Ciężkie, zmęczone powieki zaczęły unosić mi się samowolnie, wystawiając oczy na pogrążone w pełnej ciemności wnętrze niewielkiego pokoju. Wyrwana ze snu, roztargnionym umysłem zaczęłam ogarniać sytuację, w której się znajdowałam.
Prawdopodobnie był środek nocy, ja leżałam spokojnie z Tomerem i Amaranthem w łóżku, a w głowie szumiało mi od niespodziewanego przerwania zbawiennego braku świadomości. Ciche oddechy chłopaków zlewały się z mruczeniem nocy za oknem i…
Szumem bieżącej wody?
Byłabym w stanie tak wyraźnie usłyszeć łazienkę z góry? Właściwie to prawdopodobnie tak, dom nie był ogromny, aby znajdowała się ona w rzeczywistości naprawdę daleko, nawet pomimo piętra.
Jednak po krótkiej chwili doszłam do wniosku, iż dźwięk ten dobiega ze znajdującej się na prawo od miejsca, w którym leżałam, skromnie urządzonej kuchni.
Zaciekawienie tym zjawiskiem skutecznie wybiło ze mnie resztki snu, które zresztą były tak wątłe, że nie zapewniłyby mi teraz powrotu na łany regenerującego snu. Dlatego ostrożnie, by nie obudzić żadnego z chłopaków, wygramoliłam się z łóżka. Po delikatnym muśnięciu panelu, drzwi rozsunęły się z cichym sykiem, wypuszczając mnie z pokoju.
Wnętrze domku było pogrążone równie intensywnie w mroku, co nasz pokój. Jedynie samotne, słabe światło, dobiegające z otwartej kuchni rzucało niewielką poświatę na korytarz, przyciągając mój wzrok, jakbym była alderaańską ćmą. Spokojny, jednostajny szum wody nasilał się z każdym moim bezdźwięcznym krokiem, zarówno jak dobrze znajoma obecność mojego Mistrza w Mocy.
Co Xan robił w kuchni o tej porze?
Kiedy wyszłam wystarczająco daleko, dojrzałam przez otwarte wejście do kuchni nieco pochylone, gołe plecy Xanatosa. Przykryty zaledwie czarną firaną włosów oraz smugą blado białego, nieśmiałego światła, stał w samych półdługich, ciemnych i luźnych spodniach…
Przy zlewie?
Jego ramiona poruszały się lekko, gdy okrężnym ruchem mył coś pod strumieniem wody, wprowadzając w delikatny, falowy ruch swobodnie opadające na niego włosy.
Widok ten tak mną wstrząsnął, że stanęłam dosłownie dwa kroki przed tym wejściem, niezdolna poruszyć się, odezwać, przez moment oddychać nawet czy zamrugać.
- Będziesz tak stała do świtu?
Zniżony, mrukliwy, ale jednocześnie cucący głos przywrócił mi możliwość poruszania własnym ciałem.
- Nie, ja… – zaczęłam niezgrabnie, ostrożnie stawiając kolejne kroki do przodu, jakby w lekkiej obawie znalezienia się w tym samym pomieszczeniu co on. – C-co ty… zmywasz naczynia? Xan, to ty? Podmienili mi Mistrza czy co?
Dopiero po tych słowach wstąpiło we mnie nieco orzeźwiającej odwagi, która pchnęła mnie w kierunku zagadkowo zachowującego się mężczyzny. Zamiast stać jak ten debil i się w niego wpatrywać, postanowiłam usiąść na niewielkim krzesełku przy równie niewielkim stoliku, ale wciąż wpatrywałam się w jego poruszające się plecy.
Które teraz stopniowo wyginały się, by ich właściciel mógł się do mnie obrócić i odwzajemnić spojrzenie.
W jego granatowych oczach znalazłam znany mi błysk lekkiej irytacji, ale on ledwo wyróżniał się na tle całego zmęczenia, jakie wyzierało mu z wewnątrz tęczówek. Jego obecność nieco mnie zmartwiła, ale trwało to dosłownie krótką chwilę, póki nie przypomniałam sobie niektórych rzeczy, jakie zdążył zrobić dzisiejszego… a właściwie już wczorajszego dnia.
Po wypłaceniu Kai należnej sumy, postanowiliśmy opuścić kasyno. Przed wyjściem mój spragniony Mistrz próbował jeszcze wyłudzić od Kai kupno piwa, zupełnie jakby był niepełnoletnim nastolatkiem, któremu nie sprzedaliby nawet bezalkoholowego. Xanatos sądził, że nie zorientuję się w jego dziwnych kombinacjach, ale nawet jeśli by mi się to nie udało, Kai i tak nie zamierzała w żaden sposób ułatwiać mu życia. Dostał oczywiście ode mnie za próbę oszustwa, którą skomentował tak, jak tylko on mógł – abym się od niego uczyła, nigdy nie poddawała w dążeniu do celu i korzystała ze wszystkich możliwych środków.
Gdyby nie fakt, że udzielał mi takiej lekcji w kontekście jego nieudanej próby ogarnięcia sobie alkoholu, nawet bym poczuła przyjemne łaskotanie ekscytacji w brzuchu po zastanowieniu się nad jego słowami. Jednak sytuacja nie pozwalała mi na oddanie się w pełni mentorskim chwilom, na jakie zebrało się Mistrzowi, więc po prostu wyprowadziliśmy go grzecznie z kasyna.
Choć uprzednio musiał jeszcze awanturować się ze Stevem… a do nich dołączyła Kai, zdumiona zachowaniem Zielonoskórego. Ich dyskusja była długa i zażarta, a ja nie rozumiałam, o co się tak ścierają. Najwyraźniej jednak każde musiało wykrzyczeć swoje zdanie, a ja z chłopakami nie słuchaliśmy ich już nawet, siedząc sobie spokojnie przy stoliku niedaleko wejścia w oczekiwaniu, aż cała adrenalina, testosteron i inne podejrzane substancje krążące w żyłach Xanatosa się ulotnią, oddając go nam na ponów nieco bardziej posłusznego, ale przede wszystkim trzeźwego.
Powrót do domu był względnie spokojny, a gdy już do niego dotarliśmy, udało nam się odbyć nawet całkiem przyjemną, normalną gadkę z tą włochatą pałą. Sam zresztą zaczął gadać, zachęcając nas do podjęcia tematu. I choć nie były to sprawy jakiejś szczególnej wagi, gdyż ucięłam znacząco jego nie do końca wyprowadzoną insynuację, że czegoś wcześniej od niego chciałam, to taka prosta, swobodna rozmowa umiliła nam resztę wieczoru. Nie spodziewałam się, że w czwórkę możemy odbyć taką konwersację. Chciałam poruszyć z nim sprawę Khana, jednak były takie rzeczy, o których wolałabym porozmawiać z nim w cztery oczy, a nie przy chłopakach. Dlatego dyskretnie dałam mu do zrozumienia, że to wciąż nie była odpowiednia chwila.
Teraz, jak spoglądałam w to głębokie, okryte płaszczem zmęczenia spojrzenie, widziałam w nim przebłysk przeszłości, kiedy to z rana walczył z kacem, popołudniu z dentystą, a wieczorem ze Stevem i Kai. Co jednak naprawdę mnie zastanawiało, to to, czy Xan naprawdę byłby w stanie zmęczyć się tym wszystkim tak, aby patrzeć na mnie tymi zbolałymi oczami.
- Nie, nikogo nie podmienili – burknął z wyraźnym niezadowoleniem w odpowiedzi na moje niedowierzanie. – O co ci teraz chodzi? To już nie można sobie przyjść w środku nocy i zmyć… zaledwie dwóch talerzy i kubka?
Zerkałam na niego przez jeden, długi moment w zupełnym milczeniu, zasłuchana w dźwięk wody z kranu.
- Znaczy, no… można – odmruknęłam, próbując znaleźć jakiś punkt zaczepienia, dzięki któremu łatwiej byłoby mi zrozumieć tę sytuację.
Wydawało mi się, że Xan jest delikatnie zakłopotany, iż udało mi się go przyłapać na takim zajęciu. Nie okazywał tego w wyrazie twarzy czy wprowadzeniu do swoich ruchów popłochu… po prostu słyszałam w jego głosie tę defensywną nutę, która miała obrócić sprawę tak, że przecież chuj mi do tego, co on robi, a jednocześnie nie jest to nic dziwnego.
