- Ale… co masz na myśli, mówiąc, że nie możesz obejść tego systemu?
Ciche, acz wyraźnie niezadowolone burknięcie wydobyło się z wnętrza mojego Mistrza, w skupieniu pochylonego nad konsoletą dostępu do wnętrza całej sieci ochrony tego niewielkiego ośrodka, jakim była zdemolowana przez nas w pewnej części kantyna. Kruczowłosy mężczyzna sekundę temu oznajmił mi, iż napotkał na swej drodze niespodziewany problem, którego teraz zarówno istnienie, jak i możliwość rozwiązania, próbowałam pojąć oraz wyszukać w swojej głowie.
- To było głośne myślenie… – odparł mi przeciągle, wyraźnie pochłonięty uwagą czym innym. – Najprostszy manewr nie zadziałał, więc sobie mruknąłem. Wszystko musisz brać od razu na serio?
Korzystając z okazji, że znajdowałam się za jego plecami, zrobiłam jedną z najbardziej poirytowanych oraz ogólnie nieprzyjemnych w odbiorze min, w ten sposób niemo dając upust emocjom, jakie wzbudzał we mnie Xan swoim pierdoleniem.
- Nie czytam ci w myślach, informatyczny geniuszu – odparłam dość normalnym tonem, kiedy pierwsza fala złości przeminęła wraz z rozluźnieniem się moich mięśni twarzy. – W takim razie jednak rozumiem, że zaraz z tym skończysz?
Mijała już trzecia minuta, jak Xan usilnie próbował wymazać wszelkie pozostawione przez nas ślady na nagraniach kamer ochrony budynku. Podejrzany o możliwość posiadania jakichkolwiek wątpliwości co do naszej profesji personel został usunięty przeze mnie uprzednie pięć minut wcześniej, podczas gdy mój Mistrz już zabierał się do swojej roboty. Jednak tam, gdzie ja nie napotkałam żadnych problemów, on najwyraźniej starał się być ostrożnym aż za bardzo, skoro proste sposoby go zawodziły.
- Spieszy ci się gdzieś? – rzucił, zapuszczając głębokiego żurawia do monitora daleko na jego prawo, aż włosy po drodze rozsunęły się mu w powietrzu niczym firana na oknie.
Westchnęłam, opierając dłonie na biodrach i starając się nie dać ponownie złapać w sidełka irytacji.
- Teoretycznie, tak – powiedziałam, wpatrując się w jego plecy. – Praktycznie również. Do tego jakieś cichutkie przeczucie mówi mi, że ty także gdzieś pędzisz.
Zamiast odpowiedzi napotkała mnie cisza, zupełnie jakby Xanatos tego nie usłyszał. Prawda była taka, że po prostu nie chciał się przyznać, iż powinien skończyć to już dobre parę minut temu, podczas gdy nadal coś stało mu na drodze.
Gdy ponownie dezaprobujący brzęczyk wydobywający się z głośników konsolety przeciął powstałe pomiędzy nami milczenie, przepchnęłam się obok niego i szybko rzuciłam okiem na przyciski. W międzyczasie przywołałam do otwartej prawej dłoni stygnący blaster leżącego w korytarzu za nami trupa, a gdy zlokalizowałam potencjalne umiejscowienie płyty głównej schowanego pod całym tym tałatajstwem maszynerii komputera, wystrzeliłam pojedynczy promień energii. Wszystkie otaczające nas monitory zgasły, a dobiegający z podzespołów szum pracy nagle ustał.
Spojrzałam na Xanatosa z zadowolonym uśmieszkiem, unosząc ku górze lufę blastera.
- Załatwi sprawę? – zapytałam, gotowa zetknąć się z dezaprobatą moich działań.
Granatowe spojrzenie odwzajemniło poświęcaną mu przeze mnie uwagę, nieco zaskoczone w pierwszym zetknięciu. Xan po chwili potarł czoło, zgarniając sobie tym samym jeden niesforny kosmyk z jego środka, po czym westchnął.
- Chciałem wyczyścić banki pamięci, ale uszkodzenie serca maszyny chyba też wystarczy – odparł w końcu, nieco powoli, jakby zastanawiał się w trakcie wypowiadania kolejnych słów. W końcu odwzajemnił również i uśmiech. – Dobra, idziemy.
I pomyśleć, że trwający jedną sekundę strzał potrzebował aż mniej więcej czterech minut, aby móc poradzić naszej sprawie. Tak czy inaczej, miałam teraz przynajmniej dodatkową anegdotkę do męczenia Xana.
