Jak opływający samotnością liść na gałęzi, targany bezlitosnym wiatrem w porze zbliżania się czasu hibernacji drzew, tak i ja porzucona zostałam na okres tkliwego chłodu, wynikającego z braku obecności mojego Mistrza w mym bliskim towarzystwie.
Czy było mi z tego powodu przykro? W pewnym sensie na pewno, lecz wolność wynikająca z tego stanu rzeczy potrafiła osuszyć strugi łez powstałe na mych policzkach, wylewanych z tęsknoty za Xanem.
A tak naprawdę mój mentor, zbawca i opiekun opijał swój niewyparzony, krzywy ryj gdzieś na terenie rozległej Abregado-rae, mając mnie niezmiennie głęboko w poważaniu, żeby już nie powiedzieć – w dupie. Prawdopodobnie zrażał do siebie kolejnych ochroniarzy klubów, pubów i knajp, zezwalając miejscowym służbom zajmującym się pilnowaniem porządku na sporządzenie mu nowiutkiej, szybko zapełniającej się kartoteki, z pięknym portretem spod ołówka funkcjonariusza-artysty.
Ciekawe, czy gdyby była wśród nich kobieta, to uległaby jego urokowi? A może właśnie tak się stało i Xan jednak jest czysty niczym ta moja wypłakana za nim łza.
Mimo to, czas spędzony poza jego żelazną, surową jurysdykcją, zdecydowanie straconym nie był. Wykorzystałam go bowiem na skrócenie wyboistej drogi prowadzącej ku potędze.
Przez te parę dni od naszego ostatniego treningu skupiłam się sumiennie oraz całkowicie na poprawieniu zdolności mojej wzrastającej w siłę lewej ręki. Nie, żeby robienie tego samej było dla mnie czymś nowym, teoretycznie, i w dużej mierze także praktycznie, właśnie miałam się tym zajmować we własnym zakresie. Nie zmieniało to faktu, że brak uwag, a wraz z nimi czujnego spojrzenia Xana, nie należał do moich ulubionych typów treningów.
Wywiązałam się przynajmniej z moich niewypowiedzianych na głos zamiarów zaangażowania Tomera w swoje życie nie tylko poza czasem przeznaczonym na ćwiczenia, prosząc go o pomoc w wykonywaniu ich. Był bardzo skrupulatnym, a nawet mogłabym rzec, że elastycznym oponentem i solennie się przykładał bez względu na porę dnia czy długość naszych sesji. Chyba poczuł się trochę doceniony, o co poniekąd mi chodziło. Również Xan zwrócił większą uwagę na jego działania, kiedy to od razu zauważył na mojej szyi nowy dodatek biżuteryjny z informacją, skąd go mam. Wydawał się być z niego dumnym, a przynajmniej zadowolonym z kreatywności, chociaż Tomer musiał obejść się tylko jego uśmieszkiem i lśniącym wzrokiem. Konkretnych słów pochwały jako takich nie otrzymał oprócz jakiegoś zwykłego, powtarzającego się gówna, którego nawet nie umiałam przywołać w pamięci.
Wytłumaczyłam mu jednak, żeby się nie przejmował, bo tej zachłannej pale ciężko było zaimponować czy dogodzić, a uczucia wolał przekazywać niewerbalnie.
Xan właśnie wtedy zaczął notorycznie znikać, niepowstrzymany żadnym moim słowem lub czynem. Ulatniał się na całe dnie, kiedy to słyszałam go dopiero w nocy, rozbijającego się hałaśliwie po kuchni albo na same wieczory, gdy nie budził mnie tak gwałtownie swoimi powrotami. Każda próba rozmowy z nim kończyła się takim samym fiaskiem, co stopniowo zaczęło doprowadzać mnie do zniecierpliwionej irytacji. Strzegł sekretów swych wyjść niczym szyfrów do pochowanych w galaktyce sejfów, a ja nie miałam wystarczająco dużo siły, aby bawić się z nim w skomplikowane przesłuchania.