Podczas gdy dla mnie właśnie było to coś anormalnego, przynajmniej w pewnym stopniu. Xan był przemądrzały i leniwy, lubił mieć wszystko pod nosem, samemu się nie bardzo starając na korzyść innych, chyba że ktoś go podstawił pod ścianą. A ja teraz patrzyłam, jak on z własnej kurwa nieprzymuszonej woli stoi przy zlewie i zmywa dwa talerze z kubkiem.
- Zresztą – dodał cicho po chwili, odwracając się z powrotem do swojego niewielkiego miejsca pracy. – Lepiej mi się myśli, kiedy coś robię.
A jakież to myśli krążyły mu po tym rozczochranym łbie, że musiał aż przyjść i chwycić gąbkę do naczyń.
- No kurwa, jesteś chyba na to za trzeźwy – bąknęłam, nieco skonsternowana jego zachowaniem. Próbowałam go zapytać o powód jego braku snu oraz przyczynę tychże myśli, ale już zdążył się zdenerwować.
- Skoro tak ci to przeszkadza, to proszę – oburzył się i odsunął od zlewu. – Możesz za mnie skończyć.
- Nie, nie, kurwa, spokojnie – zapewniałam go, nieco przestraszona, że zaraz wyjdzie z kuchni i zostawi mnie taką z niczym. – Hamuj konie, Xan. Po prostu… to nie jest dla mnie codzienny widok. Wszechwiedzący Mistrz relaksujący się przy zmywaniu garów po nocy. Ty w ogóle… przy naczyniach, z własnej decyzji.
Pokręciłam głową, starając się mu jakoś okazać, jak bardzo mnie tym zaskoczył. Moja reakcja pewnie była spotęgowana zapewne również przez to, że tak nagle się obudziłam i nie byłam do końca wyspana.
- A może ja się wcale nie obudziłam – powiedziałam nagle, na pół poważnie, na pół z niego żartując. To zirytowało go jeszcze bardziej, aż jego brwi drgnęły niezadowolone.
- Już nie przesadzaj – warknął niemrawo. – Człowiek kurwa raz chce zrobić coś na pożytek tych darmozjadów a tu i tak nie pasuje.
Na słowo “darmozjad” sama zaczęłam się już trochę wkurwiać, bo nie byłam pewna, czy się ze mną przekomarza, czy naprawdę tak gada.
- Zwyczajnie mnie zaskoczyłeś – powtórzyłam, samej teraz warcząc, ale wyraźniej niż on. – Już się tak nie wkurwiaj chuj wie o co. I mnie nie obrażaj.
Xanatos odetchnął cicho, po czym zakręcił kran, zatrzymując przyjemny szum wody. Sięgnął po leżącą na blacie ściereczkę, obrócił się z powrotem do mnie, opierając się teraz plecami o zlew, i wycierał spokojnie ręce.
- Wydajesz się przy tym taki… udomowiony – mruknęłam po chwili, kiedy sam na razie się nie odzywał. Zastanawiałam się szybko na bieżąco nad odpowiednimi słowami, którymi mogłabym wyrazić najlepiej sens swojej myśli. – Taki oswojony.
Naprawdę tak sądziłam. Xan był nieprzewidywalny, jak głodne, dzikie zwierzę, skryte głęboko w dziczy, zawsze gotowe do ataku. A tu on sobie spokojnie wypełnia obowiązki domowe niczym przykładny pan domu, a może ojciec rodziny. Nie potrafiłam uznać, że to do niego pasuje. Rzucało to na niego inne światło, ale w moich oczach i tak pozostanie tym samym dzikusem.
Z jego piersi dobyło się ledwo słyszalne prychnięcie, skryte bowiem pod rozbawionym wypuszczeniem powietrza przez nos.
- Parę naczyń nie czyni od razu z drapieżnika łaszącego się kocurka – odparł mi z pewnością w głosie, nieświadomie zgadzając się z moimi własnymi przemyśleniami.
- Ale przyłapałam cię trochę, co? – uśmiechnęłam się po chwili lekko, z pewną chytrością schowaną gdzieś w kącikach ust. – Prędzej jestem skłonna uwierzyć, że rozjebałbyś te talerze i wyjebał, zamiast je myć.
Czarne brwi Xana poleciały do góry z prędkością wystrzelonej rakiety, unosząc tym samym powieki, spod których patrzyły na mnie szeroko otwarte w szoku oczy. Dostrzegłam w nich tyle niezrozumienia, że aż poczułam się przez chwilę jak idiotka.
- Pojebało? – zapytał i brakowało mu teraz jego ulubionego pukania się w czoło. – Te talerze to kredyty. Po co miałbym je rozjebać?
No tak, sprawy hajsu.
- Ale to twoje kredyty, że się nimi przejmujesz? – odpowiedziałam pytaniem, szczerze zaciekawiona jego podejściem.
Westchnął ciężko, zamykając wcześniej rozszerzone oczy. Wrażenie bycia idiotką powróciło do mnie i tym razem zaczęłam się już na to wkurwiać. Nie przeszkodziłam mu jednak w udzieleniu mi odpowiedzi.
- Ogólnie nie można marnować pieniędzy w taki sposób – wyjaśnił mi krótko, przekonany, że jest to wystarczająco wyczerpujące, aby nie musieć wypowiadać się na ten temat dłużej.
Prychnęłam cicho, uśmiechając się przy tym lekko.
- No tak, i kto mnie lepiej nauczy rozporządzania pieniędzmi jak nie ty – odburknęłam, ale nie denerwowałam się już na niego. Zaintrygował mnie tą swoją nocną eskapadą do kuchni, a poza tym byłam już trochę przyzwyczajona do tego, że jak zawsze kurwa musiał być mądrzejszy od jajka.
Posłał mi zadowolony z siebie uśmieszek, skrywający pod tą pierwszą warstwą ukontentowania jakieś tajemnicze nutki.
- Od tego masz Mistrza – zamruczał dumnie. Tak, Xan, jesteś mi niezbędny w tym moim pojebanym życiu.
Wzruszyłam jednym ramieniem.
- Szkoda, że myślisz w ten sposób o kasie tylko na trzeźwo – dorzuciłam, zerkając na niego spod jednej delikatnie uniesionej brwi, z głową znacząco przechyloną ku dołowi, żeby móc patrzeć na niego do góry w lekkiej dezaprobacie.
Xan w odpowiedzi machnął na mnie ręką, drugą zarzucając sobie ścierkę na prawe ramię i prychając cicho.
- Oj tam, czepiasz się – rzekł beztrosko, całkowicie nie przejmując się konsekwencjami swojego stanu nietrzeźwości, które niefortunnie dotykały wszystkich.
Jednak jego wspomnienie o swoim byciu moim Mistrzem przypomniało mi coś ważnego.
- No właśnie – zagaiłam zatem, bardziej kurczowo łapiąc się jego spojrzenia. – Musimy pogadać.
Jego oczy zalśniły nagłym zrozumieniem, jakby sobie o czymś przypomniał. Kiwnął lekko głową i odbił się od zlewu, kierując swoje kroki do stojącej w kącie lodówki. Po drodze zdjął sobie szmatkę z ramienia, rzuciwszy ją na blat.
- To o co chodzi? – zapytał, rzucając mi ostatnie spojrzenie, zanim schował głowę we wnętrzu chłodziarki do jedzenia.
Przez step mojego umysłu przegalopowała myśl, iż Xan sięga po butelkę schłodzonego piwa i moja ręka niemal na autopilocie chciała lecieć już do niego, żeby go powstrzymać, ale on zamknął drzwi lodówki szybciej, niż zdążyłabym zareagować i wrócił do mnie.
W ręku trzymał jakieś małe, brązowe pudełeczko, a jego wielka dłoń zakrywała mi sobą niemal wszystko, więc nie umiałam się przez tę krótką chwilę domyślić, co tam dokładnie niesie. Znów się ode mnie odwrócił, jednak z cichego dźwięku sztućców wnioskowałam, że zamierza to coś zjeść.
Kurwa o tej porze?
Byłam zbyt zaciekawiona jego dalszymi poczynaniami, aby od razu zacząć mówić to, co zamierzałam. Czekałam, aż przyjdzie do mnie do stołu albo chociaż znowu stanie do mnie przodem.