W kantynie nie sprzątaliśmy po sobie trupów, nie widząc w tym najmniejszego sensu. Jednak zanim ją opuściliśmy stworzonym przez nas tylnym wyjściem, Xanatos upewniał się jeszcze dłuższy moment, że nikt nas nie zobaczy. Dopiero później, gdy prowadził mnie skrótem przez kawałek łąki do innej części miasta, zaczął mi wyjawiać plan na dalszą część dnia.
- Ten bezużyteczny debil nie powiedział nam nic treściwego, więc musimy inaczej zdobyć informacje – burczał, nie kryjąc swojego zdenerwowania, że jest zmuszony kombinować bardziej, niż początkowo zamierzał.
- Mówił coś o kimś, kto rzekomo miałby zabić i ciebie i jego, gdyby się dowiedział, że tamten cokolwiek rozgadał – dodałam, próbując włączyć się aktywnie w burzę mózgów. Choć szczerze chciałam pomóc Xanowi, to tak naprawdę moja głowa zajęta była analizą zupełnie czegoś innego. Starałam się skupić na dokładnym poukładaniu sobie w umyśle tego, co dzisiaj zrobiłam. Wywołało to w końcu we mnie dość głośną zmianę i nie umiałam strzepnąć tego pod dywan, by móc spokojnie zająć się tym kiedy indziej.
- Słyszysz? – dobiegło do mnie po chwili, wraz z uczuciem lekkiego napięcia na ramieniu od dotyku dłoni Xana. Uniosłam oczy z jego palców na sobie na jego twarz, uśmiechając się wymijająco.
- Zamyśliłam się – mruknęłam zgodnie z prawdą, przechylając teraz lekko głowę bok, nie wyjawiając powodu mojego stracenia kontaktu z rzeczywistością. – To o czym mówiłeś?
Westchnął krótko i zabrał rękę, wznawiając przerwany przed chwilą marsz. Podążyłam za nim w milczeniu, bo widziałam, że już zbierał słowa w gardle, by mi je przekazać.
- Stwierdziłem po prostu, że ta osoba owszem mogłaby nam pomóc, ale wiem o jej położeniu i tożsamości tyle samo, co o tym Jedi – wyjaśnił, wzruszając ramionami. Przy okazji, z potulnej, ładnie skoszonej łączki nasza droga przekształciła się w zagęszczające się zarośla, w tym wysokie, grube drzewa, których gałęzie teraz Xan musiał odginać, abyśmy mogli przejść.
- To nie możemy po prostu znaleźć Khana i jego mistrza, bez żadnych pośredników? – drążyłam, przemykając pod wystającymi listkami, szumiącymi pod wiatr, wygiętych w łuk rodzących je gałęzi. Czułam się, jakby Mistrz wprowadzał mnie w inny świat, bo zalążki lasu, jakie się ukazywały przed naszymi oczami, prezentowały zupełnie inną rzeczywistość planety niż zapyziałe meliny w mieście. I choć nie mam nic do cywilizacji, to ze względu na jej poważne braki w tamtej części Le Yer, obecna przestrzeń przypadła mi do gustu o wiele bardziej. – Nie wyczuwasz ich?
Xan z miną obrzydzonego już zdecydowanie za starą padliną kota strzepywał z buta jakiś brązowy kijek, który na moje oko wyglądał jak najbardziej normalnie. Jednak jego przestrzeń osobista była świętością, jeśli nie należało się do gatunku pięknych, chętnych kobiet. Dopiero, kiedy pozbył się niepożądanego elementu natury ze swojego odzienia, był gotów ponownie skupić uwagę na mnie.
- Nie w tej części planety – rzekł, rozglądając się po rosnącym na naszych oczach kawałku lasu. – A nie będę latał po całym Abregado, aby ich znaleźć.
- Sam chciałeś się w to bawić – przypomniałam mu, tym razem samej wzruszając ramionami. – Nie ukrywam, że dodałoby to nieco smaczku do naszego pobytu tutaj, ale to tylko Khan i jego nowy mistrz. Tego głupka znając Moc na pewno jeszcze gdzieś spotkam, więc nie musimy tak spinać pośladów, aby ich znaleźć teraz zaraz.
Brzmienie tych słów nie do końca zgadzało się z moim zdaniem sprzed jakiejś godziny z kawałkiem, kiedy to wyczuwałam wyraźną irytację na myśl, że Xan mógł zjebać utrzymanie tropu naszych ofiar. Jednakże, gdy teraz ponownie zaczęłam o tym myśleć, to naprawdę nie było za czym gonić. Gdyby Khan chciał o mnie powiedzieć Zakonowi, już by to zrobił, a my nie musielibyśmy ich szukać, bo to oni szukaliby nas. Jeśli prawdą było to, jak się czuł, prędzej czy później i tak opuści Jedi, a wtedy prawdopodobnie również sam mnie znajdzie. Jedynie wtedy zaprzepaszczona zostałaby możliwość naszej wtyczki, która jednak widniała jako bardzo kusząca i bardzo przydatna opcja, ale skoro dawaliśmy sobie do tej pory radę bez czegoś takiego, to z palcem w dupie damy i później.
