Długa i rozwichrzona kurtyna czarnych włosów mojego Mistrza śmigała co chwilę po całym domku, jakby jej właściciel nie potrafił znaleźć sobie miejsca lub uporządkować swoich działań. Z doświadczenia stawiałam na to drugie, powoli przymierzając się do ataku, który miałby odkryć prawdę tej niespokojności Xanatosa.
- Co się tak kurwa miotasz? – zapytałam w końcu, uznając to za odpowiedni pierwszy ofensywny ruch, kiedy po raz dziesiąty w ciągu półtorej minuty pokonywał drogę ze swojego pokoju do kuchni.
Nawet jeśli pytanie byłoby najlepsze ze wszystkich, to i tak wątpiłam, aby moje słowa zadziałały od razu, i miałam rację. Dopiero po pewnej chwili się zatrzymał, patrząc na mnie  lśniącym jakimś dziwnym podnieceniem wzrokiem. Ono jednak zniknęło, ustępując miejsca typowemu rozgwieżdżonemu niebu, które nosił w tęczówkach na co dzień.
- Ty zamiast tak siedzieć, to się zacznij zbierać już – polecił mi tym swoim wszystkowiedzącym tonem, który zaledwie cienka granica oddzielała od tego, aby nie nazwać go traktującym mnie z góry. Niemniej, zabrzmiało to dość enigmatycznie i coś czułam, że gdybym już nie siedziała w miękkim fotelu, prawdopodobnie potrzebowałabym teraz na nim usiąść z wrażenia.
- Dokąd się zbierać? Co planujesz… Mistrzu? – dla poprawienia swej oczywiście nieco gorszej sytuacji niedoinformowanej uczennicy postanowiłam zatytułować go prawidłowo, co by poczuł, że potrzebuję teraz jego wskazówek by znaleźć drogę, którą kierował się jego zawiły umysł.
Światło wpadające do kuchni przez niekoniecznie duże okno podpowiadało mi, że wielkimi krokami zbliżał się już wieczór. Mogłam się tego również sama domyślić po ilości godzin spędzonych już w tym miejscu, ale wolałam opierać się na ruchach nieba. Jednym słowem, zaczynało robić się powoli późno. Gdzież zatem mój wielki Mistrz Xanatos, chowający przede mną więcej tajemnic niż miał kudłów na głowie, zamierzał zabrać mnie o tej porze? Samą?
Patrzyłam na niego w wyniosłym wyczekiwaniu, a przynajmniej starałam się, aby takie było. Nie chciałam dawać mu od razu, o ile w ogóle, tej satysfakcji, że wszystkie jego plany dotyczące mnie są dla mnie z grubsza jednym wielkim entuzjazmem, a przynajmniej dopóki nie poznam szczegółów i nie uznam, że pomysły były jednak chujowe.
Musiałam jednak przyznać, że nawet te zjebane idee ostatecznie przynosiły jakieś skutki. Zagryzałam więc wtedy zęby i umiejętnie wybierałam jak najwięcej nauki z tego, co przekazywał mi czasem bardziej bezpośrednio, a czasem mniej.
W odpowiedzi na swe pytanie najpierw otrzymałam uśmiech. Jego twarz pogrążyła się w pełnym tajemniczości półmroku, który rzuciły na nią wykrzywione w nieokreślonym dla mnie zadowoleniu usta. Po niedługiej chwili, która dla mnie trwała jednak zdecydowanie dłużej niż w rzeczywistości, usta te zaczęły przekształcać się podczas formowania słów, będącymi właściwą dla mnie odpowiedzią.
- Chcę ci dzisiaj coś pokazać.
Cała jego osoba uległa w ogóle diametralnej zmianie. Przed zadaniem mojego pytania wyglądał jak nieogarnięty, rozczochrany, bez żadnego określonego celu człowiek, ale za to jak dobrze mi znajomy. Teraz natomiast specjalnie przykuwał moją uwagę swoim uśmiechem, zdecydowaną postawą, ale i tonem głosu.
Brzmienie tych pięciu słów ogarnęło mój umysł, tworząc w sekundę potem milion różnych pytań, na które pragnęłam mieć odpowiedź od razu, ale wiedziałam, że będzie dobrze, jeśli odpowie mi przynajmniej na jedno.
- Co, gdzie, jak i… teraz? – musiałam więc użyć sprytu i zawrzeć jak najwięcej potrzebnych do rozwikłania niewiadomych w jednym pytaniu. Skoro występuje tu jeden pytajnik, to zalicza się to jako pojedyncze pytanie.
Xan odwrócił się jednak ode mnie, ukazując mi już tylko swą dłoń, kiedy machał ją na mnie lub w moją stronę, jednak bardziej to wyglądało, jakby mnie zbywał.
- Niedługo się przekonasz, ale najpierw się przyszykuj, żebyśmy potem nie tracili czasu – odpowiedział mi już normalnie, bez żadnych efektów specjalnych.
- Ale jak mam się przyszykować? Nie wiem, dokąd idziemy, więc też nie wiem w co się ubrać – zawołałam za nim, bo szedł już z powrotem do siebie. – Xan? Kurwa!
Wydałam z siebie pełne niezadowolenia warknięcie, podnosząc się z impetem z fotela. Siedziałam tu sobie z Tomerem, jednak on jakiś czas temu poszedł do łazienki i siedział tam już chwilę. Z reguły się nie interesuję co on tam kurwa robi, ale zdałam sobie teraz sprawę, że naprawdę minęło już zdecydowanie więcej czasu niż potrzebowałby na cokolwiek. Chyba że po prostu przy okazji postanowił się od razu umyć, ale w sumie trochę w to wątpiłam.
Postanowiłam skupić się jednak na irytującej osobie mojego Mistrza, za którym to podążyłam do jego jaskini nieprawości, czyli jego pokoju.
- Możesz mi wyjaśnić przynajmniej podstawowe rzeczy? – warknęłam znów, stając w otwartych drzwiach. Ponieważ mieszkał w tym pokoju zaledwie parę godzin, ten wyglądał jeszcze przyzwoicie, bo nie zdążył zrobić z niego istnego burdelu.
Xan kucał przy swojej torbie, mamrocząc coś do siebie. Najwyraźniej czegoś uparcie i bez skutku szukał.
- Ubierz się jakoś wygodnie, będziemy dużo siedzieć, może być też ładnie – odpowiedział mi powoli, nawet nie odwracając minimalnie głowy w moją stronę.
- Zawsze kurwa się staram, aby było ładnie, ślepa pało – wymruczałam złowrogo, ciskając w jego plecy swoje kłujące spojrzenie. – Skoro zamierzałeś mnie gdzieś zabrać, czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
Najwyraźniej dlatego, że wciąż tam stałam i go dopytywałam, postanowił jednak uszczknąć mi trochę swojej uwagi. Wyprostował nieco plecy, opierając przedramiona na kolanach i obrócił się lekko w moją stronę, patrząc na mnie z dołu.
- Chciałem ci zrobić niespodziankę – wytłumaczył się z lekkim wzruszeniem ramion. – To i tak jeszcze możliwe, bo na razie nie zamierzam ci nic więcej mówić.
Posłał mi zadowolony z siebie uśmieszek i powrócił do poszukiwań w swojej torbie bez dna.
Przewróciłam oczami, wzdychając lekko, jednak skoro już nie patrzył, także pozwoliłam sobie na lekki uśmiech. Zawsze się cieszyłam, kiedy o mnie myślał, tym bardziej teraz, kiedy nie trenowaliśmy wspólnie. Byłam bardzo ciekawa, co zamierza. Jednocześnie pamiętałam, aby nie podniecać się za bardzo i nie robić sobie wygórowanych nadziei, żeby potem nie spaść z piątego piętra swoich oczekiwań na parter rzeczywistości z głośnym hukiem.
Łatwiej było przeżyć upadek z pierwszego, albo nawet półpiętra.
Odwróciłam się do Xana plecami, aby wejść do mojego i chłopaków skromnego pokoiku. W środku oczywiście zastałam Amcia, w trakcie jeszcze bardziej oczywistej czynności – spania na naszym miękkim łóżku.
Podeszłam do niego, by usiąść sobie obok. Wyczuwałam jakąś dziwną potrzebę pogłaskania go po tej jego miękkiej, puchatej głowie, w której miał zamknięte wszystkie sekrety, o których nie chciał mi mówić. Pobawiłam się jego złamanym uchem, jak zwykle dochodząc do wniosku, że jest niezwykle mięciutkie i ciepłe.
Amaranth uśmiechnął się przez sen, przekręcając na bok, bym mogła podrapać go też po szyi i brzuchu. Nie zamierzałam już jednak tego robić, więc tylko poklepałam go po nieco wypukłej piersi, czując pod palcami łagodność jego długiej sierści. Mruknął coś po swojemu, mlaskając przy tym niebieskim językiem, ale zaraz znowu przekręcił się na brzuch.
W takich chwilach uważałam za niesamowite jego zdolność do posiadania dwóch form, przy jednoczesnym zachowaniu swojej świadomości i nawyków. Oczywiście wiem, że są w galaktyce gatunki istot, które potrafią zmieniać się w mnóstwo innych stworzeń, jednak kogoś takiego jak Amaranth nigdy wcześniej nie spotkałam. Czasami zastanawiam się, czy on przypadkiem nie ukrywa przed nami umiejętności zmieniania się również w inne rzeczy lub osoby, by nie mówić nam, kim dokładnie jest.
Jednak nigdy nie wyczułam w nim fałszu, kiedy chodziło o takie kwestie. Co prawda rzadko w ogóle była sposobność, by cokolwiek powiedział, ale kiedy już mówił, to nie kłamał. Miałam nadzieję, że pewnego dnia się otworzy i pozwoli nam poznać choć kawałek tego, co chowa.
Musiałam jednak zostawić te myśli wraz z Amaranthem, bo trzeba było znaleźć ciuszki odpowiednie do opisu Xanatosa. Prawdopodobnie i tak wybiorę to, na co ja będę miała ochotę. Jeszcze kutas śmie sugerować, że na co dzień mój strój jest nieładny kurwa?! Chyba że źle mu się powiedziało, ale mam to w dupie, skoro tak to zrozumiałam.
- Będzie kurwa wybrzydzał – marudziłam do siebie, kucając przy swojej torbie, jak on parę chwil temu. Wzięłam ją jednak za pasek i rzuciłam na łóżko, aby było mi wygodniej szukać ciuchów.
Zamierzałam się rozpakować, ale szafka w tym pokoju miała tylko dwie szuflady, a dobrze wiedziałam, że pewnie zajęłabym obie, nie pozostawiając zbyt dużo miejsca Tomerowi. Dlatego póki co wolałam się tam nie upychać, ale na dłuższą chwilę to raczej nie wyjdzie. Siedzenie w torbie nie służyło moim ubraniom. Większość z nich była pognieciona, więc będę musiała coś wykombinować, aby pozbyć się tych wszystkich zagięć.
- Coś wygodnego, hm – mruczałam, trzymając w rękach jedną ze swoich bluzek, o której w sumie całkiem zapomniałam. Potrzebowałam czyjejś opinii, a pewna osoba, na opinii której mi zależało, wciąż zajmowała łazienkę.
Nagle ogarnął mnie pewny niepokój, choć niepodyktowany żadnym konkretnym przeczuciem, ale aż powoli opuściłam ramiona, układając materiał z powrotem na innych ciuchach w torbie. A co, jeśli coś mu się kurwa stało w tym kiblu? Ale nie wyczułabym tego wcześniej, że jest zagrożony?
Xan przecież przez cały czas był w domu, on na pewno by wiedział, jeśli coś by się stało. Nie był pijany, więc ufałam teraz jego osądowi.
Postanowiłam uspokoić swoje niepewności i po prostu pójść do chłopaka na górę, aby samej sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku. Przechodząc przez korytarz w stronę drzwi, poczułam na plecach spojrzenie Xanatosa, ale nie odwróciłam się do niego. Nie zamierzałam mu nigdzie uciekać, czego by się chyba domyślił, więc też się bardziej nie dopytywał.
Wychodzenie z domu, aby wejść na piętro wyżej było dosyć dziwne i niekomfortowe. Domyślałam się, że szczególnie w nocy będzie to bólem na dupie, kiedy zachce się nagle siku, a do pokonania będzie kawałek drogi, jeszcze z wyjściem na zewnątrz i to w samej piżamie. Trzeba będzie albo nie sikać w nocy albo się przyzwyczaić.
Albo wystarczyłoby poświęcić trochę więcej hajsu ku zadowoleniu wszystkich, jednak to oczywiście najmniej wchodziło w grę.
Schodów przynajmniej nie było dużo, więc zaraz znalazłam się na piętrze. Zanim zdążyłam w ogóle przejść ten krótki odcinek pomiędzy wejściem na piętro a drzwiami łazienki i w nie zapukać, Tomer już je otwierał. Zatrzymałam się, nieco zdziwiona, że akurat kiedy przyszłam do niego, on sobie właśnie wychodził. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem pewnie o porównywalnej intensywności do mojego, które malowało się teraz prawdopodobnie na mojej twarzy, po czym odezwał się pierwszy:
- Chciałaś wejść?