Zrobił to pierwsze, dosiadając się z cichym sapnięciem. Postawił na blacie mały talerzyk, po czym uniósł nad nim brązowe pudełeczko i stuknął raz, ale stanowczo, w jego denko. Ze środka wypadło z cichym plopnięciem również brązowe, o konsystencji gęstej galarety dziwne ciało stałe w kształcie pudełka, w którym się znajdowało, czyli przepołowionej kuli.
- Co to kurwa jest – zapytałam, przyglądając się przez chwilę temu znalezisku, by przenieść zaraz wzrok na Xana.
Ten uśmiechał się lekko, podając mi łyżeczkę.
- Taki jakiś… deser z czekolady – wzruszył ramieniem, samemu także z łyżeczką w ręku. Przeniósł na mnie granatowe spojrzenie. – Normalnie nie jem takich rzeczy, zazwyczaj unikam słodyczy, ale nabrałem dziwnej ochoty na coś takiego.
- Może cukier ci spadł – mruknęłam w zamyśleniu. Odłożyłam jednak łyżeczkę obok talerza, wzdychając płytko. – Nie chcę dojadać w nocy. Utuczysz mnie.
Xanatos zaśmiał się krótko i cicho, ale jakoś dźwięcznie, aż zauważyłam, że miło słuchało mi się jego głosu. Jego osoba jak zwykle mnie zadziwiała, ukazując mi coraz to nowe elementy, z których stworzony był on cały.
- Nic ci nie będzie, nie sraj – przekonywał mnie. Uderzył łyżeczką w deser, aż ten zatrząsł się niczym tafla jeziora, w które rzucono kamień. – O kurwa, patrz. Jak dupa po klapsie.
Po czym powtórzył swojego prowizorycznego klapsa jeszcze trzy razy, aż odsunęłam od niego talerz z niskim pomrukiem irytacji.
- Przestań robić z jedzenia swoje perwersyjne zabawki – warknęłam, autentycznie zdziwiona różnicą w naszym sposobie myślenia. Tam, gdzie ja widziałam jezioro, on widział trzęsące się pośladki. – Teraz jeszcze bardziej mi odeszła ochota na zjedzenie tego.
Zaśmiał się znów, ale tym razem zapchał sobie usta pierwszym kęsem. Smakował w milczeniu czekoladę, unosząc jedną brew i kręcąc głową, jakby mówił sam do siebie, że w sumie całkiem w pizdę dobre.
- Czemu ty w ogóle kurwa nie śpisz – zapytał mnie nagle, zdobywając się na tyle uprzejmości i dobrego smaku, żeby nie gadać z pełnym ryjem. – Spróbuj chociaż, skoro częstuję.
- O to samo chciałam zapytać ciebie – odpowiedziałam, wahając się poważnie nad przystaniem na jego propozycję. W końcu z widocznym ociąganiem odgarnęłam dla siebie na łyżeczkę niewielką porcję, z drugiej strony. Tym samym nie udzieliłam mu odpowiedzi na pytanie, ale tylko dlatego, że zajęłam się tym żarciem.
Było strasznie słodkie, smak czekolady przebijał się nad wszystko inne. Jednak dzięki swojej konsystencji szybko rozpływało się w ustach i nawet przyjemnie się to jadło. Mimo to, wolałam nie dzielić z Xanem deseru dłużej niż ten jeden gryz na spróbowanie. Nie chodziło o niego czy nawet o te jego erotomańskie skojarzenia, zwyczajnie nie miałam ochoty teraz jeść.
Xanatos wzruszył jednym ramieniem, przełykając kolejną łyżeczkę.
- A tak po prostu się obudziłem – stwierdził, wpatrzony nieustannie w to, co trzęsło mu się na talerzu. Wsadził sobie do ust kolejny kęs i mruknął coś, jakby chciał mówić dalej, ale miał zajęte usta. Pokręcił więc łyżeczką, dając mi znak, żebym chwilę poczekała, aż w końcu przełknął. – Potem przyszło mi do głowy parę spraw i tak już jakoś się tu znalazłem.
Rozgwieżdżona noc zamknięta w jego tęczówkach spoczęła na mnie, domagając się teraz swoich odpowiedzi.
- Właściwie to też obudziłam się tak z dupy – powiedziałam zatem. Oparłam się plecami o krzesło, przesuwając się teraz bokiem do Xana. Kładąc lewą rękę na stole, podciągnęłam kolana wysoko, opierając się stopami o siedzenie. Długą, znoszoną i rozciągniętą bluzkę odziedziczoną po Tomerze do spania zarzuciłam sobie na nogi, przykrywając materiałem niemal całe ciało. Dopiero wtedy obróciłam głowę z powrotem na zajadające się smacznie oblicze Mistrza. – Pewnie zostałabym w łóżku, ale zastanawiałam się, czemu woda się leje w kuchni.
Xan uśmiechnął się lekko, ale nie skomentował tego. Dojadł deser do połowy, po czym odsapnął i także oparł się na krześle, przytykając głowę do ściany za plecami.
Dzięki takiemu ułożeniu głowy jego włosy spływały mu bliżej przy uchu, opadając w nieładzie na ramiona, szyję, bicepsy i plecy, gdzie przygniótł je z krzesłem. Widziałam jednak więcej jego twarzy, a raczej tylko prawego profilu.
Jego wielokrotnie złamany nos przykuwał uwagę, jednak głównie ze względu na malutkie blizny, które mu zostały po wszystkich wypadkach. Xanatos miał szczęście, że ten kulfon mu się nie wykrzywił całkiem. Nie niszczył mu przystojnej facjaty, a według mnie nawet dodawał pewnej drapieżności. Ale świadomość, że aktualny stan nosa jest wynikiem wielu alkoholowych libacji, niszczyła w jakiś sposób pozytywny obraz tych cech.
Nos, usta i oko obrzuciłam tylko szybkim, pobieżnym spojrzeniem, gdyż dobrze znałam te elementy jego twarzy. Bardziej skupiłam się na bliźnie tuż pod prawym okiem, którą zazwyczaj przykrywały włosy. Patrzę na ten jego ryj codziennie i przyzwyczaiłam się już do obecności tego tajemniczego znamienia, ale to nie sprawiało, że interesowało mnie ono mniej.
Xan nigdy nie powiedział mi, skąd to ma. Niewielki, niedomknięty krąg o nieregularnych krawędziach, typowych dla blizn, kusił, by pozostawić na nim dłuższe spojrzenie. Przez chwilę miałam nawet ochotę dotknąć tego miejsca na jego policzku, jak gdyby to pozwoliło mi odkryć wszystkie tajemnice, które w sobie nosiło.
Nie wiedziałam, jak długo się tak w niego wpatrywałam, ale na pewno nie mogło to trwać wiele niekończących się minut. W pewnej chwili Xan przechylił głowę, łapiąc moje zaintrygowane spojrzenie w swoje własne.
- Chciałaś… – zaczął, ale przerwałam mu raptownie.
- Xan. Co ci się stało?
Gdy tylko moje słowa rozbrzmiały w niewielkiej przestrzeni pomiędzy nami, która dzieliła nas od siebie, jego twarz stężała wyraźnie. Usta zacisnęły mu się w niewielką linię, powieki nieco opadły, a oczy zamruczały ciemniejszą głębią. Nie odwracał ode mnie spojrzenia, choć miałam wrażenie, że bardzo tego chciał.
Pierś nagle uniosła mu się podczas ciężkiego, ale niemal bezgłośnego westchnięcia.
- Nie wzdychaj tak, bo wyglądasz, jakbyś używał uspokajających technik Jedi – mruknęłam, chcąc jakoś rozluźnić nieco atmosferę. Wydawało mi się, że tym jednym pytaniem otworzyłam w jego umyśle coś, co lubił mieć szczelnie zamknięte na ataki z zewnątrz.
Na szczęście uśmiechnął się lekko po moim komentarzu, rzeczywiście trochę mniej spięty niż chwilę temu.
- Nie czuję się w odpowiednim nastroju, aby opowiadać ci teraz o tym – powiedział spokojnie, a w jego głosie dosłyszałam szczerą nutkę rezygnacji. Otworzył usta, chcąc chyba powiedzieć coś więcej, jednak nie wydobył się już z nich żaden dźwięk. Zamiast tego odwrócił po chwili ode mnie spojrzenie, jednak ja nie zamierzałam go puścić.
- Coś cię męczy – powiedziałam cicho. Starałam się stwierdzić fakt i zabrzmieć pewnie, ale nieco strzelałam. Wciąż zastanawiało mnie to zmęczenie w jego oczach i wypowiedź, że “przyszły mu do głowy pewne sprawy”. – Mówiłeś, że lepiej ci się myśli przy robocie. O czym myślałeś?