Choć moja wścibskość kusiła, by z nim walczyć i może cokolwiek z niego wyciągnąć, to postanowiłam przynajmniej raz posłuchać cierpliwości i dać mu czas, by prędzej lub później sam wyjawił mi wszystko, co uważał za słuszne. W końcu wiele razy przekonałam się już, że jeśli Xan chciał obrobić informację tak, by szepnąć mi tylko parę szczegółów spośród dżungli detali, to nie mogłam mieć na to większego wpływu.
Rozłożona wygodnie na niemal całej szerokości kanapy, z kończynami rozwalonymi we wszystkie możliwe strony, niewinnie przysypiałam sobie do kołysanki skomponowanej ze znajomych sekwencji dźwięków, na które składały się głosy przebywających ze mną osób i odzwierciedlenia w wibracjach powietrza ich działań w przestrzeni. Każda komórka mojego ciała błagała o chwilę odpoczynku, z którym oczywiście wiązał się brak ruchu, kiedy to wszystkie umieszczone wewnątrz nich organella pracowały w pocie czoła, by nadrobić straconą energię i dopasować się odpowiednio, aby nie pominąć żadnego przebiegającego w moim ciele cyklu. Jednym słowem, mięśnie bolały mnie ze zmęczenia, a ramiona prosiły o relaksujący masaż. Niestety, na to drugie musiałam sobie chwilę zaczekać.
Moi chłopcy bowiem zajęci byli sobą, a dokładniej sabakiem. Tomer uczył Amarantha kolejny wieczór strategicznego myślenia tej gry, a w pewnym momencie dołączył się do nich Orochi. Powitałam go zmulonym, zaskoczonym spojrzeniem, nie przypuszczając, aby hazard wchodził w zakres jego zainteresowań. Z drugiej strony, pomyślałam sobie, był starszym bratem Xanatosa – jak taka smykałka do ryzykownej zabawy mogłaby nie przetrwać w rodzinie? Przynajmniej Amaranth miał dwóch nauczycieli, z czym większe szanse na podłapanie w końcu, jak brylować podczas rozgrywki.
Byłam już na granicy jawy i snu, z jedną nogą głębiej w tym drugim, rozpływając się z lubością w miękkich ramionach braku świadomości, jak nagle coś w nią uderzyło. Rozbudziłam się z lekkim opóźnieniem, zdając sobie sprawę, że zbliżająca się w zwartym tempie, napięta obecność silnego użytkownika Mocy to po prostu mój Mistrz. Zmęczenie zmąciło mi osąd, tłumacząc rozespanemu mózgowi, że wszystko w związku z tym jest tak jak zwykle, ale po chwili przypomniałam sobie, jaką mniej więcej mamy godzinę i resztki snu uleciały bezpowrotnie.
Po raz pierwszy od paru dni Xan pojawił się w ciągu dnia, a nie kiedy już wszyscy spali. Zdobywając się na resztki pozostałej we mnie siły, wyprostowałam się na kanapie, oczekując nadejścia czarnowłosego huraganu. Spojrzałam kątem oka w kierunku Kai po mojej lewej, widniejącej w wejściu do kuchni położonej na parterze, aby upewnić się, że moje odczucia nie są wymysłem zmęczonego ośrodka nerwowego albo w ogóle snem. Dziewczyna również wydała się być teraz nagle zainteresowaną światem zewnętrznym poza daniem, które niestrudzenie przygotowywała od pół standardowej godziny. Jej zielony wzrok uniósł się i przeskoczył w kierunku korytarza, jakby chciała spojrzeć na drzwi. Po drodze jednak spotkał się z moim, być może wciąż trochę mglistym, acz czujnym.
To spojrzenie dało mi wystarczający dowód, iż nie jedyna wyczułam naładowaną aurę Xana. Zbliżał się tu niczym zaawansowany technologicznie buldożer w kierunku ściany drzew na Kashyyyku podczas swojej dziewiczej akcji dewastacyjnej. Zaczęłam się obawiać, co mogłoby z tego wyniknąć.
Z charakterystyczną dla niego siłą przedarł się przez drzwi frontowe, zakłócając ogólnie panujący spokój w pomieszczeniu. Wszystkie głosy ucichły, zarówno jak szczęk naczyń i sztućców w kuchni. Nie musiałam z zaskoczeniem unosić na niego oczu, gdyż wyczekiwały one jego nadejścia już parę minut wcześniej, dlatego udało mi się w krótkim czasie dojrzeć więcej szczegółów.