Wyglądał całkiem normalnie, przede wszystkim nigdzie nie widziałam żadnych śladów na skórze, które świadczyłyby, że się poobijał i stracił przytomność. Jego aura w Mocy również nie uległa zmianom, wszystko zatem wydawało się w porządku.
- Nie, ale… trochę długo ci się zeszło – mruknęłam, teraz czując się głupio. Spanikowałam trochę bezpodstawnie, skoro nic a nic nie wskazywało na to, że coś złego zadziało się w tej łazience. Właściwie to nie panikowałam, chciałam się tylko upewnić…
Oczy Tomera na moment się rozszerzyły, a zaraz odwrócił je ode mnie, drapiąc się po głowie.
- Coś małego mi upadło i nie mogłem w ogóle tego znaleźć – powiedział trochę niewyraźnie, jakby się wstydząc.
Coś małego? Co on kurwa przy sobie nosi?
- Ale znalazłeś? – dopytywałam, na razie nie poruszając kwestii, co to była za rzecz dokładnie.
Znów na mnie spojrzał i pokiwał twierdząco głową, choć nadal wydawał się trochę zakłopotany.
- Byłoby kiepsko, gdyby mi się nie udało – powiedział cicho, ale uśmiechnął się lekko, trochę tajemniczo, jak to ma w zwyczaju jego ojciec.
Tomer, nie rób tego, nie zmieniaj się stopniowo w Xana.
Uniosłam jednak jedną brew, wyraźnie zaintrygowana teraz jego odnalezioną zgubą.
- Powiesz mi, co to…? – zapytałam powoli, podchodząc do niego. Zmniejszałam dystans między nami w jednostajnym, choć niewielkim tempie, nie odrywając od niego spojrzenia.
Chłopak jednak odetchnął płytko, odwracając swój wzrok od mojego. Okazał się bardziej odporny na moje sztuczki niż mi się wydawało.
Musiałam się lepiej postarać, ale może następnym razem.
- Na razie nie mogę – powiedział cicho, uciekając oczami od odpowiedzi, w ogóle całym sobą. Nie chciał, abym wiedziała i wyraźnie to widziałam.
- Na razie? – podchwyciłam jednak, oczywiście wścibska i ciekawska, łasa na odkrycie tego, co ukryte.
Udało mi się tym krótkim pytaniem pochwycić jego wzrok. Zieleń szumiała wokół srebrnej stali, choć z tej odległości słabiej ją widziałam.
- Już niedługo będziesz wiedziała – odpowiedział, tym razem głośniej i pewniej, łapiąc mnie za jedną dłoń swoimi dwiema. Przysunął się do mnie, a ja wciąż zaglądałam mu głęboko w te dwukolorowe oczy.
- To brzmi bardzo… – zaczęłam już, bawiąc się z nim, kiedy nagle z dołu dobiegło mnie głośne:
- Yesha!
Oczywiście wykrzyczane głosem mojego zniecierpliwionego Mistrza.
No jak ja go kiedyś jebnę z całej siły to się skończy psucie momentów.
Warknęłam cicho, patrząc się teraz gdzieś w szyję Tomera, którą miałam bezpośrednio przed oczami.
- Muszę iść, Xan coś wymyślił – wytłumaczyłam chłopakowi, znów unosząc na niego wzrok. Wydawał się niepocieszony, może trochę zawiedziony, że idę, a może nawet bardziej, że idę gdzieś sama z Xanatosem.
- Teraz? Niedługo zacznie się robić ciemno – odpowiedział mi jednak, a zdanie to trochę nie pasowało do jego pierwszej reakcji na moje słowa.
Wzruszyłam ramionami, wiedząc dokładnie tyle, co on.
- Nie wiem, o co mu chodzi – przyznałam, dotykając drugą dłonią jego policzka. – Mam nadzieję, że nie wjebie nas w jakieś gówno, bo wtedy naprawdę się wkurwię.
Uśmiechnął się, słysząc to. Kiedy Xan zawołał mnie znowu, teraz tak jakby bardziej z zewnątrz niż gdzieś z miejsca pod nami, pocałował mnie szybko, choć miękko, wkładając w ten krótki moment trochę swoich uczuć, których się teraz nie spodziewałam.
- Idź i pokaż mu, kto tu rządzi – mruknął mi w usta, teraz uśmiechając się szerzej.
- Zrobię to specjalnie z dedykacją dla ciebie – odpowiedziałam, odwzajemniając uśmiech, ale szybko się odwróciłam, by zbiec ze schodów. Tomer szedł za mną, więc odwróciłam się jeszcze do niego, chcąc na niego spojrzeć.
Dalej się uśmiechał, więc nie mogłam pozostać mu dłużna. Odwróciłam głowę dopiero, kiedy byłam już na poziomie zero, gdzie prawie wpadłam na Xana.
- Nie wyrastaj tak kurwa nagle spod ziemi – warknęłam, szczerze i prawdziwie zaskoczona jego nagłą obecnością. Czemu nie wyczułam, że jest tak blisko?
- Stałem tu kurwa już chwilę – odpowiedział mi, ale mniej warkotliwym tonem w porównaniu do mojego. Przyjrzał mi się, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że się nie przebrałam. – Tak idziesz?
- Nie, poczekaj jeszcze chwilę – poprosiłam go już spokojniej. – Musiałam się czymś zająć.
W chwili, kiedy wypowiadałam to zdanie, Tomer właśnie przechodził obok nas, aby wejść do domu. Poczułam jego ciepły dotyk, kiedy palcem przejechał po mojej ręce. Zerknęłam na niego kątem oka, uśmiechając się ukradkowo.
Xan westchnął znacząco.
- Potem będziecie mieli na to czas, zresztą mieliście go dzisiaj już wystarczająco dużo – powiedział, przykuwając moją uwagę, kiedy chłopak zniknął za drzwiami. – Teraz skup się na czymś innym.
- Dobrze, ale daj mi jeszcze momencik – mruknęłam, zaraz sobie coś przypominając. – Tak w ogóle to na czym mam się skupić? Nadal łaskawie nic mi nie powiedziałeś.
Odwrócił wzrok, patrząc sobie na rzędy domków przed nami.
- Po prostu idź się przebrać – polecił mi i prawie wepchnął mnie do domu.
Zaczęłam na niego krzyczeć, żeby mnie nie popychał, nie zważając na to, że nasze sprzeczki wszystko jeszcze bardziej opóźniały. Poszłam jednak w końcu do siebie, by znaleźć ten odpowiedni strój na dzisiaj, ale wciąż warczałam w jego stronę.
Xan miał na sobie ciemną bluzkę bez rękawów, na którą nałożył sobie wkładany przez głowę kaptur z długim kawałkiem materiału, który półokrągło opadał mu na ramiona i pierś oraz z tyłu na plecy. Na nie z kolei zarzucił czarną kamizelkę wykonaną z jakiejś skóry, nieco krótszą od bluzki. Kaptura oczywiście nie zarzucił na łeb, wyjął go sobie, aby zwisał mu swobodnie na barkach. Do tego tradycyjnie jakieś ciemne spodnie i swoje ciężkie buty.
Nie mogłam dojść, gdzie chowa swój miecz świetlny. Nie miał żadnego płaszcza, pod którym mógłby go sobie spokojnie wkitrać i się o niego nie martwić. Bo niemożliwym by było, aby go nie wziął. Skoro nie miał żadnej kabury z blasterami, musiał gdzieś przechowywać miecz, jakąkolwiek broń.
Czekał na mnie w domu, przy wejściu, ale po pewnym czasie usłyszałam jego kroki kierujące się do kuchni. Przestałam skupiać na nim uwagę, aby znaleźć w końcu coś odpowiedniego dla siebie do zarzucenia.
Z jednej strony chciałam, by mój ubiór pasował jakoś do jego wyglądu, ale z drugiej nie zamierzałam się za bardzo do niego upodabniać. Wystarczyło mi już to, że oboje mieliśmy czarne włosy i oczy w jakimś tam odcieniu niebieskiego, on ciemniejsze, ja mniej.
Zaczęło mnie wkurwiać to podobieństwo, kiedy ktoś stwierdził, że jestem jego córką. Zdaje się, że to był ten Twi’lek na Atzerri, ale nie chciało mi się teraz o tym myśleć.
- Tomeerr, nie wiem w co się ubrać – jęknęłam, przetrzepując ciuchy w torbie. – Pomóż.
Chłopak westchnął lekko dosłyszalnie, również się pochylając nad moimi ubraniami.
- Co to za wzdychanie? – przyczepiłam się, ale nie patrzyłam na niego, żeby nie tracić czasu na odwracanie uwagi od istotnej teraz sprawy.
- Po prostu we wszystkim ci ładnie, nie wiem, jak miałbym ci pomóc – powiedział wymijająco, również na mnie nie patrząc.
Wyjął jakąś bluzkę, która, o dziwo, oczywiście była czarna. Rozpinała się tylko do połowy, żeby można było wsunąć głowę, bo nie była z rozciągliwego materiału. Miała długie rękawy, ale można je było podwinąć wedle uznania, za co bardzo ją lubiłam. Jednak nie nosiłam jej zbyt często, bo wyglądała na taką… elegancką. Jakbym się szykowała do rozmowy kwalifikacyjnej w jakiejś wielkiej korporacji międzyplanetarnej, a nie na…
Właściwie to nie wiem na co, bo oczywiście mój mentor, Mistrz i opiekun nic mi nie powiedział.
- Kurwa – warknęłam mimowolnie na samą myśl o tym. – “Ubierz się ładnie” kurwa. Jak nawet nie wiem, co to za okazja, gdzie idziemy, po co, czy do kogoś? Japierdole.
Wzięłam od Tomera tę bluzkę, na swoje szczęście niezbyt pogiętą, a zresztą jej czarny kolor jakoś i tak niwelował wszelkie niedoskonałości.
- Nie denerwuj się tak – tłumaczył mi Tomer, patrząc teraz na mnie. – I tak będziesz wyglądać stosownie.
Uśmiechnął się do mnie, jakbym była jakaś magiczna i nawet w piżamie wyglądała stosownie.
Mruknęłam coś niezrozumiałego w odpowiedzi, postanawiając, że zostanę w spodniach, które miałam na sobie. Nie były jednolicie czarne i miały pewne przetarcia na udach, które, jak się okazało, dodawały im tylko uroku. Zresztą, były najwygodniejszą parą, jaką miałam.
Zanim się przebrałam, wygoniłam oczywiście Tomera z pokoju. Co z tego, że ja widziałam go bez koszulki niezliczoną ilość razy. On nie musiał mnie za każdym razem oglądać w samym staniku, a szczególnie, kiedy to też zamierzałam zmienić.
Wychodząc z pokoju, podwijałam już rękawy, zdążywszy uprzednio wpuścić bluzkę w spodnie, a w “salonie”, jak lubiłam żartobliwie nazywać kawałek pokoju przed kuchnią, zastałam ojca z synem i Steva.
Zielonoskóry wrócił do domu całkiem szybko, patrząc na to, jak obrażony się wydawał, kiedy nas opuszczał. Znów miał dobry humor, co wnioskowałam po jego szczerzących się zębach.
Xan od razu na mnie spojrzał, kiedy przyszłam.
- No ileż można, dziewczyno? Jak w takim tempie będziesz robić wszystko… – zaczął swoje narzekanie, które z czystej niecierpliwości przerwałam.
- Sam potrafisz się grzebać gorzej ode mnie, więc zamilcz.
Aż byłam zdziwiona, jak grzecznie to zabrzmiało nawet pomimo ciężkości mojego tonu.
Zamiast mi odpowiadać, przyjrzał się mojemu strojowi i aprobująco pokiwał głową. No, kurwa. Spróbowałoby ci się teraz nie podobać.
Niestety, wyszło na to, że oboje jesteśmy na czarno. Wyglądaliśmy bardziej podobnie niż sobie życzyłam i już nie miałam czasu, aby to zmieniać. Xan nie pozwoliłby mi się teraz znowu przebierać, a mówiąc szczerze, mnie też było szkoda więcej czasu.
Czarnowłosy mężczyzna, z którym miałam więcej wspólnego niż w pewnych sytuacjach bym wolała, odwrócił się z powrotem do swojego pierworodnego, by oznajmić mu, że wychodzimy. Oczywiście wyglądało to mniej spektakularnie niż mogło zabrzmieć, ale byłam zadowolona, że tak swobodnie sobie rozmawiają.
Zanim jednak poszłam za Xanem do drzwi, zwróciłam mu uwagę na jeszcze jedną bardzo ważną rzecz, a mianowicie:
- Nie wiem, co mam zrobić z mieczami.
W moim przypadku miałam je dwa, więc było mi dwa razy trudniej znaleźć im dobrą kryjówkę. Nie chciałam brać torby, bo z nią wyglądałabym trochę gorzej, to po pierwsze, musiałabym jej pilnować, to po drugie, ale po trzecie i najważniejsze – niewygodnie jest wyjmować miecze z torby na biodrze, kiedy jest się w sytuacji zagrożenia.