Czułam na sobie zaintrygowane spojrzenie lśniących oczu, kiedy kolejne długie sekundy nie dobiegał mnie żaden dźwięk słów od strony Xanatosa. Dopiero po kolejnej chwili spojrzałam na niego, zdziwiona, że się przymknął. Powiedziałam coś aż tak głupiego? Moje wnioski jednak były błędne?
- Skąd w tobie nagle to opanowanie? – zapytał tylko, całkiem mnie zaskakując. Jego brwi wyrażały wraz z resztą twarzy pomieszanie zdziwienia z ciekawością.
- Co kurwa? – rzuciłam, rozkładając ramiona w czystej inscenizacji swojej konsternacji. – Ja tylko stwierdzam fakty, żebyśmy przypadkiem nie tracili czasu na coś, co można załatwić kiedy indziej. Już i tak musieliśmy się pierdolić z tymi szumowinami w tej jebanej kantynie i narażać, że ktoś niepowołany nas wyśledzi, choć mam nadzieję, że twoje idealnie zestrojone z Mocą zmysły wyczują zagrożenie w odpowiednim momencie. To nie kwestia opanowania, tylko trzeźwej kalkulacji.
Oczywiście nie potrafiąc się powstrzymać, nacisk na przedostatnie słowo został mu niemal lekko rzucony w twarz. Musiał zacząć zauważać profity bycia całkowicie świadomym, z umysłem niczym nielegalnym niezaćmionym.
O kurwa, może powinnam zacząć o nim pisać wiersze. Chociaż, po co konkretnie o nim…
- No już, dobrze – odparł, uśmiechając się i tradycyjnie bagatelizując kwestię swojego zamiłowania do alkoholu. – To już bardziej rozumiem. Po prostu się przestraszyłem, że nagle wszystko ci jedno, co się stanie z tymi dwoma.
Westchnęłam, spodziewając się, że coś takiego może powiedzieć.
- Nie wiem, czy masz problemy ze słuchem, czy rozumieniem komunikatów, ale nie to wynikało z tamtej mojej wypowiedzi – mruknęłam, zatrzymując się nagle pomiędzy jednym grubym pniem drzewa, a drugim. Z góry otaczały nas wysokie ostrza w kształcie dzid koron iglastych drzew, w które to przeszedł las. Wokół ogólnie zrobiło się ciemniej i ciszej, a szumiący wcześniej wiatr uciekł wysoko w górę, gdzie na swojej drodze nie miał tyle przeszkód do swobodnego przemieszczania się. – Albo jestem przewrażliwiona i to przez nagłą zmianę otoczenia, albo coś się za nami kręci i zdecydowanie nie jest to głodne zwierzę.
Xan lekko zatrzymał się obok mnie w kolejnej części sekundy, a ja wyczułam, jak jego skupienie zdecydowanie wzrasta i rozszerza się na przestrzeń dookoła.
- Tym bardziej, że zwierzęta nie zapuszczają się tutaj, oprócz tych latających – odparł mi równie zniżonym tonem głosu. – Też wyczułem coś chwilę wcześniej i próbowałem wybadać, co dalej zrobi, ale skoro już i ty się tym niepokoisz, to chyba czas wyciągnąć gościa z krzaków.
Westchnęłam ciężko, z wyraźnie zaznaczonym w intonacji przepływu powietrza przez mój nos zrezygnowaniem.
- Czy Abregado mogłoby nam dać spokój i przestać nasyłać jakichś aspirujących do czempiona wśród zbirów imbecyli? – warczałam już nisko, pobudzona wzbierającymi ku górze igiełkami irytacji na myśl, że znowu czeka nas bezsensowna walka. Oczywiście, że kochałam używanie mieczy świetlnych oraz Mocy na organicznych istotach żywych, jednakże tracenie energii na kogoś, kto nie jest w stanie wytrwać walki dłużej niż trzy sekundy zaczynało być nieco denerwujące.
Dlatego w głębi duszy gdzieś tam liczyłam jednak, że znajdziemy dzisiaj tego Jedi, by móc sprawdzić się z bardziej wymagającym przeciwnikiem.
- Nie patrz na to tak pesymistycznie – uśmiechał się niebezpiecznie Xan, błyskając zadowolonymi kłami. – Będziesz mogła więcej poćwiczyć.
