała, a złość została zastąpiona innym uczuciem, które trudno było mi nazwać. Może dlatego, że go nie znałam, a mój Mistrz tak dawno go nie poczuł, że nawet pośrednio przez Moc nie potrafił mi go w pełni przekazać.
W końcu westchnął, potarł dłonią czoło wraz z oczami, przerywając tym samym kontakt wzrokowy i zaczął kierować się do Kai, aby wcisnąć chyba swój blady zadek obok niej.
- No dobra, ale tylko trochę… no posuń się, kurwa.
I już zaczął sprzeczki z Kai, własnoręcznie bardziej wpychając ją dalej w kanapę, na której zresztą już prawie nie było miejsca, a szczególnie dla niego.
- Sam się kurwa posuń tłusty klocku, pierwsza tu siedziałam – warknęła dziewczyna, odganiając od siebie jego łapy. – Przyszedł spóźniony, robi awanturę i jeszcze wymaga. Może ci jeszcze kurwa piwo przynieść, paniczu?
- No jakbyś była tak miła…
- Spierdalaj.
Najpierw się skrzywił po jej odpowiedzi, a potem po prostu uśmiechnął, chuj wie z czego zadowolony. Później jednak wzrok padł na zdjęcie z plaży i jego nastawienie całkiem się zmieniło.
- Ooo, moje laseczki!
No tak, typowe. Swoje największe porażki mężczyźni pamiętają jako całkiem przyzwoite osiągnięcia.
Ciekawe jakie jeszcze tajemnice skrywa to pudełeczko z fotkami.