Sytuacja z Khanem i inne rzeczy, które chciałam z nim poruszyć, odsunęły się teraz nieco na dalszy plan. Miałam bowiem okazję dowiedzieć się czegoś więcej na temat bardziej osobistych spraw, które dotyczą mojego Mistrza.
Potarł sobie twarz dłonią, zamykając oczy. Myślałam, że w ten sposób dawał mi znak, że odcina się ode mnie, nie zamierza na mnie patrzeć, słuchać mnie ani nic mówić. Jednak nie o to chodziło, najwyraźniej potrzebował sekundy na ułożenie paru splątanych myśli w głowie.
- Zmusiłaś mnie do bycia trzeźwym przez cały dzień i odezwała się do mnie z powrotem przeszłość – powiedział w końcu. Mówił cicho, powoli, głosem zniżonym niemal do pomrukującego szeptu. Wciąż nie był zwrócony w moją stronę, ale ja nieustannie oglądałam jego twarz.
Nie mogłam zaprzeczyć, że nie poczułam pewnej igiełki rozczarowania, kiedy to usłyszałam. Xanatos w alkohol uciekał od tego, czego nie chciał pamiętać? Tak jakby nie potrafił się z tym zmierzyć… a może zrobił to kiedyś i przegrał.
Zamyślona nad tym jednym zdaniem, nieco się przestraszyłam, gdy znów na mnie popatrzył. W jego oczach tańczyły dziwne, jasne błyski, które rozświetlały raz po raz głęboką ciemność nocy. Uśmiechał się do mnie lekko, ale ostro. Tylko jeden kącik ust uniósł się, tworząc zjadliwy zawijas przy końcu.
Znałam tę twarz, mimo że tak naprawdę nigdy wcześniej tak na mnie nie patrzył ani nie uśmiechał się w tak przenikliwy sposób. Wiedziałam już po prostu, co to oznacza.
Lekkie zawirowania w Mocy wokół niego tylko potwierdziły moją już i tak słuszną tezę.
W tym momencie Xanatos był w stanie zrobić dosłownie wszystko. Emanował czystą, niczym niezmąconą siłą, krystaliczną w złości i niebezpieczeństwie nawet bardziej prymitywnie niż zwierzę.
Nie znam całego potencjału jego potęgi, ale nie zdziwiłabym się, gdyby był w stanie w jednej chwili po prostu zdmuchnąć płomyk życia w kimkolwiek, w kim by chciał, nie poruszając nawet palcem.
A ja siedziałam tuż przed nim, oddzielona od niego zaledwie tym małym stołem, z dziwną gotowością na to, co miało nadejść.
- Żartuję.
Jego głos zabrzmiał dziwnie ludzko po wszystkich doznaniach, jakie mi sprezentował samym patrzeniem na mnie, uśmiechaniem się i iskrzeniem w Mocy. Choć gdzieś w głębi gardła dosłyszałam jakieś niskie, warkotliwe wibrowanie.
Wprowadził mnie w jeszcze większe zakłopotanie. Z czym żartował? Że byłby w stanie zabić mnie ot tak za zadawanie niewygodnych pytań? Czy o co kurwa chodziło?
- To nie przez brak alkoholu – wyjaśnił, jakby czytając mi w myślach. Ostrość w jego uśmiechu zmalała, czyniąc go teraz takim, jaki prezentował zazwyczaj – tajemniczy i może nawet trochę złośliwy, ale nie szepczący niebezpieczeństwem. To samo stało się z jego oczami. Ciemność ustąpiła nieco, rozjaśniając na nowo jego tęczówki.
A jednak w Mocy dalej jawił się z całą swoją okazałą siłą.
- Wiem, co sobie pomyślałaś – dodał, obracając teraz głowę tak, że patrzył na mnie tylko kątem oka. – Od niczego nie uciekam. Już nie.
Podniósł się, a całość jego osoby w pionie przytłoczyła mnie na jakieś dwie sekundy. Miałam wrażenie, że zaraz zgrabnie się na mnie rzuci, wypełniając niewypowiedziane na głos obietnice rychłego niebezpieczeństwa.
Zabrał talerzyk z deserem i schował go do lodówki, najwyraźniej z zamiarem skonsumowania tego kiedy indziej, gdy znów najdzie go ochota.
- Ale wciąż nie powiedziałeś mi nic konkretnego – mruknęłam, ukrywając skarżący się ton pod nutami zainteresowania.
Drzwi lodówki zamknęły się z cichym sykiem, a on powrócił na swoje miejsce przy stoliku.
- Bo wciąż nie chcę poruszać tych spraw teraz – odparł, całkowicie opanowany i pewny. – To nie jest odpowiednia chwila.
- A kiedy taka będzie? – dopytywałam, czując już zawód, że nie udało mi się dowiedzieć niczego, na czym mi zależało.
- Jak będzie to sam ci powiem – zapewnił mnie, tym razem uśmiechając się tak, jak lubiłam. Obiecująco. – I nie będziesz musiała o nic pytać.
Kiwnęłam lekko głową, zgadzając się na ten warunek. Jeśli postanowi sam się otworzyć, będzie to nawet skuteczniejsze niż pod naporem mojej ciekawości i wścibskości.
Po chwili sama odwzajemniłam uśmiech, a on dodał:
- To może zajmiemy się w końcu tymi twoimi tajemniczymi sprawami?
I po tym pytaniu powróciło do mnie wszystko jak falą, rozbijając się o brzeg mojej świadomości, by zalać umysł każdą najmniejszą nawet drobnostką, o której chciałam z nim podyskutować.
- Chętnie – odparłam, nie czując już żadnego zmęczenia. W ogóle nie miałam wrażenia, że jest środek nocy. Nawet jeśli mielibyśmy siedzieć do rana… to z jakiegoś powodu ta wizja nawet mi odpowiadała.
Xanatos patrzył na mnie wyczekująco, z głową teraz wspartą na dłoni. Zastanawiałam się, czy może u niego nie jest wręcz przeciwnie i czy nie wolałby iść spać. Cóż, teraz było już za późno. Mógł zamiast się mnie pytać, to wstać i sobie pójść do łóżka, ale najwyraźniej coś też trzymało go w tej kuchni.
- Pamiętasz, jak opowiadałam ci o takim chłopaku, któremu ujebałam rękę i od którego mam ten niebieski miecz?
Postanowiłam zacząć od Khana, ponieważ z nim najbardziej mnie piliło. Xanatos musiał dowiedzieć się o obecności Jedi na Abregado, a ja potrzebowałam wyznać wszystkie swoje wątpliwości i je z nim przedyskutować.
Powoli pokiwał głową, spoglądając w sufit, jakby odtwarzał w umyśle wspomnienia.
- Na Atzerri? – dopytał, ponownie patrząc na mnie. – No pamiętam go. Chciał kogoś zajebać? I z tego co mówiłaś, prawie przeszedł na Ciemną Stronę.
Tym razem ja pokiwałam głową.
- Ale był za dużą pizdą, aby to zrobić – burknęłam cicho, jakby bardziej do siebie.
- No i co z nim? – drążył, ucinając gdzieś moje myśli. Otrząsnęłam się i kontynuowałam.
- On jest tutaj, na Abregado – wyjaśniłam. – Spotkałam go dzisiaj… wczoraj w Le Yer. Podobno jest razem z nowym Mistrzem, ale jego nie było w mieście.
To bardzo przykuło uwagę Xana. Wyprostował się, zdejmując głowę z ręki. Jego brwi nieco się ściągnęły, a oczy świdrowały mnie, jakby chciał dowiedzieć się wszystkiego od razu gdzieś z mojej głębi, a nie czekać, aż sama mu powiem.
- Tak mi się wydawało, że coś wyczułem – tym razem on burczał cicho. Szybko jednak ponownie skupił na mnie uwagę. – I co się stało? Dokończyliście walkę?
Pokręciłam przecząco głową, a jego jakby lśniący dezaprobatą wzrok sprawił, że pożałowałam swoich wcześniejszych decyzji.
- Byliśmy w środku miasta, nie chciałam rzucać się na niego z mieczami pośród tylu gapiów… – mówiłam powoli, nie chcąc brzmieć usprawiedliwiająco. – Poza tym… on był jakiś dziwny, Xan. Nie rozumiem tego.
Uniósł ponaglająco brwi, a ja westchnęłam po jego geście.