Jego ubrania były zmiętoszone i brudne, bluzka w paru miejscach podrygiwała od rozdarć, a ujebane spodnie nie przypominały ciuchu zdatnego do użycia. Pośród rozcięć materiału przelśniewały krwiste szlaki, jak się domyślałam od szybkich, wykonanych chaotycznie cięć wibroostrzem.
Xan oparł się o ścianę przedpokoju niemal w tej samej chwili, w której się w nim znalazł, trzymając się za twarz. Spomiędzy rozczapierzonych na niej palców broczyła tak samo świeża, ciepła krew, jak na jego brzuchu, piersi i ramionach. Czarna firana włosów ułożona była w dużo większym nieładzie niż na ogół, jeszcze bardziej przesłaniając mu lico, splątana, skołtuniona, poprzedzielana grudkami ziemi i zeschniętej krwi. Nic w tym widoku nie było dla mnie nowością czy nadzwyczajnością, jednak ostateczny osąd miałam zamiar wydać dopiero po obejrzeniu dokładnie tej jego zmasakrowanej mordy.
Z westchnieniem przyzwyczajonej do głupoty latorośli matki oparłam podbródek na dłoni, oczekując, aż prędzej czy później wtelepie to swoje pokiereszowane ciało głębiej w dom.
- Co żeś znowu odjebał, głąbie? – zapytałam na wejściu, dawno temu porzucając pełne wkurwu “Xan! Żyjesz?”. Oczywiście, że kurwa żył, własnymi oczami oglądałam właśnie jego walczące z infekcjami i otwartymi ranami ciało, wylewające osocze wraz z posoką wprost na podłogę przedpokoju.
Najbardziej przejętym wydawał się być Orcio, który widział go w takim stanie chyba pierwszy raz od paru lat, jeśli kiedykolwiek wcześniej miał okazję oglądać brata w takiej roli.
Roli awanturującego się pijaka z wyraźnym problemem alkoholowym.
- Xan, nic ci nie jest? – zapytał i były to jedyne słowa komfortu, jakie w ciągu kolejnych paru minut mój Mistrz łaskaw był otrzymać.
- Znowu nie zapłaciłeś za usługi? – dodała ze swojego miejsca Kai, wychylając się nieco z kuchni, aby móc lepiej widzieć. – Kiedy się w końcu nauczysz, że te laski nie lecą na ciebie bezinteresownie.
Xanatos niewzruszony żadnym z tych pytań skupił się w końcu na odzyskaniu stabilnej pozycji stojącej. Oczywiście zachwiało nim, a zroszone krwią buty oznajmiły ciężki krok do tyłu ku odzyskaniu równowagi. Szybko się jednak zreflektował, zaskakując mnie swoją ogarniętością i refleksem. W tym momencie zdałam sobie sprawę, co niecodziennego jest w jego aktualnym stanie.
Właściwie to nie był upierdolony w trzy dupy. Przeważającym zapachem, który od niego do nas dolatywał, była woń świeżej, kapiącej krwi. Słaby smród wypitego parę godzin wcześniej alkoholu wydobywał się chyba bardziej z jego otwartych ran niż ust.
- …rrant – wybełkotał, zasłaniając sobie oczywiście usta. Był to dziwny, krótki i dość agresywny dźwięk, który brzmiał bardziej jak warkot niż jakiekolwiek słowo.
- Rozumiem, że próbujesz zatrzymać swoje zęby w jamie ustnej, ale jeśli nie zabierzesz tej ręki, nawet Moc nam nie przetłumaczy twojego mamrotania – poinstruowałam go, co by każdemu z nas było wygodniej zrozumieć się nawzajem.
Żadne z nas do niego nie podeszło, aby mu pomóc. Nikt nie wyciągnął ręki, by podeprzeć jego chwiejące się ciało, czy nawet nie podał ręcznika, żeby się wytarł. Była to już wyuczona z doświadczenia przezorność, pozwalająca Xanowi na szamotanie się z samym sobą, póki nie znajdzie się w kompatybilnym do interakcji stanie.
W końcu Xan stanął pewnie na swoich dwóch kulasach i, być może wiedziony moim słowem, odsłonił przed nami ryj.