- Mam taki pas z dwiema kaburami – powiedział powoli Xan w zamyśleniu, spoglądając w sufit, gdy się nad tym zastanawiał. Utkwił jednak szybko we mnie swoje iskrzące spojrzenie, jakby już był pewien swojego pomysłu. – Specjalnie go modyfikowałem, żeby miecz w środku wyglądał jak kolba blastera.
Uśmiechnął się dumnie z siebie, najwyraźniej oczekując pochwał oraz komplementów za swój nieopisany spryt połączony z przebiegłością, a także pomysłowość i umiejętności.
- Trzy-… – odchrząknęłam, by się poprawić i dodać sobie wieku, którego jeszcze co prawda oficjalnie nie osiągnęłam, ale nie było już do tego bardzo daleko. – Czternastolatka z blasterami? Na pewno nie będę przykuwać uwagi i wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń.
Xan rozłożył ręce, z miną, jakby całkowicie mnie nie rozumiał.
- W tych czasach i na tej planecie nawet sześciolatka z bronią uszłaby w tłumie prawie niezauważona – wyjaśnił mi. Po chwili uniósł brew, uśmiechając się zjadliwie. – A poza tym… przecież znasz pewne sztuczki, aby odwracać od siebie wzrok wścibskich ludzi?
Musiałam przyznać, że mówił z sensem. Trzeba było sobie radzić z gapiami, Xan już nie raz mi to pokazywał.
Machnęłam w końcu ręką, przekonana.
- Dobra, dawaj ten pas.
Po zainstalowaniu sobie nowej, ale użytecznej części garderoby i umieszczeniu w kaburach swoich mieczy, byłam ostatecznie gotowa do wyjścia.
Bardzo dobrze znałam ciężar rękojeści przypasanych przy biodrach, jednak teraz czułam się inaczej. Miecze były skrępowane, schowane, nie obijały się o moje nogi, kiedy szłam. Miałam wrażenie, jakbym była goła, jakbym wcale ich ze sobą nie miała. Starałam się jednak jak najszybciej przystosować i przyzwyczaić.
Sposób, jaki Xan sobie wymyślił na stworzenie tej małej iluzji z blasterami, wydawał mi się całkiem interesujący. Miecze były przymocowane do kabury gumką, która jednak łatwo odpuszczała, kiedy się ją pociągało z większą siłą, aby nie było problemów z wyjmowaniem rękojeści w razie potrzeby. Do tego przykryte były kawałkiem metalu, dzięki któremu właśnie miało się wrażenie, że w środku znajduje się nic innego jak blaster.
Zastanawiałam się, kiedy i z jakiego powodu potrzebował czegoś takiego, że aż musiał sobie to samemu zrobić. Co było dla mnie jeszcze ciekawsze, przygotował dwie takie, podczas gdy Xan używa przecież jednego miecza w walce.
Zamierzałam go o to troszkę podpytać w czasie naszej drogi.
I właśnie już staliśmy przed drzwiami, by wyjść, kiedy poczułam na ramieniu coś ciężkiego.
- Idę z wami.
Głęboki głos Steva zabrzmiał niespotykanie blisko mnie. Odwróciłam się i ujrzałam jego uśmiechniętą twarz, wysoko ponad moją głową i nawet głową Xana. Patrzył na nas, z rękami na naszych ramionach.
- A po chuj? – zapytał elokwentnie Xan, posyłając w jego stronę najzwyczajniejsze zdziwienie.
Stev poruszył ramionami i barkami, zabierając dłonie. To jego krótkie rozluźnienie mięśni przypomniało mi przygotowywanie się dzikiej bestii do ataku.
- Chcę w końcu coś zjeść – oznajmił nam. – A tam, gdzie idziecie, będzie duży wybór.
Xan posłał w stronę Steva mordercze spojrzenie.
- Tam, gdzie idziemy…? – powtórzyłam za Zielonym, przeskakując wzrokiem na Mistrza. – Czyli gdzie?
Xan podrapał się po nieco krzywym grzbiecie nosa.
- Dowiesz się w swoim czasie – stwierdził krótko, ucinając tym moje dalsze próby zdobycia informacji. Spojrzał na Steva i skinął głową. – No to chodź, jak chcesz, ale jeśli się zgubisz, to ja nie będę cię szukał.
Najwyższy członek naszej siedmioosobowej grupy uśmiechnął się szeroko i równie dobrze mogłabym go w tej chwili nazwać dzikim drapieżnikiem.
- O mnie nie musisz się martwić – rzekł stanowczo, niemal wypychając nas przez drzwi, jak wcześniej Xan pchał mnie do środka.
Co oni mają kurwa z tym popychaniem?
Zdążyłam się jeszcze jednak pożegnać z Tomerem, choć był to jedynie sam uśmiech w jego stronę, który szybko mi odwzajemnił, zanim znikłam.
Poprawiając co jakiś czas kabury na biodrach, szłam obok Xanatosa, lekko poirytowana.
- Cieszę się, że mnie gdzieś zabierasz – zaczęłam, zerkając na niego. – Ale byłabym zaszczycona, gdybyś naprawdę wyjawił mi już cel naszej podróży.
Stev roześmiał się cicho, idąc sobie spokojnie po drugiej stronie Xana.
- Jak będziemy na łodzi to wszystko ci powiem – obiecał, odwzajemniając moje spojrzenie, ale tylko kątem oka. Zaraz jednak jego brwi się ściągnęły, a on odwrócił do mnie głowę. – Przestań się tym bawić, sprawiasz wrażenie, jakbyś miała to na sobie pierwszy raz.
Oczywiście mówił o moich powtarzających się co chwilę próbach ułożenia sobie pasa inaczej.
- Wiesz, tak naprawdę, mam to pierwszy raz na sobie – odwarknęłam. – Muszę się przyzwyczaić.
- Musisz wyglądać pewnie – poprawił mnie, uśmiechając się lekko, ale na chwilę. Zauważyłam, że jego wzrok spadł z moich oczu gdzieś niżej. – A co to w ogóle ma być, zapnij się tu.
I machnął palcem pod moją brodą, podczas gdy bluzka najwyżej zapinała mi się do obojczyków.
- Pojebało cię? Będę wyglądać jak idiotka – pokręciłam głową, nie wierząc w to, co mówi. – Teraz jest dobrze, a zresztą jest ciepło, nie chcę się zapinać.
Xan burknął coś, najwyraźniej niezadowolony z mojej niesubordynacji, patrząc już prosto przed siebie. Znów usłyszałam chichot Steva, który skomentowałam cichym westchnięciem. Mój Mistrz jednak najwyraźniej podirytował się tym stłumionym dźwiękiem zielonoskórego, bo zaraz zaczął się go czepiać. Przynajmniej już nie mnie, więc ich olałam.
Droga na przystanek wodnego taxi chwilę nam zabrała, ale zdążyłam w jej trakcie oswoić się z nowym umiejscowieniem mieczy i już lepiej je wyczuwałam. Przestałam także dotykać co chwilę tych kabur. Próbowałam poznać genezę tego pasa, ale jak na wszystkie inne moje pytania, Xan nie odpowiedział żadną konkretną informacją. Mogłam budować własne teorie, ale wolałam poznać prawdę i liczyłam, że kiedyś mi ją opowie.
Będąc już w łódce, postanowiłam zmusić Xana do wywiązania się z jego obietnicy odnośnie rozjaśnienia mi, gdzie się wybieramy. Niestety siedziałam obok niego, więc miałam trochę utrudniony kontakt wzrokowy, a Stev usadowił się naprzeciwko nas.
- Zatem…? – zaczęłam uprzejmie i cicho, sądząc, że nie muszę kolejny raz pytać o to samo i domyśli się, co mnie interesuje.
Xan rozłożył się wygodnie, na tyle, na ile pozwalała mu także moja obecność obok, uśmiechając się przy tym chytrze.
- Zmierzamy do jednej kantyny, w której sobie dzisiaj pogramy – odpowiedział mi powoli, z satysfakcją, nie przestając się uśmiechać choćby na jedną sylabę.
Byłam bardzo bliska wyrażeniu swojego zaskoczenia w agresywny sposób, napierdalając go choćby w odsłonięty teraz brzuch.
- Wciągasz mnie kurwa w hazard? I po chuj? Co ja tam będę z tobą robić? – naciskałam, nie rozumiejąc jego pomysłu. Czego mam się nauczyć w kantynie? Oszukiwać?
- Jeszcze kurwa nie wiesz, co będziemy robić, a już się irytujesz – odwarknął, najwyraźniej zaskoczony moim niezadowoleniem, prostując się trochę. – Potrzebujemy trochę pieniędzy, więc uznałem, że mi pomożesz. Przy okazji chciałbym cię nauczyć czegoś przydatnego, co jest użyteczne nie tylko podczas grania, ale i w różnych innych sytuacjach.
Tę drugą część wypowiedzi przekazał mi już spokojniej, całkowicie przekonany o słuszności swojej decyzji a także swojej racji.
Odetchnęłam głęboko i przeciągle, nie wiedząc teraz, czego się spodziewać.
- A w co chcesz grać? W sabaka? – spytałam, teraz też już spokojniej.
Usłyszałam, jak Stev prycha cicho, słysząc tę nazwę. Xan w odpowiedzi na jego reakcję uśmiechnął się szeroko, ale nic mu nie powiedział.
- Nie – zamiast tego odparł mi. – Sabak zajmuje zbyt wiele czasu, a zresztą nie chce mi się w niego dzisiaj grać.
Wzruszył ramionami, kończąc tu swoją wypowiedź.
- W takim razie jaką to zajebistą grę wybrałeś, która ma mnie nauczyć tych wszystkich przydatnych rzeczy? – dociekałam. Nie cierpiałam tego, kiedy musiałam tak ciągnąć go za język. Jakby sam po prostu nie mógł powiedzieć wszystkiego od razu i wszyscy byliby zadowoleni.
Spojrzał na mnie z uśmieszkiem, chyba w sumie czekając na to pytanie.
- Pazaak.
Wypowiedział to jedno słowo tak, jakby było kluczem do wszystkich drzwi, kodem bezpieczeństwa wpuszczającym do wszystkich systemów i odpowiedzią na wszystkie moje pytania.
- Pazaak? Przecież to czysty fart, czego ty chcesz ją na tym nauczyć? – wtrącił się Stev, ale w jego głosie słyszałam tylko czyste zdziwienie.
Xan pokręcił przecząco głową.
- Dla kogoś, kto ma tylko swoje zmysły, rzeczywiście może być grą jedynie opartą na farcie i podstawowym zrozumieniu zasad – tłumaczył mój Mistrz, zerkając na Steva. – Jednak kiedy można skorzystać z Mocy… wtedy opcje stają się nieco zawężone.
Od razu, gdy skończył mówić, jego usta rozsunęły się w uśmieszku, ukazując nam szczerzące się teraz zęby.
Stev prychnął cicho i machnął ręką, jakby odpędzał od siebie już tę sprawę.
- Jak tam uważasz – stwierdził i już myślałam, że na tym zakończy, ale spojrzał na mnie. – Ale uważaj. Rozgrywki pazaaka idą szybko, a wciągają jeszcze szybciej. To prawdziwy pochłaniacz kredytów.
- Ale też dużo ich wypluwa – zaoponował Xan lekko, wzruszając jednym ramieniem. – Ja tam z pazaakiem mam dobre wspomnienia… nie tak jak ty z sabakiem.
Znów się wyszczerzył, zadowolony i jakże dumny z siebie.
- Zamknij się – warknął Stev. – To był ostatni raz, kiedy z tobą grałem.
- Nie bądź tego taki pewien – mruknął do niego Xan, odwracając już jednak spojrzenie od jego oczu.
Znałam pazaaka głównie ze słyszenia, bo nigdy nie miałam okazji sobie w niego pograć. Jednak zasady były zdecydowanie łatwiejsze niż te obowiązujące w sabaku i zapamiętałam je szybciej, gdy kiedyś udało mi się znaleźć jakieś informacje o tej grze. Nie pamiętałam tylko dokładnie, ile kart było i jak zachowywały się wszystkie, ale domyślałam się, że Xan i tak postanowi mi wszystko wyjaśnić na miejscu, więc nie martwiłam się o to.
W trakcie niedługiej podróży do kantyny udało mi się poznać nowe części miasta, przynajmniej tylko z widzenia. Wyglądało zdumiewająco pięknie na tle zachodzącego słońca, nawet pomimo braku większej estetyki budynków. Zapewne w dużej mierze za sprawą wody, która falując lekko, odbijała światło słoneczne, malując na ścianach świetliste wzorki.