- Myślałam, że będzie się znowu rzucał, że zacznie gadać jakieś pseudo gówno o sprawiedliwości i konsekwencjach, że będzie chciał mnie albo zabrać do Zakonu, albo znowu jakoś samemu się ze mną rozprawić. A on… – uniosłam ramiona w geście bezradności. – On stwierdził, że dzięki mnie przejrzał na oczy, zrozumiał swoje błędy i że gdyby nie ja, to jego głupota by go zabiła. Co w sumie jest kurwa prawdą.
Westchnęłam, lekko się irytując na nowo na samą myśl o całej tej sytuacji.
- To ciekawe – mruknął Xan przeciągle, stukając się palcem wskazującym w brodę.
- Zaproponował nawet, że moglibyśmy być sojusznikami – dodałam.
Po tym oświadczeniu brew Xana uniosła się tak wysoko, iż miałam wrażenie, że jej wędrówka przejdzie przez całe jego czoło i skończy się na linii włosów.
- I ty mu we wszystko uwierzyłaś? – zapytał, ale z intonacją, jakby to stwierdzał.
- Oczywiście, że nie! – warknęłam, trochę się wkurwiając na taką insynuację mojej głupoty z jego strony. – Chuj wie, co o tym myśleć. Do końca byłam nieufna i nic mu nie powiedziałam. Tylko wiesz…
Westchnęłam znowu, pocierając dłonią czoło.
- Zaczął mi pierdolić o tym jak Jedi olali sprawę jego mistrza i jaki ma o to do nich wciąż żal – mówiłam, patrząc już z powrotem na Xana. – No i kurwa słuchaj, on sobie wrócił do Świątyni, bo wiedział, że tam się nim odpowiednio zajmą. Ma protezę ręki, dali mu zrobić drugi miecz, no i ktoś go wziął na nauki. Tylko tam by mu tak pomogli, ale liczył też, że jednak inaczej spojrzą na całą sprawę z tym jego martwym mentorem, skoro im aż spierdolił i wrócił. A oni chuja, nic się nie wyjaśniło.
Bardzo możliwe, że mina Xana przypominała nieco moją, kiedy to Khan mi to opowiadał.
- Jak to, kurwa? Ktoś zabił Jedi, a tamci sobie to olewają? – pytał, naprawdę nie potrafiąc w to uwierzyć. – Ja wiem, że do najbardziej rozgarniętych to oni nie należą, ale bez przesady. Mogli zostawić tego gnojka w Świątyni, żeby się nie angażował jeszcze bardziej emocjonalnie. Ale żeby zbagatelizować całą sprawę?
Tak samo mi coś śmierdziało w tej opowieści chłopaka, jak teraz Xanowi. Wyjaśniłam mu zatem, jak i blondas wyjaśnił mi, że zostało podjęte pewne śledztwo, ale nic nie wykazało. Xanowi i tak ciężko było uwierzyć, że zostało to tak pozostawione w sumie samo sobie.
- Jako kurwa rzekomi strażnicy pokoju i sprawiedliwości powinno im zależeć na znalezieniu i zneutralizowaniu kogoś, kto im zajebał ziomka z Zakonu – mówił powoli, pocierając brodę, ze wzrokiem utkwionym w plamkę na stole. – Coś mi tu nie pasuje, Yesha. Jeśli to nie ten chłopak jakimś cudem cię wkręcił, to Jedi mają jakiś poważny problem…
Umilkł gwałtownie, gdy skończył to zdanie. Niemal widziałam na jego czole, jak w czaszce pracują mu na wysokich obrotach wszystkie trybiki, rozpracowujące z uwagą całą sprawę.
Ja za to zwróciłam uwagę na jego malutkie wtrącenie “jakimś cudem”. Moje żądne pochwał zadowolenie rozkoszowało się faktem, iż Xan jednak nie uważa mnie za idiotkę i nie sądzi, że dałabym się łatwo oszukać.
- Może ta sprawa po prostu nie mogła być inaczej rozwiązana – powiedziałam po krótkiej chwili milczenia. – W końcu wysłali tam jakiegoś Mistrza, który miał to wszystko sprawdzić.
- Tak, ale to wciąż jest trochę niedopilnowane – odparł, ponownie patrząc mi w oczy. – Według mnie powinni wysłać przynajmniej dwuosobowy zespół, który zająłby się tym od początku do końca. Przynajmniej niegdyś tak robili.
Wzruszył lekko ramieniem.
- Dobra, zostawmy tę sprawę – zaproponowałam w końcu. – To i tak działa na naszą korzyść. Równie dobrze mogli nie powiedzieć chłopakowi wszystkiego, zajmując się tym w tajemnicy, żeby nie roztrząsał tego, co się stało.
Pokiwał niepewnie głową na boki, lekko się krzywiąc.
- Raczej powinni właśnie powiedzieć mu prawdę, żeby się z nią pogodził. Jeśli będzie do tego wracał, nie mając swoich informacji, przestaną mieć nad nim kontrolę i chuja będą z niego mieli.
Powiedział to takim tonem, jakby znał dobrze takie sytuacje albo coś bardzo podobnego. Przyjrzałam mu się uważniej, ale on nie powiedział już nic więcej w tej kwestii.
- No właśnie – mruknęłam za to, kontynuując dalej w takim wypadku. – Nie wyczułam w nim żadnego fałszu, Xan. Był cholernie zagubiony, jest nieufny co do Zakonu, a do tego nie widział nic złego w proponowaniu sojuszu mnie. Jeśli jest tak głupi, jak czasem się wydaje, to w końcu mu przejdzie i zostanie z nimi. Ale on potrafi wyciągać dość dziwne, własne wnioski i nie sądzę, by teraz miał przestać.
Xanatos zamyślił się na długą, poważną chwilę. Mruczał cichutko, tak cicho, że zastanawiam się, czy to przypadkiem nie lodówka wydawała te dźwięki. Zanim znów się odezwał, opowiedziałam mu jeszcze, jak proponowałam Khanowi zostawienie Zakonu i sprzeciwienie się Jedi.
- Przyszło mi do głowy, że mógłby być dla nas użyteczny – zakończyłam. – Był skłonny naprawdę ze mną współpracować, chociaż wcale mnie nie znał i nie wiedział, czego mogę od niego chcieć. Ale gdyby tak zrobić z niego osobistą wtyczkę, póki jeszcze siedzi w Świątyni…
- O tym samym myślałem, mój młody uczniu – odparł mi powoli Xan, cicho i spokojnie. Na jego twarzy na chwilę zagościł chytry uśmieszek. – Jednak musielibyśmy mieć pewność, że nie gra na dwa fronty. Musisz go skłonić do tego, aby chciał pomagać nam, a szkodzić im. A przede wszystkim musisz wybadać, czy jego intencje są naprawdę szczerze i czy czegoś nie ukrywa.
Zauważyłam, że z “my” przeszedł szybko na “ty”. Zaintrygowało mnie to.
- Powierzasz mi zadanie, Mistrzu? – zapytałam z lekko uniesioną brwią.
Jego okryta czarnym włosiem głowa skinęła potakująco.
- Owszem, uczennico – odpowiedział, na nowo ozdabiając usta szerokim, drapieżnym uśmieszkiem, który zwiastował szkody… ale tylko stronie przeciwnej.
Poza tym, kurwa. Pierwszy raz zamiast “uczniu”, powiedział w rodzaju żeńskim.
W sumie było mi to akurat obojętne. Jedna i druga forma brzmiała dobrze.
- Zajmij się padawanem, a ja zajmę się mistrzem – mruknął po chwili, wbijając nieobecny wzrok w jakiś punkt za mną. Myślami był teraz zupełnie gdzie indziej, a w jego oczach tańczył płomień do rytmu dziejących się w jego głowie wydarzeń. – Nie możemy zmarnować takiej okazji.
I takiego wolałam go widzieć. Rozentuzjazmowanego, gotowego do działania już nawet w następnej sekundzie, trzeźwego i w pełni świadomego swych myśli oraz decyzji. A przede wszystkim chętnego do roboty, która wliczała w wykonanie również mnie.
- Będziemy działać oddzielnie? – zapytałam, tym nieco jednak zmartwiona. Lubiłam być u jego boku w centrum wydarzeń. Interesował mnie tok jego myślenia oraz decyzje, jakie podejmował. Chciałam się w ten sposób od niego uczyć… oraz uczyć się jego.