Wiele razy widziałam go podobnie poturbowanego, gdy trudno było nawet dostrzec pijacki, zmętniony blask jego gałek ocznych spośród na wpół zaschniętej i wciąż wylewającej się krwi. Jednak dzisiaj wepchnęło mnie bardziej w siedzenie kanapy, kiedy na nas spojrzał.
Nie chodziło nawet o sam jego wygląd, bo jednak bądź co bądź tak bardzo nie różnił się od poprzednich wypadków, ale fontanna brunatnej, gęstej pożogi, jaka dosłownie siknęła i rozlała się kałużą na podłogę tuż pod jego stopami, sparaliżowała mnie na moment. Nie bałam się ani widoku krwi, ani nie przejmowałam się jego dupą aż tak, aby tracić dech w piersi, kiedy lała się ona z niego. Po prostu zaskoczyła mnie nagłość takiego uzewnętrznienia się zawartości jego naczyń krwionośnych i limfatycznych. Jeszcze jego nienaturalnie umiejscowiony na środku twarzy nos i zaciśnięte gniewnie zęby dodawały mu tylko groteski w komplecie z dramaturgią czy grozą.
- Xan, kurwa! – wrzasnęła Kai, co w końcu obudziło mnie z mojego chwilowego odrętwienia.
- Amarrranth! – w odpowiedzi na krzyk dziewczyny wydarł się Xan, rzucając ognistym spojrzeniem w siedzącego obok Orcia chłopaka. – Nastaw… mój nos!
Wyjawiwszy swe żądanie, ponownie zakrył twarz, teraz jednak obiema rękami. Krwawy wodospad zmniejszył swą siłę, przeciekając teraz nieustępliwie pomiędzy zaciśniętymi palcami.
- Xanatos, na oczy naszej matki, nie na tę podłogę! – odezwał się także Orochi, dopiero odzyskując głos. Wstał z kanapy i poleciał do kuchni, ściągając gniewnie brwi. Kątem oka widziałam, jak wyminął Kai, aby dostać się do jakiejś najbliższej szmatki. Z drugiej strony pola widzenia dostrzegłam wkurwioną połowę oblicza Mistrza.
- Zossstaf naszą matke! Amaranth! – bełkotał stłumionym krzykiem, nie odrywając drugi raz rąk od twarzy. Chwilę odprowadzał brata wzrokiem do kuchni, ale zaraz znowu wlepił gały w Amcia.
Zanim chłopak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Orcio wpierdalał Xanowi już ścierę w szczękę.
Widać było, kto tu był niedoświadczony z jego ekscesami. Jako pierwszy wyszedł z ofertą pomocy, podczas gdy my już tylko oglądaliśmy przedstawienie.
Zerknął nagląco prosto w zieleń oczu Amcia, chyba bardziej z troski o drogocenne panele niż z przejęcia zdrowiem członka rodziny.
- Doprawdy, nic się nie zmieniłeś! Najpierw trzeba było ci zmieniać pieluchy i wycierać dupę, a teraz twarz! – warczał nad uchem Xana Orochi, z każdą chwilą coraz bardziej rozgniewany.
Kai prychnęła cicho, zajmując miejsce na brzegu kanapy. Jej obecność pchnęła Amcia do działania, który to wstał, gdy tylko usiadła.
- Ja tam większej różnicy u niego pomiędzy jednym i drugim nie widzę… – mruknęła, uśmiechając się złośliwie.
- Ty się tam nawet nie produkuj – burknął Xan ku niej, jeszcze bardziej stłumionym głosem. Zaraz spojrzał na Orcia i dodał: – To tylko krew, zejdzie odkażaczem.
Sposób, w jaki się wypowiadał oraz najwyraźniej trzeźwość myśli, którą zachowywał, tym bardziej przekonał mnie o jego braku upojenia alkoholem.
To było dziwne. Xan na trzeźwo nie wszczynał bójek tak zaciętych, aby kończyć z rozjebanym nosem. Znając jego, Abregado znowu musiała wpierdolić go w jakąś osobistą sytuację.
- Dobra, ja już się tym zajmę – usłyszałam nagle stonowany, spokojny głos Amarantha, który wyrwał mnie z rozmyśleń. Przesunęłam się bardziej na kanapie, aby móc widzieć, co wyczynia z mordą Xana. – Nie ruszaj się, śmierdzielu.