W pewnym momencie wypłynęliśmy z uliczek pomiędzy domami, gdzie droid-kapitan zaczął wprowadzać nas na bardziej otwartą przestrzeń. Zostawiliśmy za sobą jedną część dużego kompleksu, by zakręcić w lewo i znaleźć się na szlaku, prowadzącym do innej części. Szybko zlokalizowałam budynek kantyny, który powoli wyrastał przed naszymi oczami, kiedy się do niego zbliżaliśmy. Stał samotnie, oddalony nieco od miasta po lewej. Z oddali widziałam migające światłami napisy, prawdopodobnie nazwy tego wielkiego baru na wodzie. Pierwszego nie mogłam zrozumieć, bo był w języku, którego nie znałam, ale pod spodem widniały litery, które przyswoiłam sobie od małego.
Nazwa brzmiała “LoBue”, choć nie miało to dla mnie większego znaczenia oprócz faktu, że musiałam ją znać, aby zlokalizować kantynę i umieć zorientować się w terenie choćby na podstawie jej położenia.
Niebo zdążyło już pokryć się pierwszym mrokiem od strony, gdzie zachodzące słońce Abregado-rae chowało się powoli za horyzontem. Zanim zdążymy stąd wyjść, będzie już pewnie głęboka, ciemna noc. Ta pora doby w połączeniu z tak dużą ilością wody przy kantynie w jakiś sposób podpowiadała mi niebezpieczeństwo. Ja jednak umiałam pływać, a jeśli Xan będzie trzeźwy, też sobie poradzi, więc póki co zignorowałam te myśli.
Nasza mała łódka gładko wpłynęła pod dach kantyny, nachylony schodkowo w dół. Zeszliśmy na permabetonową platformę, z której również wychodziły schody, te jednak mniejsze, mające wprowadzić gości do środka.
Cała nasza trójka w milczeniu przeszła po nich do góry, gdzie napotkaliśmy wejście do kantyny. Stał tam jeden opasły Gamorreanin, którego Xan powitał szerokim, niespotykanie miłym uśmiechem, i weszliśmy bez żadnych problemów.
- Tu się chyba rozstajemy – oznajmił Stev, oblizując wargi i rozglądając się po lokalu.
Wyglądał całkiem… przystępnie. Muzyka, która grała w obecnej chwili akurat trochę mnie irytowała, ale to pewnie kwestia tego konkretnego kawałka. Światła oczywiście były przygaszone, tylko w pustym miejscu w głębi, robiącym najwyraźniej za parkiet do tańca, migały bardziej kolorowo i dość skocznie. Poza parkietem, wszędzie znajdowały się stoliki, te oddalone od innych były mniejsze, a te skupione przy sobie wyraźnie większe. Po prawej stronie był niewielki bar, za którym znajdowało się parę skąpo ubranych tancerek, właśnie wykonujących jakieś utarte sekwencje taneczne, niezbyt dopasowane do grającej muzyczki.
W środku było dużo gości, a wszyscy zajęci sobą albo swoim alkoholem. Nie widziałam, aby ktoś jadł, co chyba średnio świadczyło o kuchni tego miejsca. Chociaż z drugiej strony rzadko przychodziło się do kantyny na obiad czy kolację.
Xan kiwnął głową Stevowi, po czym odparł, nieco głośniej, by przekrzyczeć muzykę:
- My idziemy do drugiej części. Pewnie nie będziemy się szukać, aby razem wrócić.
Po czym posłał mu spojrzenie w towarzystwie swojego uśmieszku, jakby się z nim niekonwencjonalnie żegnał. Stev odkiwnął głową, też się do niego uśmiechnął, a do mnie trochę szerzej, po czym wniknął w atmosferę kantyny, szukając sobie najwyraźniej jakiegoś miejsca.
- Ciekawy widok – stwierdziłam odnośnie Steva, gdy zostałam sama z Xanem. Wydawało mi się, że słyszę jego cichy śmiech, ale przez muzykę nie byłam w stanie stwierdzić tego jednoznacznie.
- Kiedy indziej będziesz go podziwiać – oznajmił, teraz wyraźnie głośniej. Wskazał dłonią drzwi, do których schodziło się po paru niewielkich schodkach. – Tam są stoły do gier i to właśnie tam spędzimy nasz dzisiejszy wieczór.
Zgodziłam się lekkim kiwnięciem głowy, nie chcąc już mu odpowiadać w tym nieprzyjemnym hałasie. Poszłam za nim, starając się nie rozglądać za bardzo po ludziach, by nie przykuwać ich wzroku.
Na moje szczęście, gdy znaleźliśmy się w nowym pomieszczeniu, odkryłam, że roznosiła się tu przyjemna, niebieska poświata oraz że grała zupełnie inna muzyka. Była zdecydowanie cichsza, do tego mniej irytująca. Miałam wrażenie, że jej rytm ma na celu poprawić skupienie graczy, choć ciężko było mi uwierzyć w tę teorię. Raczej żadne kasyno nie lubiło, kiedy ludzie wygrywali zbyt wiele.
Od razu rozpoznałam stoliki do sabaka, stojące w głębi lokalu. Były okrągłe i siedziało przy nich wiele istot, trzymających ciasno przy sobie swoje karty, z badawczym wzrokiem obserwujących przeciwników. Gracze rozsiedli się też przy bardziej prostokątnych stołach, zajęci inną grą karcianą. Pod ścianą natomiast stało wiele elektronicznych pulpitów z dużymi ekranami.
Co początkowo jednak najbardziej przykuło uwagę mojego Mistrza, to znajdujący się tu bar. Xan oczywiście od razu się do niego skierował, posyłając ciemnozielonoskórej Twi’lekance swoje czarujące spojrzenie z jeszcze bardziej czarującym uśmiechem.
- Jedna szklanka waszego najlepszego ale… z dodatkiem twojego uśmiechu – zamówił drinka, opierając się o ladę. Nachylił się lekko w stronę barmanki, cały czas z kącikami ust uniesionymi wysoko. Jego tekst był tak płytki, że na jej miejscu roześmiałabym mu się w twarz.
Ona jednak, nalewając mu alkoholu, naprawdę się do niego miło uśmiechnęła. Stałam nieco z boku, nie chcąc się zbytnio oddalać od Xanatosa, ale też nie siedzieć mu na plecach.
Mistrz popijał drinka, nie odrywając od barmanki wzroku.
- Chętnie popatrzyłbym na ciebie na górze przy tamtym barze… jak tańczysz – bajerował dalej, nagle chyba zapominając całkiem, że przecież wziął mnie ze sobą. Nie chciałam jednak robić scen tak wcześnie, więc próbowałam być na razie cierpliwa.
Twi’lekanka roześmiała się dźwięcznie, także opierając się o ladę, ale nie nachylając do niego.
- To przyjdź jutro w takich godzinach – odpowiedziała mu, a jej głos brzmiał tak płynnie, jakby powtarzała to zdanie codziennie dziesiątki razy. – I przynieś ze sobą dużo kredytów.
Zauważyłam szeroki uśmiech na jego twarzy, jakby akceptował jej zaproszenie. Stuknął o ladę czipem kredytowym, ale zanim przesunął go w jej stronę, zapytał jeszcze:
- Kto tu ma dzisiaj największy fart?
Kobieta przeniosła swój lawendowy wzrok gdzieś obok jego głowy, wskazując coś w głębi pomieszczenia. Powiodłam za nim, ciekawa, o kogo chodzi.
Przy pulpicie z dwoma dużymi ekranami, połączonymi górną krawędzią, siedział facet w średnim wieku. Był raczej trochę starszy od Xanatosa, na twarzy miał parudniowy zarost, a jego włosy były krótko ścięte, w kolorze ciemnego blondu. Miał na sobie normalne ubranie, a na jego udzie zauważyłam mały pasek z kaburą niewielkiego blastera. On siedział od strony ściany, a naprzeciwko niego znajdował się niewysoki, zielonoskóry Rodianin, wyglądający jak każdy inny w galaktyce.
- Ten mężczyzna – powiedziała Twi’lekanka, precyzując odpowiedź. – Siedzi od jakichś dwóch godzin i niemal za każdym razem wygrywa.
Xan patrzył na niego chwilę, obserwując, myśląc. Wiedziałam, że ostrożnie badał go poprzez Moc. Jednocześnie nie przestawał pić w spokoju ciemnego trunku kołyszącego się w jego szklance, jakby to pomagało mu lepiej się skupić. Jego oczy zalśniły nagle i na krótko tym znanym mi, drapieżnym błyskiem. Miałam wrażenie, że obrał już sobie faceta jako swój dzisiejszy cel, a może bardziej – ofiarę.
- Irytuje cię? – zapytał jeszcze barmanki, teraz z powrotem na nią patrząc. Ta wzruszyła lekko gołymi ramionami, nie przyjmując jakiejś konkretnej emocji na twarz.
- Nie kupuje drinków – powiedziała w końcu, krzyżując ramiona na piersi.
Xan uśmiechnął się, zadowolony.
- Zamierzam go dzisiaj ładnie skroić, ale zostawię mu parę kredytów dla ciebie – obiecał jej swoim słodkim, powabnym głosem, jakby co najmniej jej się oświadczał.
Kobieta uśmiechnęła się wdzięcznie.
Mistrz skierował teraz na mnie wzrok, z cały czas śmiejącą się twarzą.
- A ty chcesz się czegoś napić? – zapytał. – I tak musimy chwilę poczekać, aż tamten Rodianin sobie pójdzie.
Dokończył jednym łykiem drinka, stawiając pustą szklankę na stole i wskazując palcem, by nalała mu więcej. Przysiadł sobie też na wysokim stołku barowym, więc poszłam w jego ślady.
Twi’lekanka przyjrzała mi się, w końcu zwracając na mnie uwagę i wydawała się być nieco zdziwiona, zapewne tym, że byłam towarzystwem Xanatosa. Posłała mi jednak przyjemny uśmiech, który trochę mnie zdziwił, ale starałam się nie dać po sobie tego poznać.
- Mam wiele soków do zaoferowania – zaproponowała, kiedy wciąż nie odpowiadałam na pytanie Mistrza.
- Jakich? – podchwyciłam jednak, zaintrygowana ofertą. Może naciągnę go na coś? A niech płaci, mały sknera. Właściwie duży.
- Ze słodkich owoców shuura albo jybbuk, ale dla bardziej wymagających klientów mam też kwaśniejsze soki – opowiadała mi, nalewając Xanowi kolejną szklaneczkę. Sądziłam, że raczej skuszę się na te słodkie, ale gdy wspomniała o kwasku, przypomniałam sobie o mojej ulubionej dyni.
- A te kwaśne? – podpytywałam zatem. Xan zerknął na mnie spod jednej uniesionej brwi, mocząc usta w alkoholu.
- Kwaśne? – zapytał, dając upust swemu lekkiemu zaskoczeniu. – Chyba nie sądzisz, że robią tu sok z tego twojego… czegoś? Napij się normalnego soku.
Twi’lekanka przyjrzała się nam, jakby oczekując, że wytłumaczymy, o jakie “moje coś” chodzi. Ignorując nacisk Xana i nie widząc żadnych przeszkód przed powiedzeniem kobiecie o dyni, wyjaśniłam, że mamy na myśli właśnie Hubbę.
Uśmiech, który wykwitł znów na jej twarzy, napawał mnie przyjemną nadzieją.
- Ah, tak, mam coś takiego – powiedziała uprzejmie. – Tylko że robię sok z wodą i cukrem, bo wcześniej klienci się skarżyli, że nie da się tego pić.
Xanatos uśmiechnął się pod nosem triumfująco, a ja posłałam w jego stronę lekką falę Mocy, która zatrzęsła niebezpiecznie jego szklanką w dłoni. Posłał mi niezadowolone spojrzenie, wzmacniając uchwyt.
- To mogli nie zamawiać – burknęłam, oczywiście preferując czysty sok. Wiedziałam jednak, że mogę więcej nie mieć takiej okazji, więc zamówiłam i tak ten nieco modyfikowany.
Nastała krótka chwila ciszy, kiedy lała mi napój do większej szklanki niż tej, którą dostał Xan. Po moim skromnym “dziękuję” pierwsza odezwała się jednak barmanka:
- Musisz mieć rękę do hazardu, skoro twój ojciec zabiera cię w takie miejsca.
I znowu kurwa to samo. Wiedziałam, że te ciuchy tylko pogorszą sytuację.
Ale co jest nie tak z oczami tych Twi’leków? Czy Xan naprawdę wygląda wystarczająco staro, aby być moim ojcem? Czy ja wyglądam aż na takiego dzieciaka?
- To nie jest mój… – chciałam protestować od razu, ale poczułam nagle ciepło na szyi i lekki ucisk, szybko zorientowawszy się, że to Xan obejmuje mnie ramieniem.
- Nie musisz się mnie tak wypierać, córeczko – powiedział żartobliwym tonem, nie puszczając mnie. Siedziałam tu z nim zaledwie parę minut, a już miałam ochotę go udusić. Ledwo byłam w stanie oddychać, tak wiele czułości postanowił mi okazać. Zaraz się zwrócił znów do Twi‘lekanki, podczas gdy ja próbowałam zedrzeć ze swojej szyi jego rękę, wciskając mu też łokieć między żebra, by jakoś dać upust swej wściekłości. – Wiesz, nastolatki. W tym wieku ojciec to najgorszy wróg.