- Tylko poniekąd – odparł mi, nieco podpalając na nowo moje chwilę temu przygasające nadzieje. – Wolałbym jednak, aby mistrz nie wiedział o tobie, a padawan o mnie. To my musimy mieć informacje, nie oni.
- Co właściwie chcesz zrobić z tym jego mistrzem?
Ponownie się uśmiechnął tajemniczo.
- Dawno nie bawiłem się z Jedi – powiedział, wpuszczając do głosu wibrujące nutki podekscytowania, tak podobne brzmieniem do polującego w zaroślach lianokota. – Coś dla niego wymyślę.
- Tylko że oni nie będą na Abregado całą wieczność – mruknęłam, marszcząc nieco brwi w zmartwieniu. – Musimy zaatakować, zanim stąd spierdolą.
- Nikt nie będzie nikogo atakował – poprawił mnie aksamitnie. – Chcemy tylko dostarczyć im nieco rozrywki… co się z tego wywiąże, już Moc nam pokaże.
Jego zęby rozbłysły drapieżnie spomiędzy warg, lśniąc tym perwersyjnym zadowoleniem.
- Czasami się zastanawiam, czy w pewnym momencie coś ci nie odkurwi i w następnej chwili nie będę miała na przykład ręki – mruknęłam, udając, że zachowuje się dziwnie albo jak wariat.
A tak naprawdę podziwiałam tę jego zwierzęcą drapieżność, którą kontrolował i świadomie wymieniał z inteligencją, której posiadał najwyraźniej całkiem sporo w tym poobijanym łbie. Szkoda tylko, że nie okazywał mi jej równie często co pijanego oblicza.
- Wolałbym mieć cię przy sobie jednak w jednym kawałku – odpowiedział niby uspokajająco i puścił mi oczko.
- Wiesz, że ja ciebie też? Dlatego mógłbyś łaskawie przestać ryzykować jak debil po pijaku?
Mruknął jakieś przydługie, bagatelizujące “oooj”, zakończone zapewnieniem, że wszystko ma pod kontrolą.
- Jest jeszcze coś, o czym chciałaś pogadać? – zagaił po chwili, kiedy przestaliśmy się przekomarzać na temat jego pijaczkowej natury.
Wtedy pomyślałam o tym, co stało się przy naszej grze w pazaaka. Chciałam poruszyć z nim tę kwestię, ale zanim cokolwiek powiedziałam, przyszło mi do głowy, że może powinnam sama zanalizować tę lekcję. Posiadałam już pewne wnioski oraz czułam, jak tli się we mnie coś nowego. Zastanawiałam się, czy Xanatos także to czuje, ale nic nie wspominał na ten temat ani nawet nie insynuował.
Być może powinnam w końcu skorzystać z jego rady i pomedytować, chociaż chwilę. Kazał mi to zrobić po naszej najbardziej zaciętej walce na Atzerri i rzeczywiście mi to wtedy pomogło. Równie dobrze mogę zrobić to teraz i przyjść do niego dopiero wtedy, kiedy będę całkowicie pewna, co chcę mu powiedzieć lub o co konkretnie dopytać.
Xan nagle uśmiechnął się z zadowoleniem, dosłownie chwilę potem, gdy skończyłam szybki bieg swoich myśli. Nie chciałam, żeby siedział mi w głowie… jednak pewnym było, że wie całkiem sporo z tego, co mnie męczy, co zamierzam i przy czym są skupione moje przemyślenia.
Ten uśmiech oznaczał chyba, że podjęłam dobrą decyzję.
Ale i tak była jeszcze jedna, malutka sprawa, na którą chciałam zwrócić mu uwagę.
- Kiedy wczoraj znalazłam cię w tłumie, Moc kazała mi przyjść do ciebie, mimo że żadne z nas nie chciało się z tobą spotykać po tym, jak zajebiście zająłeś nam poprzedni wieczór – powiedziałam zatem. – Nie wiedziałam, czemu, ale intuicja pchała mnie do ciebie.
Xan wzruszył obydwoma ramionami, uśmiechając się nieznacznie z cichym odetchnięciem.
- No i dobrze, że przyszłaś – odparł. – Tak to pewnie byśmy się nie złapali, bo poszedłbym pograć. A mieliśmy bardzo interesujący wieczór.
Jego zęby znowu błysnęły w zadowolonym uśmieszku.
Przechwalał się ponownie swoim totalnym zwycięstwem, ale zignorowałam to.
- Musisz ufać takim przeczuciom, ale też umieć je rozpoznawać – dodał zaraz. – Wzmacniaj swój kontakt z Mocą, poznawaj ją jeszcze lepiej i siebie samą w niej. Musisz być pewna tego, co chcesz zrobić, ze świadomością, że nie czynisz tego tylko i wyłącznie z powodu impulsu intuicji. Całkowite oddawanie się woli Mocy czyni z ciebie jej narzędzie, a nie do końca o to nam chodzi. Ty jesteś swoim ośrodkiem decyzyjnym, Yesha. Naginaj Moc do własnej woli, zmuś ją swoją siłą, żeby nie odmawiała ci pomocy. Przyszła do ciebie z komunikatem i zaprowadziła cię tam, gdzie powinnaś się znaleźć. To dobrze, ale nie potrafiłaś tego zrozumieć. Różnica ma polegać na tym, abyś nie miała wątpliwości, o co chodzi. Kiedy zrozumiesz, zaczniesz dostawać więcej takich impulsów.
Mówił słowa, które pragnęłam usłyszeć. Przemawiał tym skupionym, pewnym tonem, nie pouczał mnie, ale nauczał. To miało ogromne znaczenie.
Słuchałam go w milczeniu, z przejęciem wpatrzona w ten głęboki granat nieba nocą, zachwycona wiedzą, jaką mi przekazywał i wizją przyszłości, jaka na mnie czekała, jeśli się go posłucham.
- Czemu nie robisz tego częściej, Xan – powiedziałam cicho, z ukrytą w głosie prośbą. – Dobrze wiesz, jak bardzo mi na tym zależy.
Przyznanie się do tego na głos i otwarcie mogło trochę umniejszyć moją pozycję, co spodziewałam się dostrzec w jego spojrzeniu. Nic takiego jednak stamtąd nie wyzierało, ale ja i tak postanowiłam nie powtarzać podobnych wyznań. Choć wiedział o mnie naprawdę dużo bez tego, co sama mówiłam, domyślałam się, że gdyby miał coś wykorzystać przeciwko mnie, to głównie spośród rzeczy, o których wspomniałam.
Bym miała świadomość, że sama to na siebie sprowadziłam.
- Dobrze wiesz, że jestem specyficzny – odparł, uśmiechając się z odrobiną swojej wredoty w kącikach ust. – Korzystaj z tego, co już masz, a sama dojdziesz do kolejnych wniosków. Ja przecież zawsze będę do usług.
- Nie kłam, chuju – mruknęłam niezadowolona. – Do usług? Nie zawsze odpowiadasz na moje pytania i nie zawsze mi pomagasz.
Xan skrzywił się nieznacznie, ale dopiero po reszcie mojej odpowiedzi, a nie obeldze. Pewnie już go nie ruszało to, jak go nazywam, ale ja znajdowałam przyjemność w wyklinaniu go na różne sposoby.
- Bo nie chodzi tu o to, abym pokazywał ci wiecznie gotowe rozwiązania – teraz on mruczał. – Mówiłem ci już o tym chyba. Masz się uczyć. To, czego możesz dowiedzieć się sama, zawsze zostawiam tobie. Jeśli ograniczysz się tylko do tego, co ci mówię, nigdy mnie nie prześcigniesz.
To był w kurwę dobry punkt i argument. Miał w tym sto procent racji i aż kiwnęłam głową, zgadzając się z nim. Przekonał mnie tym samym, że muszę jeszcze więcej pracy odwalać samej.
- Ale nie chodzi ci o to, że jesteś leniwym kutasem i nie zawsze chce ci się poświęcać mi czas? – zapytałam sceptycznie. – To logiczne, co mówisz, ale jesteś kurwa taki, że pewnie łączysz jedno z drugim.
- Oj, Yesha – ściągnął brwi i skrzywił się w bólu, łapiąc się do tego za serce na gołej piersi. – Jak możesz oskarżać mnie o coś takiego? Ja po prostu chcę, byś była jak najlepsza. Kontroluję twój trening. I sam jeszcze bardzo wiele się uczę.