- Nie doszłam jeszcze do pełnego ładu po ostatnim razie – mruknęłam już zdecydowanie ciszej, na nowo wyczuwając w sobie echo tamtych emocji. Rozgrzewały mnie równie mocno jak w chwili podtrzymywania śmiertelnego uścisku Mocy, a swego rodzaju podniecenie ogarnęło na ponów mój umysł. Zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście byłam głodna kolejnych wrażeń.
Choć myślałam, że Xanatos mnie nie usłyszał, on jednak zdążył mi jeszcze odpowiedzieć:
- W takim razie sesja medytacyjna czeka na ciebie w domu.
Niezadowolone warkliwe jęknięcie uleciało cicho w powietrze z moich płuc, kiedy odwracaliśmy się już w kierunku, z którego dochodziły do nas sygnały o potencjalnym zagrożeniu.
- Nie wyciągaj mieczy – dodał jeszcze, stawiając kroki już przed siebie, kiedy najwyraźniej zauważył mój bezwarunkowy ruch dłoni ku rękojeści.
Myślałam, że wejdziemy dalej w krzaki, zaskoczymy intruza przebiegłością i jasnością zmysłów, a tu cały misterny plan w pizdu. Xan z prędkością atakującego pustynnego węża wyciągnął przed siebie rękę, po czym machnął nią na prawo, wyciągając tym samym zza ciemnych drzewnych cieni jakąś zmiętą, przykurczoną sylwetkę.
- Widzę, że polubiłeś ten sposób bawienia się z innymi – skomentowałam, zerkając na niego kątem oka, kiedy on skupiał się na podejrzanym osobniku.
- Jest prosty, szybki i zarówno efektywny, jak i efektowny – wyjaśnił, nie odwzajemniając spojrzenia.
- No dobra, to kogo tu mamy – dodałam, kiedy oboje już szliśmy do miejsca, w którym upadło rzucone niewidzialną siłą obce ciało.
- Nie bić! Nie bić! – krzyczało stłumione strachem i niedowierzaniem gardło bardzo szpetnej istoty. Wijący się na trawie zszokowany, odziany w prześmiardłe łachmany Weequay niemal składał nam pokłony, z pobożną miną błagającej o życie marnej jednostki. – Ja nic nie chciał! Ja przez las… do miasta! Jak wy! Nie bić!
Westchnęłam ciężko, ledwo dowierzając okrutności losu. Miałam nadzieję na cokolwiek bardziej wartego uwagi.
Brązowa, poorana bruzdami twarz raz odwracała się ku nas, raz ku ziemi, kiedy Weequay nie wiedział, czy może swobodnie zatrzymać na nas spojrzenie.
- Zrób coś bo nie mam siły patrzeć jak się tarza po tej trawie – burknęłam, krzyżując ręce na piersi, bardzo niezadowolona z takiego nieproszonego gościa.
- Mam go zabić? – zapytał mnie Xan, jakbym to ja tu była osobą decyzyjną. Zerknęłam na niego spod wysoko uniesionych brwi.
- Mnie się pytasz? – odparłam pytaniem, szczerze nie wierząc w to, co powiedział.
Rozłożył ramiona w geście bezradności.
- Nie zawsze będę obok ciebie, aby móc podjąć za ciebie decyzję – wyjaśnił, posyłając mi jeden ze swoich chytrych uśmieszków, najwyraźniej bardzo ciekaw mojej reakcji.
Przeniosłam jaśniejące zdziwieniem oczy z jego osoby na bezbronnego i ogarniętego strachem od czubka palców stóp po ostatni kosmyk swojej niechlujnej kitki obcego.
Sądziłam, że Xan z własnej woli po prostu się go pozbędzie, bo nie dość że użył na Weequayu Mocy, który może to chcąc lub nie chcąc rozpowiedzieć niechcianym przez nasz uszom, to też jego domniemana niewinność w ogóle do mnie nie przemawiała. A po co ma chodzić po świecie kolejna nie-ludzka porażka, która w przyszłości mogłaby przysporzyć nam niepotrzebnych problemów.
Przemyślawszy w milczeniu całą tę sprawę, wzruszyłam jednym ramieniem.
- To ty, czy ja? – zapytałam tylko, objawiając gotowość przyszykowanej decyzji.
Xan wskazał klęczącego mężczyznę dłonią, gestem dając znak, iż mam przed nim pierwszeństwo, pomimo tego, że wcześniej sam pytał, czy ma się go pozbyć. W chwilę później luźnym zgięciem nadgarstka przerwałam nerwy rdzenia kręgowego leżącej u naszej stóp istoty, tym samym odbierając tego dnia kolejne bezwartościowe życie.