Wiedziałam, że robi to tylko po to, aby mnie wkurwić. Na pewno wyczuł moje nieprzychylne wibracje od razu po tym, jak usłyszałam błędną ocenę sytuacji przez barmankę. Na szczęście w końcu mnie puścił, a ja ciskałam gromy z oczu wprost w jego uradowany, denerwujący ryj.
- Przestań – warknęłam, zapijając zdenerwowanie słodko-kwaśnym sokiem, ze znajomym dla Hubby dodatkiem goryczki. Gdybyśmy nie byli w miejscu publicznym, już musiałby znów nastawiać sobie nos.
Kobieta jednak uśmiechała się szeroko, najwyraźniej wierząc mojemu Mistrzowi. Co za kutas jebany japierdole, jakby nie mógł po prostu zamknąć tej swojej niewyparzonej gęby.
- Wychowuję ją sam, rozumiesz… a i tak potrafi być niewdzięczna – gadał dalej, pijąc swoje ale. Patrzył się jednak na mnie, a ja miałam wrażenie, jakby jego słowa były prawdziwym wyrzutem w moją stronę. Jego uśmiech jednak zmył z twarzy wszystko, co na to wskazywało, a mnie zostawił z konsternacją. Czyżby potrafił maskować prawdziwe uczucia równie skutecznie jak jego syn? A może to jego syn robi to tak jak on… Bijąc się z tymi myślami, tylko bardziej się zmieszałam. Xan natomiast znów przylepił granatowe spojrzenie do barmanki. – A co do ręki do hazardu… właśnie chcę jej tego nauczyć.
Huknął szklanką o ladę, anonsując, że skończył pić. Podał kobiecie kredyty za napoje, a mnie postukał w ramię.
- Chodź, nasz Farciarz jest wolny – oznajmił mi, wstając z krzesła.
- Ale ja jeszcze… – zaczęłam mówić, wskazując na sok, jednak barmanka przerwała mi spokojnie.
- Możesz wziąć ze sobą.
Odetchnęłam cicho, kiwając jej głową i łapiąc za szklankę. Xan szedł już powoli, więc dołączyłam do niego zaraz. Gdy byliśmy poza zasięgiem słuchu Twi’lekanki, warknęłam do niego:
- Musisz robić ze mnie idiotkę?
Popatrzył na mnie z niewinnym uśmieszkiem, jeszcze bardziej mnie irytując.
- Jaką idiotkę? Bycie moim dzieckiem to idiotyzm? Nie obrażaj Tomera, na pewno by mu się to nie spodobało.
Walnęłam go w ramię niemal instynktownie. Powinien się cieszyć, że byłam taka łagodna.
- Jak cię zaraz kopnę w tę twoją głupią, włochatą dupę… – groziłam, ale uciszył mnie uniesioną dłonią.
- Skup się teraz. Najpierw ja z nim zagram, żeby ci pokazać o co chodzi, a potem ty się pobawisz – przerwał mi, na początku poważnym tonem, jednak szybko się uśmiechnął. – Zwracaj uwagę też na to, co dzieje się w Mocy.
Skutecznie pochwycił moje zainteresowanie, więc uciszyłam się nieco i naprawdę zaczęłam skupiać. Poczułam nawet pewien dreszczyk ekscytacji na myśl o konfrontacji z tym obcym facetem. Chciałam oczywiście z nim wygrać, tylko nie byłam jeszcze pewna, czy kibicować Xanatosowi.
Mój Mistrz rozsiadł się zgrabnie na krześle, które chwilę temu zwolnił Rodianin. Farciarz, jak zdążył nazwać go Xan, widział nas zmierzających w jego stronę, więc z krzywym uśmieszkiem czekał przy pulpicie, opierając się o niego.
- Potrzebujesz dzieciaka do pomocy? – przywitał nas, śmiejąc się równie krzywo co wcześniej uśmiechając.
Xan posłał w jego stronę spojrzenie bez nawet jednej dziesiętnej swojej poprzedniej wesołości.
- Raczej twoich kredytów – odparł mu sucho, wręcz beznamiętnie. Byłam zdziwiona jego postawą. Zazwyczaj albo sobie drwił albo chciał jawnie zirytować drugą osobę, a tu zero jakichkolwiek oznak ku temu.
Przyjrzałam mu się z zastanowieniem, próbując odgadnąć, czemu przyjął akurat tak poważną minę. Wiedziałam, że teraz się tego nie dowiem. Szczególnie, kiedy Xanatos skupił się już na tym, co widział na ekranie.
Swoją odpowiedzią uciszył Farciarza, który także przysiadł już do stołu, po krótkim prychnięciu. Xan zerknął na mnie, unosząc lekko głowę, skoro siedział. Wskazał mi karty na monitorze.
Widziałam ich cztery kolorowe rzędy. W pierwszych trzech kart było po sześć, a w ostatnim pięć. Były w kolorach niebieskiego, czerwonego lub niebiesko-czerwonego, a pozostałe pięć w czwartym rzędzie lśniły złotem. Pamiętałam oczywiście, jak wyglądają karty do pazaaka i jak się ich używa, jednak znaczki na tych złotych były dla mnie pewną niewiadomą.
Nagle na środku ekranu wyświetlił się komunikat.
- Spójrz – odezwał się Xan, wskazując nosem informację. – Typek proponuje postawić dwadzieścia kredytów na rozgrywkę. Po każdej grze można zmienić stawkę…
- Przyszedłeś grać czy gadać? – warknął Farciarz, unosząc się, by na nas popatrzeć. – W domu trzeba jej było tłumaczyć. Nie marnuj mojego czasu!
- To tylko parę wstępnych informacji – odpowiedział mu powoli Xan, unosząc obie brwi. – Może sam przy okazji się czegoś nauczysz.
Zauważyłam, jak lekko machnął dłonią w dół, posyłając Farciarza na krzesło. Gościu był wyraźnie zdziwiony, prawdopodobnie przyjmując swój upadek jako niefortunne poślizgnięcie, ale się nie zamknął.
- Chcę wybrać karty do Ręki, więc się streszczaj – warknął, tupiąc w zniecierpliwieniu nogą w wysokim bucie.
- Ja również tego chcę – odpowiedział mu Xan, wciąż opanowanym głosem. – Twoje nieprzyjemności są całkowicie niepotrzebne.
Chciał się po prostu z facetem podroczyć. Najwyraźniej obrał na niego już jakąś strategię i postanowił się jej na razie trzymać.
Zaakceptował propozycję Farciarza na dwadzieścia kredytów. Pod monitorem znajdowała się mała klawiatura, która pozwalała na szybkie przemieszczanie się po tym, co działo się na ekranie. Xan robił to tak sprawnie, jakby siedział przy tym stole od tygodnia.
- To zmodyfikowana, elektroniczna wersja gry – mówił mi, nie odrywając wzroku od monitora. Tak naprawdę zdążyłam się już tego domyślić, ale słuchałam go cierpliwie. – Szybsza, bardziej osobista, bo tylko dla dwóch graczy. Ale wiesz, można grać normalnie przy stole na więcej osób, zwykłymi kartami.
- Teraz wybierasz Rękę? – zapytałam, wcześniej komentując jego informacje krótkim mruknięciem. Obserwowałam uważnie, jak wybiera karty. Każda kolejna, którą brał, wskakiwała na puste pola z prawej strony ekranu. Mógł wybrać dziesięć takich kart, ale z tego co było mi wiadomo, w rozgrywce miało się tylko cztery w Ręce.
- Tak, a potem będzie mi tylko z tej dziesiątki losowało cztery – wyjaśnił, jakby czytając mi w myślach. Oparłam się o jego ramię, mając teraz mniej więcej wzrok na tej samej wysokości co on. Zerknął na mnie kątem oka, uśmiechając się. – Tylko nie zdradź naszemu przeciwnikowi, co biorę.
Prychnęłam, jednak z jakiegoś powodu musiałam się uśmiechnąć.
Xan wybrał sobie sześć niebiesko-czerwonych kart, o wartościach od jednego do sześciu, przy czym każda z nich mogła odjąć lub dodać do ogólnego wyniku rozgrywki tyle, ile dana karta wynosiła. Pozostałe cztery były złote i według jego tłumaczenia, jedna powielała wartość poprzedniej karty, a inne niwelowały wyniki kart o tej samej wadze, którą miały napisaną na sobie. Kiedy zaakceptował taki układ swojej Ręki, rozgrywka się zaczęła.
Obraz się zmienił i teraz mieliśmy na ekranie cztery plansze, przy czym tylko dwie dotyczyły bezpośrednio nas. A właściwie Xana.
Dwie plansze zawierały dziewięć pól wielkości kart, a pozostałe dwie cztery pola i było to miejsce przeznaczone na Rękę graczy. Xan miał do dyspozycji szóstkę i czwórkę dodającą do wyniku lub od niego odejmującą, dubla i kartę, która zabierała wszystkie trójki i szóstki z wylosowanych kart. Ręka przeciwnika oczywiście była skryta.
- Ponieważ on zaproponował stawkę, gra zaczęła rundę ode mnie – wytłumaczył mi, ponieważ jedno z jego pustych dziewięciu pól zapełniło się zieloną kartą o wartości dziesięć. Zauważyłam jego szeroki, zadowolony uśmiech i bez żadnych dodatkowych wyjaśnień wybrał dubla, otrzymując sumę dwudziestu.
Czyli dokładnie tyle, ile trzeba było mieć, aby wygrać. Nie można było przekroczyć dwudziestki, natomiast było możliwe wygranie rundy niższym wynikiem, jeśli był wyższy od tego, który miał przeciwnik.
Gra automatycznie zablokowała jego pola, pozwalając Farciarzowi losować dalej. Nie mógł już wygrać tej rundy, ale było możliwe, że również dostanie sumę dwudziestu, doprowadzając do remisu. Wtedy Xan w pewnym sensie straciłby kartę z Ręki po nic.
Jednak nie musieliśmy się o to martwić.
Farciarz klikał, by wypluwało mu kolejne karty, otrzymując zadziwiająco niskie wyniki. Zaczął od piątki, potem poszła trójka, dwójka, kolejna dwójka, jedynka i kolejna trójka. Na wyniku czternaście wyraźnie zawahał się moment, a Xan wtedy zerknął znacząco, choć krótko, w moją stronę.
Prawdopodobnie miał w Ręce jakąś szóstkę i przez chwilę rozważał użycie jej, by zremisować z Xanatosem. Jednak postanowił zawierzyć los przypadkowi i kliknął, by wyrzuciło mu następną kartę.
Na jego nieszczęście, było to osiem. Usłyszałam, jak klnie cicho, jednak była to dopiero pierwsza runda całej gry. Pozostały jeszcze dwie, ale to Xan zaczął zwycięstwem.
Uśmiechnęłam się, widząc wyraźny triumf w jego oczach. Poczułam, jak sięga poprzez Moc do mężczyzny zasłoniętego przez wysoki monitor. Byłam ciekawa, czego w nim szukał. Czy chciał odgadnąć, jakie miał karty, sondując go poprzez Moc? Czy próbował wejść do jego umysłu, ale nie na tyle inwazyjnie, by Farciarz zwrócił na to uwagę?
Nie umiałam tego do końca wyczuć, wiedziałam tylko, że korzysta z Mocy. Na pewno wsłuchiwał się w nią przez cały czas, aby…
Właśnie. Chyba po to chciał mnie tu zabrać.
Stev powiedział, że pazaak to czysty fart. Gra losowała ci Rękę i choć mogłeś wybrać zakres, z którego to robiła, nie zawsze akurat te karty, które się dostało, okazałyby się potrzebne. Poza tym, co było jeszcze gorsze, przypadkowo wypluwała wartości w rozgrywce, z którymi trzeba było się bawić, aby wygrać. Xan odpowiedział, że dzięki Mocy opcje się zawężają.
Pazaak był dobrym ćwiczeniem swoich zdolności czytania najbliższej przyszłości. Najczęściej używałam ich podczas walki, aby szybciej zareagować na przeciwnika.
Nie musiałam teraz siedzieć na miejscu Xana, aby móc dzięki Mocy wyczuć, co zaraz pojawi się na ekranie. Oczywiście nie czułam tego wyraźnie i nie widziałam w głowie wartości karty, która miała wyskoczyć. Było to tylko przybliżenie, na co można zacząć się szykować.
Jednak szybko przekonałam się, kiedy Moc jest najbardziej potrzebna i użyteczna w pazaaku.
Właśnie byli w trakcie drugiej rundy, gdzie Farciarz zablokował już swój wynik dziewiętnastu. Gra nie losowała mu więcej kart, a jeśli Xan nie otrzyma dziewiętnastki na remis bądź wyższej dwudziestki, przegra.