Odjął poszkodowanemu z twarzy ścierkę i wręczył Orciowi, od razu przyjmując na własne oblicze maskę pełnej koncentracji, skupienia oraz oczywiście lekkiej irytacji.
- Zabierz te łapy, pewnie po drodze tylko pogorszyłeś sobie sytuację – burknął, ściągając jasne brwi nad zmarszczonym nosem. – Tyle razy mieć złamany nos i nadal nie umieć samemu go sobie nastawić?
Odpowiedział na to zapewne retoryczne pytanie krótkim, dezaprobującym prychnięciem.
- Przestań mi tu dmuchać i… KURWA!
Amaranth zrobił to tak szybko, że gdybym sobie wtedy mrugnęła, możliwe że ominęłaby mnie cała ta chwila.
Xanatos nie zdążył dokończyć zdania, jak chłopak pewnym chwytem złapał za jego nos z obu stron i bez wahania przekręcił, wrzucając pokiereszowane chrząstki na swoje miejsce.
- Mogłeś mnie ostrzec! – warknął na niego zakrwawiony, mrużąc oczy, gdy Am strzepnął sobie z palców ostentacyjnie jego krew. Złapał bez słowa za ścierkę w rękach Orcia i rzucił ją Xanowi w ryj, odwracając się.
- Chciałem zrobić to jak najszybciej – mruknął, niewzruszony. – Idź się umyć, bo boli samo patrzenie na ciebie.
Odchodził już w stronę najbliższego zlewu, kiedy zerknął na niego jeszcze przez ramię, aby dodać:
- Z żałości, żeby nie było.
Widziałam, jak Amcio uśmiechał się pod tym swoim zmarszczonym noskiem złośliwie, gdy szedł.
Kai zaśmiała się z kanapy, opierając się na niej wygodniej.
- Oh, Xan, widzę, że jak twój chłopak się wkurwi, to nawet ja nie mam szans w jeżdżeniu po tobie – dorzuciła od siebie, zaszczycając wszystkich dużo bardziej wrednym uśmieszkiem niż Amaranth, który swój przeznaczył głównie dla siebie.
Tomer obserwował całą sytuację w milczeniu, tak samo jak ja przyzwyczajony do tego stanu rzeczy. Wszystkich nas zaskoczyła ilość krwi, a nie jej obecność wraz z pojawieniem się Xana z powrotem.
Każde z nas wiedziało po prostu, że temu dzbanowi i tak nic kurwa nie będzie, więc przejmowanie się było jedynie stratą czasu i nerwów.
Nagle Orciem zawładnęła aura ciekawości, podczas gdy oparł się z zastanowieniem o oparcie mojej kanapy, przyglądając się swemu bratu lśniącymi, żółto-zielonymi oczyma spod przymkniętych powiek.
- Coś was łączy? – zapytał, wskazując na plecy Amarantha, aby ukonkretnić swoją grupę docelową.
Przez chwilę Xan spoglądał na niego błędnym wzrokiem, ocierając sobie całą czerwoną ścierką japę, aż w końcu zaśmiał się krótko z lekkim charczeniem, gdy zorientował się, o co chodzi jego bratu.
- Tak, pewne bardzo silne uczucie – odpowiedział, wpatrując się wwiercającym się wzrokiem w chłopaka stojącego w kuchni. Gdy Amaranth to wszystko usłyszał i odwrócił się, napotykając spojrzenie Xana, także się uśmiechnął.
Sytuacja nabrała dziwnego obrotu, a ja nie do końca umiałam zrozumieć, co Mistrz ma na myśli oraz czemu oboje się tak głupkowato uśmiechają. Zauważyłam, że nie tylko ja się tak na nich gapię.
- Nienawiść – wyjaśnili, wymawiając to słowo jednocześnie.
Musiałam przyznać, że wyszło im to całkiem efektownie.
Ponownie usłyszałam cichy chichot Kai, poprzedzający jej słowa:
- Z niej już łatwo do miłości!
Już nieco bardziej przytomne spojrzenie granatowych oczu ulokowało się wygodnie we wzroku rozbawionej dziewczyny.