Ostatnie zdanie zdumiało mnie. Nie dlatego, że nie spodziewałam się, aby robił coś takiego. Wręcz przeciwnie, byłam świadoma, że szukał bardzo wiele nowej wiedzy i przyswajał ją pewnie szybciej niż ja jego nauki. Zdumiało mnie natomiast to, że powiedział mi o tym. Przyznał się tak po prostu przede mną, że jednak nie jest wszechwiedzący, jak zawsze próbuje mi wmawiać i przedstawił się trochę tak, jakby też w pewnym sensie był uczniem, jak ja.
To było interesujące odkrycie.
- No dobra, już, dobra – zamruczałam, czując właściwie zadowolenie. – Niech ci będzie.
Uśmiechnął się triumfalnie, po czym wyciągnął ramiona wysoko w górę, aż usłyszałam jakieś pyknięcie kości, po którym westchnął z ulgą.
- Chyba czas wracać do łóżka – powiedział powoli.
Kiedy o tym wspomniał, automatycznie jakoś zapragnęłam położyć się ponownie pod ciepłą kołdrą. Kiwnęłam więc głową, prostując powoli nogi, by zejść z krzesła.
Zanim się rozstaliśmy, by znaleźć się w swoich pokojach, Xanatos zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Jak zwykle zresztą w sumie.
- Dzięki – powiedział, z prawdziwą szczerością w głosie, stojąc już w korytarzu, bliżej mnie niż wejścia do swojej meliny. Uśmiechnął się jakoś dziwnie miękko, choć nie byłam pewna, czy dobrze widzę, gdyż tu było zdecydowanie ciemnej niż w kuchni. Wyłączyliśmy właściwie tamto światło, więc widziałam tylko tyle, na ile mój wzrok był w stanie dostrzec spomiędzy ciemności.
Nagle poczułam na swoim ramieniu jego ciepłą dłoń, a w moim wnętrzu rozszalała się prawdziwa burza gorących, silnych uczuć, które spowodowały, że poczułam się zdolna do zrobienia dosłownie wszystkiego. Moc wokół mnie muskała moje ciało i umysł przyjemnym, gotowym do działania ciepłem, które szeptało do mnie poprzez czystą, niczym niezmąconą potęgę, dokładnie taką, jaką wcześniej objawił mi w kuchni Xan.
Czy to właśnie to, co on odczuwa na co dzień?
Nie byłam w stanie się w tamtej chwili poruszyć ani nic powiedzieć. Poznawałam cały ogrom tej siły, która zagościła we mnie na ten moment, bawiąc się nią i rozprowadzając ją po całym ciele.
Nagle jednak ciepło na ramieniu zniknęło, zabierając ze sobą to słodkie, uzależniające poczucie potęgi. Odetchnęłam głęboko, jakby ktoś wydobył mnie z głębokiej wody, w której chciałam utonąć.
Pozostało mi to, co posiadam w sobie swojego, tak żałośnie nikłe i słabe w porównaniu do tego, co przed chwilą odczułam. Wewnątrz mnie obijało się jeszcze tęsknie echo poprzedniej siły… i napotkało gdzieś w głębi malutką, ale lśniącą jasno jej pozostałość. Złapałam się tego płomienia, z zamiarem rozpalania go nieustannie, by pewnego dnia pochłonął wszystko, co we mnie żałosne i słabe, by uczynił ze mnie tak potężną jak mężczyzna stojący obok mnie.
Jak mój Mistrz, który mi to pokazał i to dał.
- Nie spiesz się – szepnął, a ja miałam wrażenie, że dźwięk jego słów rozbrzmiewa bezpośrednio w mojej głowie. – I nie daj się zjeść.
To była dość dziwna rada, ale zrozumiałam jej znaczenie od razu. Zamierzałam się jej posłuchać, świadoma niebezpieczeństwa własnego głodu stawania się jeszcze lepszą i silniejszą.
Odnalazłam w ciemności jego migotliwe spojrzenie, do którego przylgnęłam na chwilę. Byłam pewna, że to nie jest cała moc, jaką posiadał w sobie Xanatos. Jednak było to prawdopodobnie maksimum, ile mogłabym znieść tak na jeden raz i znienacka.
Nie wiedziałam tylko, za co mi wcześniej podziękował. Nadal brzmiało to niespotykanie łagodnie w obliczu jego prawdziwej osoby. Xan, świadomy swojej siły i możliwości, brał dla siebie to, czego chciał. Czy było cokolwiek, za co musiałby być wdzięczny, a do tego okazywać to tak bezpośrednio?
Prawdopodobnie miałam już nigdy więcej nie usłyszeć od niego tego słowa, wypowiedzianego tak szczerze, z tą prawdziwą intencją. Zapamiętałam zatem tę chwilę, mając zamiar odnaleźć przyczynę, dla której się na to zdecydował.
Sama miałam ochotę podziękować mu, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnych słów. Byłam oszołomiona, a może nawet trochę przegrzana. Jednak on na pewno to wiedział.
Po krótkiej chwili zniknął we wnętrzu swojego pokoju, zostawiając mnie ze wszystkimi myślami, uczuciami i potrzebami, które we mnie obudził. Potrzebą osiągnięcia jeszcze większej siły. Teraz, kiedy wiedziałam, jak to jest mruczeć potęgą Ciemnej Strony, zamierzałam dążyć do tego tym bardziej skutecznie.
W końcu udało mi się wrócić do łóżka i pogrążyć umysł we śnie. Spałam głęboko, rozgrzewana od środka nowym, świetlistym ogniem.

- Mam dla ciebie zadanie.
Tak niewiele potrzeba, by rozbudzić we mnie samonapędzającą się ekscytację.
Gdy Xan oznajmił mi to późnym popołudniem następnego dnia, w sekundę potem wręczając do moich dłoni dwie treningówki, myślałam że z radości serce wyskoczy mi cyckiem. Mając również w pamięci naszą nocną rozmowę, wyobrażałam już sobie, jak Xan zaprasza mnie na pojedynek i spędza ze mną popołudnie w walce.
Niczego bardziej nie pragnęłam, jak znowu zetrzeć się z nim boju. Jak wsłuchać się w brzęczenie treningówek i zalać wzrok zieloną poświatą mieczy mknących szybciej niż prędkość myśli.
Jak po prostu złoić mu dupę.
Jednak jak wielkie okazało się moje rozczarowanie, kiedy Xan oznajmił mi, że to nie on będzie ze mną walczył.
- A kto? – zapytałam, na poły niezadowolona z obecności kogoś innego, na poły szczęśliwa, że będę miała jakiegoś przeciwnika.
- Ty.
I wtedy zamek moich oczekiwań, satysfakcji i ekscytacji runął z przeraźliwym zgrzytem ziaren piasku, gdyż właśnie z tego mógłby być zbudowany.
- Co to znowu za kurwa pomysł, mam walczyć ze swoim cieniem? – warknęłam, zdziwiona, zła i już niechętna. Zdawałam sobie sprawę, że skoro coś wymyślił, to miało to odnieść jakiś skutek.
Byłam jednak niecierpliwa, spragniona potyczki i rozochocona, dlatego niechętnie spoglądałam na osiąganie efektów w taki sposób, jaki mi dzisiaj narzucił.
- Będę poetycki i powiem – odpowiedział powoli, chrząkając w połowie zdania, z ręką ułożoną na piersi. – Że ze swoimi słabościami.
Westchnęłam ciężko, przymykając oczy, żeby drwiąco nimi nie przewrócić.
- Wsadź sobie swoje poezje w dupę – mruknęłam, dalej niezadowolona. – I gadaj już normalnie, co mam kurwa według ciebie robić.
Wydał się oburzony moją reakcją na jego nagle objawiony artyzm, ale łaskawie zrobił to, o co go poprosiłam.
Zaprowadził mnie na górę i stanął przed pokojem Steva. Moja konsternacja urosła do rozmiarów dobrze wykarmionego motmota, wyraźnie przewyższając dopuszczalną dla mojego organizmu ilość.
Jeszcze jak otworzył drzwi, całkowicie nie wiedziałam już, o co tu kurwa chodzi.
Pokój Steva wyglądał, jakby należał do osoby cierpiącej na chujową chorobę o nazwie zbieractwo. Znajdowało się tu tyle upchniętych byle jak przeróżnych przedmiotów, że na pierwszy rzut oka nie widziałam nawet, gdzie znajduje się łóżko.