Suma jego kart wynosiła siedemnaście. Nie użył w tym losowaniu jeszcze żadnej karty z Ręki i właściwie nie mógł już tego zrobić. Nie miał ani jednej trójki lub szóstki, by wybrać ostatnią złotą na ratunek oraz nie miał co dodać do wyniku, by mieć ten zapewniający zwycięstwo. Jedyne, co mógł zrobić, to albo zaryzykować i wylosować kolejną kartę, mając nadzieję, że będzie to trójka albo odjąć od wyniku cztery lub sześć.
- Co robimy, hm? Ryzykujemy, mój mały uczniu? – zapytał mnie Xan cicho, a ja wyczuwałam, że naprawdę czeka na moją decyzję. Nie był z niczym pewny, przynajmniej nie wyczuwałam w nim zdecydowania, które miał wcześniej.
Otworzyłam się na Moc, chcąc odnaleźć jej poradę. Przypomniałam sobie lekcje Xanatosa i skorzystałam z jeszcze świeżego gniewu, który niedawno czułam odnośnie jego osoby, by wzmocnić swoją siłę, by nakarmić Moc tą emocją w zamian za lepsze skupienie oraz pewne przeczucie.
- Ryzykuj – rzuciłam szybko, jak tylko przepłynął przeze mnie impuls, by samej nacisnąć odpowiedni przycisk na niewielkiej klawiaturze.
Xan zrobił to od razu, a gra wyrzuciła trójkę, sumując mu równe dwadzieścia. Mistrz uśmiechnął się do mnie z zadowolonym błyskiem w oku.
- Też chciałem to zrobić, ale i tak dostosowałbym się do twojej decyzji – powiedział mi, ignorując krzyki Farciarza przed nami.
- Oszukujecie! – oskarżał nas, zirytowany.
- Jak możemy oszukiwać w grze losowej? Po prostu się poradziłem, czy to tutaj zabronione? – odpowiedział mu powoli Xan, tym razem jednak pozwalając sobie na uśmiech. Spojrzał znów na mnie i pochwalił mnie: – Bardzo dobrze. Chyba wiesz, o co chodzi?
Pokiwałam głową, zgadzając się z nim. Byłam z siebie zadowolona, że sama do tego doszłam. Miałam jednak nadzieję, że po wszystkim Xan i tak obdarzy mnie jakimś opisem lub swoimi dodatkowymi wyjaśnieniami, które uzupełnią to, co jednak przeoczyłam. A byłam pewna, że mógł mi jeszcze wiele dopowiedzieć.
Kolejną rundę przegrał Xan, ale sądziłam, że zrobił to specjalnie, aby nie wzbudzać podejrzeń Farciarza. Ostatecznie i tak wygrał całą rozgrywkę trzy do jednego, zgarniając postawione przez przeciwnika dwadzieścia kredytów na swoje konto gracza.
- Chyba nie odpuścisz sobie tak szybko, co? – zapytał aksamitnym głosem mój Mistrz, a ja wyczułam, jak w drugim mężczyźnie krew się gotuje na dźwięk jego słów.
- Jeszcze mi wszystko oddasz – powiedział złowróżbnie, siadając wygodniej na krześle i kontynuując grę.
W ten sposób przesiedziałam z Xanem w kasynie jakieś dwie długie godziny, jeśli nawet nie więcej, oparta raz o jedno jego ramię, raz o drugie, a czasem stojąc po prostu za jego plecami. Cholernie bolały mnie nogi, ale kiedy skupiłam się na tym, by ćwiczyć na grze Mistrza, jakoś byłam w stanie zignorować ten ból.
Xan wygrał niemal wszystkie rozgrywki z Farciarzem. Przegrał może dwa, trzy razy i jeden z tego na pewno nie był udawany, bo widziałam szczere zdumienie na jego twarzy, gdy ekran rozbłysnął informacją o jego porażce. Wtedy czułam, jak się wkurwił i zaczął traktować grę dużo bardziej poważnie, wygrywając wszystkie kolejne rundy, aż mężczyzna zrezygnował.
Pazaak rzeczywiście pochłaniał zarówno dużo czasu i kredytów, ale dokładnie tak jak powiedział Xan, wiele ich też zwracał. Łącznie zarobiliśmy jakieś… trzy tysiące kredytów. W ciągu lekko ponad dwóch godzin. W głowie szumiało mi już od cichego dźwięku muzyki, a oczy bolały od ciągłego wpatrywania się w migający kolorowymi kartami ekran. Myślałam jednak, że spełni obietnicę i da mi trochę pograć, tak jak się umawialiśmy. Zmęczenie mogłam szybko odegnać, a teraz byłam z zasadami i taktyką na świeżo, do tego po prostu chciałam się spróbować. Jednak kiedy sprawa stała się dla Xana jakoś dziwnie osobista, wwiercając go niemal w fotel, przestałam żywić ku temu nadzieje.
- Jak chcesz, możesz spróbować z kimś innym – powiedział, kiedy już odeszliśmy od naszego stołu i wskazał inne, choć wszystkie zajęte przez pewne, grające już pary. Wcześniej przeprosił mnie niewinnym uśmieszkiem za swoje zaangażowanie, przez które ostatecznie nie miałam okazji zagrać, dlatego teraz proponował małą rekompensatę pozostałymi graczami.
- Mówiąc szczerze, to trochę już późno – stwierdziłam, wyobrażając sobie, jak ciemno musiało być teraz na zewnątrz. Nastawiłam się na Farciarza, który teraz chyba nie odwiedzi LoBue przez długi czas. Wahałam się jednak nad przystaniem na jego propozycję.
Xan nagle uśmiechnął się podejrzanie w odpowiedzi na moje słowa, patrząc na mnie tym iskrzącym wzrokiem.
- Noc dopiero się zaczyna – odparł mrukliwie, jakby miał na nią już jakieś konkretne, bliskie realizacji plany. – A zawsze możemy wrócić tu innego dnia.
Nie byłam co do tego taka pewna, jednak mimo to kiwnęłam głową, jakby zgadzając się z nim.
- Sama też musisz spróbować – powiedział z nagłą powagą w głosie. – Inaczej, kiedy obserwujesz moją grę, a inaczej, kiedy siedzisz w trakcie własnej i samodzielnie podejmujesz decyzje.
Zastanowiłam się nad jego słowami, które na nowo rozgorzały we mnie chęć do małej batalii karcianej. Po chwili i na moją twarz wstąpił chytry uśmieszek, kiedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
- A może ty zagrasz ze mną? – zapytałam pewnym siebie głosem.
Moja postawa chyba mu się spodobała równie mocno co propozycja, gdyż najpierw otrzymałam w odpowiedzi zadowolony wyraz twarzy Mistrza, a dopiero potem potwierdzające chęć skorzystania z oferty słowa. Odwrócił się w kierunku naszego poprzedniego pulpitu, który był jedynym wolnym, ale tylko w chwili, gdy go opuszczaliśmy. Teraz także został zajęty, a entuzjazm Xana opadł.
- Zawsze możemy zaczekać, aż zwolnią – powiedział, kierując się teraz w stronę baru, z powrotem do miłej Twi’lekanki, którą tak adorował na wstępie parę godzin temu.
I tak czekanie na stolik rozciągnęło się na kolejne godziny. Xanatos na początku nawet pilnował się z alkoholem i pił powoli, małe ilości drinków, do tego dość rzadko. Czas zajęliśmy sobie rozmową o naszej grze, a dzięki sprytnej sztuczce Mistrza byliśmy w stanie otwarcie poruszać najbardziej interesujący nas aspekt ćwiczeń. Obecność barmanki oraz pozostałych gości, których teraz zjawiło się przy barze więcej, nie stanowiła dla nas zagrożenia, ponieważ, jak to tłumaczył mi Xan, osłonił nas nieprzepuszczalną bańką Mocy, która tłumiła nasze słowa wystarczająco, by nikt niepożądany ich nie usłyszał. Dzięki grającej w pomieszczeniu muzyce i hałasie rozmów innych istot nie wyglądało to nawet podejrzanie.
- Nie chodzi o to, byś korzystała z Mocy tylko kiedy nie wiesz, czy zaryzykować – tłumaczył mi, ze wzrokiem utkwionym w mojej twarzy. Oferował mi lekcje, na których zawsze tak mi zależy. – W ogóle nie chodzi o uczenie się tego tylko po to, aby wygrywać w grach hazardowych. Co nie zmienia faktu, że nie można korzystać w taki sposób ze swoich umiejętności.
Uśmiechnął się chytrze, wzbudzając moje przewrócenie oczami, więc zaraz kontynuował konkretną sprawę.
- Przyprowadzając cię tu, chciałem, byś oswoiła się z tym uczuciem ciągłego napięcia i skupienia – popił na krótką pauzę swoim ale. – Byś się nie rozpraszała, bo wtedy gra odbiera ci kredyty, a prawdziwa sytuacja być może życie. Przez cały czas wsłuchiwałem się w Moc, tak naprawdę miałem wrażenie, że jestem tam tylko ja, ona wokół mnie i ekran przed moimi oczami. Nie wyglądał jak zwykłe, przelatujące co chwilę karty, ale jak konkretne wybory, mające wpływ na sytuację, które musiałem podejmować rozsądnie, jeśli chciałem wygrać.
To było ciekawe doświadczenie. Uczenie się na jego przeżyciach, o których zbyt często mi nie opowiadał. Coraz lepiej rozumiałam jego punkt widzenia oraz to, co chciał mi przekazać.
- Musisz nauczyć się wybierać spośród setek różnych podpowiedzi Mocy te właściwe – powiedział wolniej, jakby ważąc te słowa, samemu zastanawiając się nad ich brzmieniem, znaczeniem, a może nawet ułożeniem. Wpatrywał się teraz intensywnie w pływający mu w szklance alkohol. – Jeśli znasz dobrze swojego przeciwnika, jest to prostsze. Tak samo jeśli znasz plany miasta, budynku… jeśli posiadasz jakąś wiedzę, z której potrafisz wyegzekwować, które opcje są najbardziej prawdopodobne. Ale tak naprawdę… jak wiele razy znajdziesz się w sytuacji, będąc tak dobrze poinformowaną?
Znów na mnie spojrzał. Świdrował mnie tym ciemnym, błyszczącym spojrzeniem głębokiej nocy, być może oczekując ode mnie odpowiedzi. Mój umysł analizował wszystko, co stało się do tej pory. Wciąż miałam w pamięci grę Xanatosa z Farciarzem, a teraz w głowie odbijały mi się słowa Mistrza.
- Nie mam pojęcia – powiedziałam szczerze, a on pokiwał twierdząco głową, wypijając zawartość szklanki do dna.
- No właśnie – mruknął zwilżonymi trunkiem ustami. – Dlatego chcę nauczyć cię radzenia sobie w każdej sytuacji. Nie tylko takiej, w której będziesz w stanie się zorientować. Masz umieć zawsze znaleźć rozwiązanie problemu. Zawsze wyjść ze ślepego zaułka. Zawsze być o krok, a może nawet i dwa przed tymi, którzy cię ścigają.
Jego głos brzmiał dość hipnotyzująco, a on wpatrywał się w ścianę nad moją głową, mówiąc to. Nie spieszył się z wypowiadanymi słowami, jakby sam zapoznawał się z ich znaczeniem.
- Ale pazaak w sumie nie jest aż tak krytyczną sytuacją – powiedziałam, porównując wyniosłość jego przekazu z miejscem, w którym się znajdowaliśmy. Przykułam jego uwagę, gdyż znów na mnie popatrzył.
- Pazaak to tylko ćwiczenie – odparł, tym razem szybciej i pewniej. – Ćwiczenie polegające na tym, by coś, o czym teoretycznie decyduje za ciebie los, zaczęło bardziej zależeć od ciebie. Farciarz polegał na tym, co umiał, wiedział i na co pozwalała mu gra. Ja mogłem przewidzieć dużo więcej, dzięki czemu wygrałem. A, właśnie…
Zrobił minę, jakby zapomniał mi jeszcze o czymś powiedzieć, a co teraz mu się przypomniało.
- Pamiętaj, aby nie odwracać uwagi od swojego przeciwnika. Jesteś w stanie więcej się od niego dowiedzieć, niż ci się wydaje. Być może to właśnie ta druga osoba okaże się kluczem, którego potrzebujesz, a nie własny spryt i możliwości miejsca, w którym się znajdujesz – zakończył to szerokim, zadowolonym uśmiechem, jakby właśnie zdradził mi, w jaki sposób pokonał Farciarza.
A ja zamierzałam zapamiętać zarówno te słowa, jak i to spojrzenie.
Dyskutowałam z nim jeszcze chwilę o swoich niepewnościach i pytaniach, szukając też innych ćwiczeń na doskonalenie się w sztuce, którą mi dziś przedstawiał. W pewnym momencie zapomnieliśmy oboje, że chcieliśmy zagrać, tak bardzo pochłonęło nas wspólne analizowanie problemu. Do tego pulpity przez cały czas były zajęte, a choć Xan zaproponował, że mógłby kogoś wyrzucić, kiedy już nam się przypomniało, na co czekamy, stwierdziłam, że i tak jest już trochę późno i że naprawdę możemy wrócić tu innego dnia.