- Tak? W takim razie w naszym przypadku także już do niej blisko – mruknął, podrygując sfatygowaną brwią na rozciętym czole.
Cała radość Kai momentalnie z niej uleciała, a ona sama przybrała minę zniechęconej, a może nawet obrzydzonej osoby taką poufałością.
- Prędzej zapałałabym namiętnym uczuciem do Gamorreanina niż twojej obsmarowanej wydzielinami z wewnątrz własnego ciała, i pewnie nie tylko, osoby – burknęła, podnosząc się ze swojego miejsca.
To jak zwykle ruszyło mojego Mistrza do żywego, który pomimo ran otwartych, bólu i ogólnego dyskomfortu organizmu nadal chciał z nią walczyć.
- A jeszcze byś się zdziwiła, co się pod tym wszystkim kryje! – rzucił, gdy zaglądała z powrotem do kuchni. Zabrała z niej to, co wcześniej przygotowywała i obdarowała go ostatnim spojrzeniem znużonych oczu.
- Spasuję – mruknęła końcowy postulat, znikając w przedpokoju na schodach prowadzących na piętro, głucha na kolejne słowa Xana.
Ten prychał, już niezadowolony, ale nagle przypomniał sobie chyba, w jakiej sytuacji się znajdował, bo gdy spojrzał na czerwoną kałużę rozlaną na ciemnym drewnie podłogi pod swoimi stopami, jego oczy jakby się zwiększyły.
- Ty to tutaj rozlałeś, więc ty to powycierasz, a twój ból mnie w ogóle nie interesuje.
Orochi najprawdopodobniej odpowiedział na niewypowiedziane pytanie brata, który chcąc czy nie chcąc, musiał sprzątnąć po sobie cały ten syf. Aż miło było popatrzeć, jak nakurwiał na kolanach, by zadowolić surowego sędzię czystości.
To ciekawe, że miał u Orcia taki posłuch. Gdybym ja kazała mu sprzątnąć krew po sobie, to prędzej trzeba by było ją zeschniętą zeskrobywać, niż naprawdę by się tym zajął. Musiałam wziąć od “wujka” parę lekcji trenowania zwierząt.
- Dobra – sapnął w końcu Xan, wyglądający jak obrzygane przez banthę z wylewem do jam ciała chwiejące się siedem nieszczęść. Gdy jego zmęczony wzrok spoczął na mnie, poczułam, jak całe moje ciało robi się jeszcze cięższe niż było. – Yesha.
Musiałam zasięgnąć do źródła całej swej siły woli, aby nie drgnąć pod brzmieniem tego głosu, tak stalowo wypowiadającego moje imię.
- Czego? – burknęłam, maskując wszystkie obawy pod płaszczem zirytowania, że śmie zakłócać mój spokój.
- Chodź – rzucił krótko, jednak w taki sposób, że nie umiałam mu odmówić. Wręcz moje ciało samo chciało zareagować, nim zdążyłabym się w ogóle zastanowić.
- Ale gdzie kurwa? – rzuciłam, zadowolona, że jednak umiałam z tym walczyć.
Wcześniej odwrócił się już ode mnie, właśnie się dokądś kierując, a po usłyszeniu mojego pytania lekko obrócił się w moją stronę tak, że dostrzegłam tylko fragment jego twarzy, jeszcze chytrze skrywanej pod pozlepianą zasłoną włosów, wraz z kątem oka.
Nie miałam możliwości spojrzeć głębiej w ten wzrok, jednak to, co zobaczyłam, było wystarczające. Żadnej walki, żadnego gniewu, zwykła, prosta prośba, abym najzwyczajniej z nim poszła, właśnie o nic się nie pytając.
Westchnęłam, niepewna, do czego to może prowadzić. Obawiałam się jego oczekiwań, a wraz z nimi także zamiarów. Jednocześnie byłam na niego wkurwiona za odjebaną manianę, a z drugiej strony pomyślałam o tych wątpliwościach, które przyszły mi do głowy, kiedy zorientowałam się, że nie był pijany.
Być może to był właśnie ten moment, kiedy postanowił wytłumaczyć się ze swoich ostatnich eskapad?
Żebym tylko nie musiała zakopywać trupów.