Przy czym sądziłam, że na tym nasza wizyta w LoBue się zakończy. Jednak ani ona, ani moje mylenie się co do przyszłych decyzji Mistrza nie miało zamiaru spotykać się tu z końcem.
Xanatos chyba nie potrafił odpuścić sobie okazji nawalenia się, skoro był w barze. Kiedy tylko skończył ze mną rozmawiać jak na treningu, zaczął przyspieszać tempo z alkoholem, pomimo moich próśb i gróźb, żeby się opamiętał i dzisiaj odpuścił. Nie patrzył już na to, co mówiłam. Zamawiał drinka po drinku, a one były coraz większe i znajdowały się w nim coraz szybciej. Nie patrzyłam na to biernie, próbowałam nawet przekupić barmankę, żeby mu już więcej nie sprzedawała, ale Xan pozbywał się moich sprytnych sztuczek równie zgrabnie, co w pełni świadoma stanu pijanego adoratora kobieta jego dłoni ze swojego ciała.
Twi’lekanka zdołała jednak mi pomóc na tyle, że wyraźnie zaczęła wypraszać Xanatosa ze swojego baru. Ten zatem, zanim jego upojenie alkoholowe sięgnęło zenitu, zostawił pokój gier, wychodząc teraz do głównej części kantyny. Na odchodne uśmiechnął się uwodzicielsko do Twi’lekanki, a przynajmniej taki chyba miał zamiar, bo średnio słuchające go mięśnie twarzy stworzyły na jego ryju tylko jakiś perwersyjnie zadowolony grymas. Rzucił jej także spory napiwek, nie patrząc już na to, ile wydaje pieniędzy i że właśnie się go pozbyła.
Chwiejnym krokiem poszedł do drugiego baru, jedynego, który mu pozostał i chyba z nadzieją, że tu znajdzie więcej alkoholu. Rosły Kel Dor stojący po drugiej stronie lady ze skrzyżowanymi na piersi ciemnopomarańczowymi ramionami patrzył na niego bardzo nieprzychylnie. Póki co jednak Xan wlepiał maślane, zasnute mgiełką pijaństwa oczy w tańczące niedaleko niebieskie Twi’lekanki, jakby sądził, że któraś zaraz do niego podejdzie. Je również obdarował sporymi napiwkami, mimo że prawie w ogóle nie zwracały na niego uwagi, oprócz krótkich uśmieszków w jego stronę, gdy dawał im pieniądze.
- Przestań szastać hajsem i zbierajmy się do domu – warknęłam, póki jeszcze rozpoznawał swoje otoczenie i trzymał się na nogach. Z głowy wywietrzały mi wszystkie jego zajebiste rady, skoro musiałam teraz użerać się z jego pijaną dupą i swędzącym kutasem.
Tak naprawdę, tego właśnie się obawiałam, gdy oznajmił, że to kantyna jest naszym dzisiejszym celem. Xanatos nie znał umiaru, choć liczyłam, że moja obecność trochę wprowadzi go do jego życia. Jak bardzo się myliłam, jednocześnie potwierdzając swoje najgorsze przypuszczenia, wysnute po wielu podobnych akcjach.
- Naa ładne kobjeety nikdy nje szszkoda hhhajsu – odpowiedział mi powoli, w tak dobrze znanym mi bełkotliwym dialekcie.
- Zamknij się – warknęłam jeszcze dobitniej, choć ciszej, aby nie robić scen. – Wychodzimy. Już.
- Jaa… jak maamy iśśść nikcie do nik-… nikont to ja nje ide! – zarzekł się, uderzając pięścią w ladę baru. To oczywiście zwróciło uwagę potężnego Kel Dora, który warknął w naszą stronę złowrogo.
Nie zamierzałam świecić oczami za Xanatosa. Jeśli miał za to dostać po ryju, to niech dostanie. Może wtedy następnym razem będzie mnie słuchał, kiedy mówię mu, że zaraz przekroczy swój limit ogarniania.
Próbowałam go jednak samodzielnie wyciągać na siłę za szmaty z kantyny, by nie pił więcej i dał się zaprowadzić do domu. Dopóki chodził sam, mogłam się jeszcze wszystkim zająć. Xan odtrącał mnie, uspokajał tymi strzępkami słów, zapewniał, że wszystko będzie w porządku, że on przecież nie jest pijany.
Nagle przebieg wydarzeń rozegrał się przed moimi oczami tak szybko, że nie zorientowałam się nawet, jak w jednej chwili wyciągałam go z baru, a w drugiej już zbierałam mu ząb ze schodów.
Co z tego, że wcześniej dostał ode mnie z liścia na otrzeźwienie, by mu pokazać, że jednak był najebany. Co z tego, że popchnął jakiegoś owłosionego Togorianina, który w odpowiedzi pchnął go tak mocno na bar, że Xan na chwilę aż stracił równowagę.
Co z tego, że wywlókł tego Togorianina za drzwi LoBue, gdzie zaczął się z nim bić na schodach i prawie by wygrał, gdyby wcześniej nie wypił trzech drinków na zachętę, prawdopodobnie z wódką w środku, i nie poślizgnął się o małą kałużę.
Chuj z tego, bo Xan i tak zrobił to, co chciał zrobić, kończąc tym naszą przygodę w kasynie, które wypluło nas z głośnego, jasnego wnętrza wprost w objęcia przenikliwej nocy na zewnątrz.
Czy jako dobra uczennica powinnam była znokautować szybko obcego napastnika, atakującego mojego Mistrza, by mu pomóc? Czy powinnam zabierać mu te cenne lekcje ogarniętości, które sprzedawał mu Togorianin, wybijając ten jeden ząb?
Pozwoliłam, aby po prostu zajebał Xanowi raz. Tylko raz. Xan zaczął bójkę, uderzając kotowatego w pysk i ciągnąc za długie wąsy, a potem, gdy ten go odepchnął, poślizgnął się i upadł. Chciałam wtedy interweniować, ale zostawiłam sprawę, ciekawa, czy kotowaty będzie jeszcze atakował.
I owszem, zrobił to.
Nachylił się do leżącego na schodach Xana i zamachnął, uderzając go w policzek. Później zamachnął się drugi raz, ale wtedy posłałam w stronę jego nóg potężną falę Mocy, która ścięła go z nich i tamten wpadł do wody.
Świadkami całego zdarzenia oprócz mnie i Gamorreanina stojącego jako ochroniarz byli dwaj przyjaciele Togorianina, tej samej rasy, oni jednak nie brali udziału w bójce. Nie pozwoliłabym im nawet na to. Gdy ich kumpel wyszedł z wody cały mokry, posłali w stronę Xanatosa i mnie wrogie spojrzenia, jakby ostrzegali, że jeszcze kiedyś nas znajdą. Równie złowrogo patrzył Gamorreanin, ale on pewnie głównie dlatego, że zrobił się burdel przed kantyną, który musiał ogarniać. Zignorowałam głupie groźby każdego z nich, gotowa postawić się całej czwórce, jeśli byłaby taka potrzeba. Oczywiście okazja się nie nadarzyła, czego w pewnym stopniu żałowałam, bo mogłabym wtedy rozładować nieco swoją złość.
Zostałam sama z Xanem, leżącym już właśnie teraz pod schodami i jego zębem, leżącym gdzieś na schodach.
Złapałam ten ząb w materiał kaptura Xana, z jakiegoś powodu nie chcąc go dotykać, i wrzuciłam do jednej z kieszonek jego kamizelki. Może będzie sobie chciał go zatrzymać, chuj mnie to, niech ma.
Byłam coraz bardziej wkurwiona. Złość paliła mnie od wewnątrz jak żywy ogień, rozpalając we mnie wszystko niemal do białości. Moje zmysły, moje myśli, moje ramiona, ręce, nogi i brzuch – wszystko płonęło.
Miałam ochotę dać upust temu gniewowi, samej napierdalając Xana. Albo utopić go w tej wodzie. Albo go tutaj zostawić samego i czekać, aż sam się dotelepie do domu, a może bardziej – dopłynie.
Jednak pomimo tego wszechogarniającego moje ciało i umysł wkurwu, udało mi się znaleźć rozwiązanie problemu. Dokładnie tak, jak jeszcze jakieś półtorej godziny temu mnie uczył Xan. Nie mogłam zamówić wodnej taxi, bo nawet jeśli wsadziłabym go do łódki i z niej później wyjęła, to nie miałam zamiaru nieść go samej do domu od przystanku.
Nachyliłam się więc nad nim i zaczęłam przetrząsać jego kieszenie.
- Masz kurwo komunikator? – warknęłam, choć właściwie do siebie, bo wiedziałam, że teraz i tak mi nie odpowie.
Był na wpół przytomny, głównie od alkoholu, nie obrażeń. Jako pijany mógł znieść niemal wszystko, wtedy stawał się niezniszczalny. Po prostu szumiało mu w głowie już za bardzo, więc nie wstawał, ledwo w ogóle się poruszał. Próbował coś mówić, jednak były to głównie bełkotliwe jęki, wydobywające się bez odpowiedniej artykulacji przez poobijane, puchnące usta.
Znalazłam w końcu komunikator i zaczęłam przeglądać zapisane w nim numery. Nie było ich zbyt wiele, ale nagle natknęłam się na znajome imię. Wybrałam numer Kai, prosząc Moc, aby dziewczyna była teraz w domu. Mogłam też poszukać Steva, ale tak naprawdę… nie miałam pojęcia, gdzie zniknął. Nie było go, gdy wyszliśmy po naszych czterech godzinach z pokoju hazardowego, a ja nie wyczuwałam go nigdzie w pobliżu, w wystarczającej odległości, aby go znaleźć.
- Xan? – usłyszałam zniekształcony przez małe głośniczki urządzenia głos Kai i odetchnęłam głośno, z wyraźną ulgą, choć samo jej odebranie połączenia nie stanowiło rozwiązania wszystkich moich zmartwień.
- Kai? Słyszysz mnie? Tu Yesha – powiedziałam, siadając sobie na schodku nad Xanem. Niechcący, a może i chcący, nadepnęłam na jego brzuch, aż stęknął głośno.
- Yesha…? – zapytała niepewnie, ale nie milczała długo. – Tak, słyszę cię. Coś się stało? Czy to Xan tam tak jęczy?
- Dokładnie tak – odparłam, wzdychając. – Siedzę z nim przed kantyną, znaczy ja siedzę, on leży na ziemi, jest nieprzytomny, najebany w trzy dupy i pobity… ooo, krew mu leci z ryja znowu, świetnie… Słuchaj, jesteś może w domu?
Usłyszałam jej cichy, krótki śmiech, który wydłużył się nieco, nim mi odpowiedziała.
- Właśnie wychodziłam, ale jeszcze jestem. Nie śmieję się z twojej trudnej sytuacji oczywiście… – powiedziała powoli, ale znowu się zaśmiała.
- Taa, wiem, sama bym się pewnie z niego śmiała, gdybym tylko nie musiała siedzieć tu z tym melepetą – mruknęłam, rozumiejąc dobrze jej reakcję. Gdyby to ona była na moim miejscu, a ja siedziała w domu i rozmawiała z nią, na pewno bym się chichrała, bo problem nie dotyczyłby mnie tak jak teraz. – Jest może gdzieś obok ciebie Tomer? Albo Amaranth? Albo oboje najlepiej?
Chwila ciszy, po której usłyszałam, z lekkimi zakłóceniami:
- Tak, siedzą w kuchni. Potrzebujesz pomocy z transportem niewygodnego balastu?
Wycierając drugim butem kałużę, jaka tworzyła się przy twarzy Xana, kiedy rana po wyrwanym zębie zaczęła dawać o sobie znać, westchnęłam znów.
- Dokładnie tak – powtórzyłam. – Mogłabyś mi ich dać na chwilę? Przyda mi się dwóch facetów, którzy go zaniosą do domu.
Kai znowu się zaśmiała, ale potwierdziła moją prośbę, bo za moment zabrzmiał już inny głos.
- Halo? – usłyszenie Tomera, nawet zniekształconego przez komunikator, spowodowało we mnie kolejne wielkie uczucie ulgi. Mój gniew nie minął, zresztą już i tak udało mi się go kontrolować. Po prostu… – Yesha?
- Jak dobrze cię kurwa słyszeć, Tomer – przyznałam cicho to, jak się przed chwilą poczułam. – Słuchaj, potrzebuję was teraz. Jestem przed kantyną LoBue, to niedaleko. Każde taxi was tu przywiezie. Czy mógłbyś wziąć ze sobą Amarantha…
- Co się stało? – przerwał mi, lekko zdenerwowanym głosem.
- To tylko Xan – wyjaśniłam. – Nie przytaszczę go sama do domu. A wy możecie mi pomóc.
Tomer milczał chwilę i słyszałam wtedy tylko urywany zakłóceniami śmiech Kai, stojącej pewnie obok nich.
- Zaraz tam będziemy – powiedział w końcu chłopak. – Poczekaj tam na nas.
- Nie zamierzam się nigdzie stąd ruszać – powiedziałam nieco bardziej ironicznie niż zamierzałam, więc dodałam szybko: – Dzięki. Kai, też dzięki.
- Nie ma sprawy – odpowiedziała mi uśmiechniętym tonem. – Macie jakieś pieniądze?
- Tak – odpowiedziałam z Tomerem jednocześnie.
- Yesha? – usłyszałam jeszcze pytający głos dziewczyny.
- Hm?
- Mogłabyś jutro powiedzieć słodkiemu, śpiącemu księciu, że ma u mnie dług? – zapytała, a pomimo trzasków w głośniczkach, słyszałam satysfakcję w jej głosie. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie tylko przysługą, ale i pieniężny – odpowiedziałam, zgadzając się z nią jednocześnie.
- To jesteśmy kwita. Powodzenia, twoi chłopcy już wyszli – powiedziała mi jeszcze, a ja pożegnałam się z nią kolejnym “dzięki” i krótkim, wdzięcznym “cześć”. Zanim się rozłączyła, usłyszałam jeszcze, jak krzyczy z lekką pretensją imię Sasoriego, ale potem połączenie zostało zerwane.
- Gdyby nie to małe ustrojstwo, które na szczęście nosisz przy sobie – warczałam teraz do Mistrza. – To byś sobie tu leżał, aż byś wytrzeźwiał.
Oczywiście odpowiedział mi pełny bólu jęk, czyli nic konkretnego.
Schowałam komunikator z powrotem do jego kieszeni, gdyż był za duży, aby zmieścić się u mnie. W międzyczasie, kiedy czekałam na Tomera i Amcia, obserwowałam, jak mój Mistrz spokojnie wegetuje.
Jego klatka piersiowa unosiła się powoli, a ja czułam pod butem, że brzuch także. Krew przestała lać mu się z ust, ale same wargi za to naprawdę spuchły, tak samo jak policzek i łuk brwiowy, gdzie dostał od przeciwnika. Z drugiej strony miał rozcięte czoło, gdzie przewrócił się na schody, wraz z nową kreską na krzywym nosie. Powstrzymując niechęć i lekkie obrzydzenie, zajrzałam mu do ust, rozchylając lekko wargi, by sprawdzić, którego zęba mu teraz brakuje.
Na dole, po lewej stronie, ziała czarna pustka pomiędzy jego czwórką i szóstką. Na pewno rano będzie go nakurwiało jak chuj, a do tego za każdym razem, gdy otworzy paszczę, ubytek niezmiennie będzie zwracał na siebie uwagę. Chyba, że zrobi sobie wypełnienie, właściwie miałam to teraz głęboko w dupie.
Wycierając palce o jego bluzkę, zastanawiałam się w głębokim szoku, jak on po tylu latach podobnego narażania się jeszcze jakoś żyje.
Obawiałam się też, że Gamorreanin zaraz zacznie się do mnie pluć o ciągłe siedzenie tu z Xanem. Nic jednak takiego się nie działo, więc może nie miało to znaczenia dla kantyny.
Noc już dawno rozpostarła się nad nami, utrudniając tym bardziej poruszanie się po mieście. Jej przyjemna woń pokrywała się z zapachem wody, tworząc lekką, chłodnawą bryzę. Sama woda była niemal tak ciemna jak niebo, przez co w pewnych miejscach trudno było mi rozróżnić, gdzie znajduje się linia horyzontu. Na szczęście więcej tu było jednak ciemnych cieni budowli w mieście, w oknach których świeciło się żółtawe światło. Ze środka kantyny również wydzierała potężna, jasna poświata, przez co byłam w stanie dostrzec całkiem sporo otoczenia dookoła. Najgorsze, że wyraźnie widziałam przez to postać leżącego u mych stóp Xana. Pojedyncze, wiszące przy brzegach latarnie ułatwiały rozpoznawanie drogi w ciemnościach.
Aż w końcu… ujrzałam w oddali moje wybawienie.
Na tle czarnego nieba zaczął majaczyć cień kolejnej wodnej taksówki. Wiedziałam jednak, że tym razem to chłopcy do mnie płyną. Po prostu czułam to, bo byli bardzo zajęci myśleniem o mnie i o Xanie, czego nie dało się zignorować w przepływających przeze mnie prądach wzburzonej Mocy.
Szybko znaleźli się przy kantynie, zatrzymując taksówkę, w której przypłynęli. Wstałam od razu, przytulając się do Tomera.
Potrzebowałam jego bliskości, poczuć jego zapach, jego ciepłe ręce na swoich plecach. Może nie byłam roztrzęsiona grzmiącą we mnie burzą zdenerwowania, ale jego uścisk od razu pomógł mi poukładać sobie myśli i nieco się rozluźnić.
Tomer był trochę zdziwiony moją nagłą potrzebą przytulenia się do niego, ale nie odsunął się ode mnie. Odwzajemnił uścisk, a stojący obok chłopaka Amaranth, w postaci człowieka, podszedł do Xana.
- Nic nowego – stwierdził beznamiętnie. – Coś poważniejszego mu się stało?
Wyswobodziłam się z uścisku Tomera i poszłam do Amcia wraz z nim.
- Tylko ząb mu wybili, przeżyje – odpowiedziałam. – Zapakujmy go teraz na tę łódkę.
- Nie wiem, czy ten robot się nie zbuntuje – powiedział Am, patrząc teraz na mnie. – Razem będzie za ciężko.
Właściwie to miał rację. Pewnie pamiętał, jak ostatnio został przegoniony z naszej łódeczki.
Pomyślałam jednak, że mogę zastosować na droidzie sztuczkę, której ostatnim razem użył Xan, gdy chciał wystawić sobie rękę za burtę.
- Raczej nie zatoniemy – powiedziałam, przedstawiając chłopakom swój pomysł. – Zresztą zobaczymy, jak wszyscy usiądziemy w środku.
Ja weszłam pierwsza, sadowiąc się na samym końcu i pilnowałam, aby łódka była jako tako stabilna, pomagając sobie Mocą. Tomer trzymał Xanatosa za ramiona pod pachami, a Amaranth za nogi.
Powoli, zachowując się chyba bardziej ostrożnie niż by należało z moim Mistrzem, zaczęli wchodzić na mały pokład. Tomer szedł w moją stronę, siadając obok, a kiedy był już w środku, stabilny i pewny, wszedł również Amaranth.
- Jaki on jest wielki – sapnął białowłosy, układając nogi Xana tak, by się na nim nie uwaliły.
Xan jednak wierzgnął, chyba półświadomie, uniósł się na chwilę, po czym opadł na moje kolana, gdzie się uspokoił.
- No kurwa wykurwiaj – warknęłam machinalnie, łapiąc go za ten ciężki, durny łeb.
Brzegiem świadomości musnęłam fakt, że droid wygłaszał informację odnośnie zbyt wielu pasażerów na pokładzie, więc nie myśląc nawet o tym, po prostu machnęłam ręką, ucinając jego głos w połowie komunikatu i zachęcając do wiosłowania.
- Poczekaj, zostaw go – zaproponował Tomer. – Skoro leży cicho, tak będzie lepiej.
- Dla kogo lepiej?! Myślisz, że fajnie mieć go kurwa na kolankach? – obruszyłam się, ale wtedy Amaranth mnie przegłosował.
I tak wrobili mnie w niańczenie przez całą drogę mojego pijanego do nieprzytomności Mistrza. Przez to nie cieszyło mnie nawet zwiedzanie miasta nocą. To nie było możliwe, kiedy od mojego zbędnego balastu unosił się alkoholowy odór połączony z metalicznym zapachem świeżej krwi i potu.
- Co ja kurwa jestem – warczałam. – Jego matka?
Chłopcy uspokajali mnie, ale nic to nie dawało. Dopóki nie dopłynęliśmy do naszego przystanku, nie byłam opanowana. Dopiero, kiedy zabrali mi nieprzytomnego Xana z nóg odetchnęłam lekką ulgą.
Amaranth złapał go pod jego lewe ramię, a Tomer pod prawe. Chłopak był niższy zarówno od ojca, jak i Amarantha, ale nadrabiał siłą, dzięki czemu byli w stanie oboje go unieść oraz poprowadzić.
- Robię to ostatni raz – zarzekał się Amcio, kiedy głowa Xana odskakiwała to w lewo, to w prawo, uderzając czasem o ramię szczuplejszego mężczyzny. – Przysięgam!
- Am – powiedziałam powoli, przeciągając tę monosylabę. – Robisz to dla mnie, nie dla niego.
- Nie, Yesha – powiedział stanowczo, a ponieważ szłam od strony Tomera, trudno było mi dostrzec jego twarz. Wystarczyło jednak słyszeć jego głos, aby stwierdzić, że jest wściekły. – Robimy to właśnie dla niego. Jutro obudzi się w swoim łóżku, podczas gdy powinien gnić pod tą kantyną i samemu znaleźć sposób na dotarcie do domu.
Wiedziałam, że miał rację. Wyręczaliśmy teraz Xanatosa w zrozumieniu konsekwencji swoich czynów, ale jednocześnie… nie mogłam go w sumie tam tak zostawić.
Choć chciałam, choć mnie wkurwiał, choć miałam nawet w głowie przebłysk momentu, jak płuczę jego zakrwawiony ryj w wodzie pod stopniami LoBue, nie mogłam pójść i go zostawić. Nie rozumiałam tego swojego dziwnego oddania. Być może on sądził, że sobie na nie dzisiaj zasłużył, ale ja nie byłam co do tego aż taka przekonana.
Gdyby się tak nie spił i nie pobił z tamtym Togorianinem, wszystko pewnie byłoby w porządku. Jednak stało się, jak się stało, a teraz mogliśmy go tylko transportować powoli i chwiejnie do domu, oczekując cierpliwie poranka, kiedy to przebudzi się z rozrywającym mu ciało i umysł bólem. Przynajmniej na to liczyłam.
Nagle, w połowie drogi, czyli zdecydowanie wcześniej niż powinien, Xan odzyskał świadomość.
- Oo – zawołał szybko. – A sso sie dzieji?
Nikt z nas mu nie odpowiedział. Każdy chyba liczył na to, że Xanatos w spotkaniu ze zignorowaniem jego osoby, zamknie się znowu.
- Ooooo.
Oczywiście wszyscy się myliliśmy.
- A sso to za… pjekna panienka? – zapytał, zerkając oczywiście na nikogo innego jak Amcia.
- Yesha! – zawołał ten do mnie błagalnie, prosząc chyba, bym zabrała jego adoratora.
- Njee… – zaprzeczył ze śmieszkiem w głosie Xan. – Ty nje jessteśś Yesha.
Byłam zdumiona, jak wyraźnie wypowiedział moje imię. Skupił chyba na tym całą swoją wolę.
- Ona jessst… tam – rzekł dobitnie, wskazując swoją prawą ręką na mnie. Musiał być wystarczająco przytomny, aby wiedzieć, gdzie się znajduję, mimo że ledwo mógł kręcić głową na boki, ale jednak wciąż nie rozpoznawał Amarantha.
- Nie jestem żadną panienką, śmierdzielu – odwarknął mu złośliwie Am, odsuwając się nieco, ale wtedy Xanem potężnie zachwiało. Pociągnął za sobą Tomera, który trzymał go pod drugim ramieniem i jeszcze parę centymetrów, a wszyscy troje by się wyjebali spektakularnie na ziemię prosto pod moje nogi.
- Amaranth! – krzyknął Tomer. – Idź równo!
- Amamam? – powtórzył Xan, nie będąc w stanie wymówić imienia białowłosego mężczyzny. – Nie widze… go tu.
- Idę obok ciebie – znów warknął chłopak, ale tym razem się nie odsunął.
- Aaa – powiedział Xan, jakby teraz rozumiejąc wszystkie tajemnice wszechświata. – Pjjekna panienka! No taakk!
Po niskim krzyku Amcia domyśliłam się, że ręka Xana, która nagle znikła z karku białowłosego, musiała wylądować znacznie niżej niż powinna. Szukał szczęścia nie na tym tyłku, co powinien i wątpiłam, aby miało mu to ujść na sucho.
- Dość tego! – oburzył się Am, rzucając Xanem o ziemię. Tomer szybko się zorientował, co tu się odkurwia, więc na czas puścił ojca, skutecznie się z nim nie wywracając.
- No i co teraz? – zapytałam, patrząc tak na nich, stojących nad Xanem jak nad workiem zwłok.
- Aleszz… panienko! – bełkotały dość żywe zwłoki w ziemię, śliniąc się trochę. – Ja… szeaszamm!
Było ciemno jak w dupie, gdyż znajdowaliśmy się w niedostatecznie oświetlonym punkcie, Xan leżał zakrwawiony i obśliniony, Amaranth najwyraźniej nie zamierzał dotykać go kijem przez szczotę, a ja czułam, jak niedługo moja cierpliwość, której nie miałam w nadmiarze, skończy się ostatecznie i coś we mnie pęknie.
Zapowiadała się piękna noc, po której chyba jeszcze piękniejszy dzień.