Jeszcze parę zbędnych śmieci i graty wysypywałyby się przez drzwi.
- Mścisz się na Stevie i prosisz mnie, abym rozjebała mu pokój z tymi wszystkimi rzeczami? – zapytałam, poszukując jakiejkolwiek logiki w działaniach Xanatosa.
Ten pokręcił przecząco głową, ale nie bawił się ze mną przynajmniej w dalsze zgadywanki.
- Masz stanąć sobie tu, w środku – zaczął, wpychając mnie do wewnątrz. Na podłodze pokoju był niewielki obszar, w którym można było się poruszać swobodnie na mniej więcej pół kroku w każdą stronę. Stojąc tu, miałam wszystkie przedmioty dookoła siebie.
Przypominam, iż pokój jest kurewsko mały.
Po prawej stronie znajdowała się połamana półka z wieloma przegrodami i piętrami. Taki w sumie regał naścienny, tyle że bez drzwiczek. Za plecami miałam starą, spaloną i częściowo rozłożoną deskę do prasowania, z najwyraźniej rozjebanymi repulsorami, na których się wygodnie niegdyś unosiła. Jeden wciąż był przyczepiony do niej, a drugi leżał centralnie za moimi stopami. Po lewej stronie odnalazłam łóżko, na którym stało parę rozjebanych krzeseł i sam blat stołu, bez nóg. Blat oparty był na siedzeniach krzeseł, dzięki czemu można było na nim postawić trzy kartony. Przy łóżku stała sobie jeszcze jakaś malutka szafeczka.
- Skąd ty żeś kurwa wziął te wszystkie śmieci – zastanawiałam się na głos, rozglądając się po pokoju. Zanim jednak zdążyłam przyjrzeć się jeszcze większej ilości szczegółów, Xan stanął nagle przede mną i zaczął przewiązywać mi oczy jakąś szmatką. – Weź kurwa spierdalaj!
Próbowałam się wyrwać, ale zaczął mi tłumaczyć, że to tylko utrudnienie zadania. Popchnął mnie w swoją stronę i zaczął wyprowadzać z pokoju, czego znowu nie potrafiłam zrozumieć.
- Możesz w końcu w pełni się wyrazić? – zapytałam z narastającym wkurwieniem.
- Musisz sama wejść do środka, nie patrząc oczami – wyjaśniał, a ja wsłuchiwałam się uważnie w jego głos. – Twoje zadanie polega na ćwiczeniu sprawności korzystania z mieczy. Robisz to na pewno często, bo inaczej twoja lewa ręka nie robiłaby żadnych postępów. Wiesz, jakieś młynki, kółka, pchnięcia, różne kombinacje, dzięki którym przyzwyczajasz się do walki dwoma mieczami, a nie jednym.
Tutaj zrobił przerwę, a zanim zdążyłam go popędzić, kontynuował:
- Trudność polega na tym, że masz ćwiczyć w tamtym pokoju, ale… nie zniszczyć niczego.
- Co kurwa?!
Ze zdziwienia chciałam aż zedrzeć opaskę z oczu, ale mi nie pozwolił, łapiąc mnie za rękę.
- Pojebało cię? Po chuj tak? Przecież to kurwa niemożliwe!
- Oczywiście, że to możliwe – poprawił mnie z irytacją w głosie, a po chwili poczułam mały ból na czubku nosa, gdzie najwyraźniej mnie pstryknął palcami. – Zacznij się skupiać na tym, jak masz to zrobić, zamiast się wkurwiać, że tego nie zrobisz.
- Dobrze, kurwa, ale po co to? – drążyłam, szukając czegoś, co pomogłoby mi chociaż trochę polubić ten pomysł.
- Precyzja.
Wypowiedział to w ten sposób, który oznajmia, iż to jedno słówko jest odpowiedzią na wszystkie moje pytania.
- Do tego, musisz zorientować się, jak wygląda rozmieszczenie wszystkiego w tym małym pomieszczeniu tylko dzięki Mocy – dodał. – Za każde zniszczenie rzeczy dokładam ci godzinę medytacji więcej. Zaczynasz od trzech godzin. Jeśli dojdziesz do dwunastu… cóż, masz przejebane. Ale nie powiem ci, co dokładnie cię wtedy spotka.
Aż mnie kurwa ciary przeszły. Wypowiedział to tak grożącym tonem, że spodziewałam się spotkać z karą tuż po przestąpieniu progów pokoju Steva.
- Bądź ostrożna i skup się. To narzuci ci jakąś kontrolę i ograniczenia. Zobaczysz, że kiedyś ci się to przyda.
Po czym ustawił mnie przodem do wejścia pokoju, kazał włączyć treningówki i z włączonymi wmaszerować powoli do środka. Nie mogłam niczego dotknąć już od tej chwili.
Rozciągnęłam świadomość w Mocy, badając uważnie wszystko, co znajdowało się przede mną. Szukałam każdego przedmiotu, krawędzi, powierzchni, które mogłabym rozjebać lub na nie wejść.
Miałam dziwne wrażenie, że coś w tym pokoju się pozmieniało. To, co czułam w Mocy, nie do końca pokrywało się z obrazem, który zapamiętałam. Wydawało mi się, że na blacie stołu nie ma kartonów… ale zamiast tego przestrzeń zajmowało tam coś innego.
Coś wyraźnie mąciło mój osąd. Nie byłam pewna, czy naprawdę jakiś przedmiot znajduje się za moimi nogami, czy tylko mi się wydawało. Tak jakby ktoś zakłócał kanał podprzestrzenny, kiedy próbowało się z kimś połączyć.
Przodem jednak udało mi się wejść bez żadnej kolizji. Chciałam już być cwaniaczkiem i tak zostać, ale Xan kazał mi się odwrócić, by stać tak, jak mnie wprowadził na samym początku.
Z głośnym westchnieniem spełniłam jego polecenie… i poczułam, jak prawa treningówka przejeżdża po czymś z głośnym syknięciem.
- Kurwa! – warknęłam, całkowicie nieświadoma, że cokolwiek stało przy łóżku. – Co jest.
Xan zaśmiał się złośliwie, ale w pozostałej do przebycia mi drodze okręcania się nie zrobiłam już większych szkód.
- Dobra, już nie przeszkadzam – mruknął, a ja wyraźnie słyszałam w jego tonie uśmiech.
I nagle jakby wręcz zdjął mi opaskę z oczu.
Oczywiście dalej ją miałam, ale to w Mocy zrobiło się jasno i przejrzyście, bez żadnych poprzednich zakłóceń.
- Ty chuju – mruknęłam, zorientowawszy się, co odjebał. – To się kurwa nie liczy! Specjalnie mnie naprowadziłeś na to gówno. W ogóle kiedy zdążyłeś zmienić wystrój?
W odpowiedzi znów usłyszałam zadowolony z siebie, wredny śmiech.
- Co się nie liczy? Masz sobie radzić. Myślisz, że ja jeden bym ci przeszkadzał? – mruczał kąśliwie, pouczając mnie. – Jeszcze osiem skuch. Powodzenia, mój mały uczniu.
Oczywiście na moje ostatnie pytanie nie było komu odpowiedzieć.
- A ty gdzie kurwa idziesz? – rzuciłam jeszcze, zanim zdążyłby sobie beztrosko spierdolić.
Przez moment zachowywał dziwne milczenie, aż w końcu odparł:
- Po niespodziankę dla ciebie.
Na początku się ucieszyłam, a potem zaczęłam zastanawiać, co on dokładnie rozumie przez słowo “niespodzianka”.
- Dobrą czy złą? – mruknęłam, chcąc na szybko się upewnić, czy mam jeszcze jakąś dodatkową motywację, czy nie.
- Niedługo sama się przekonasz – powiedział enigmatycznie, skrywając w tonie tradycyjny uśmieszek.
Po chwili usłyszałam cichy dźwięk jego stóp, kiedy odchodził. Byłam w stanie to zrobić zapewne dlatego, że nie widziałam i wszystkie pozostałe zmysły wyostrzyłam dzięki Mocy.
Teraz wyraźnie wyczuwałam różnice pomiędzy obecnym stanem pokoju a tym, który był, zanim Xan nałożył mi opaskę na oczy.
Kartony leżały mi przy stopach, a za nimi wciąż znajdował się jeden, zjebany repulsor. Krzesła były skupione jakby nieco ciaśniej, przez co łatwiej było w nie trafić, gdyż nie było już pomiędzy nimi luk, gdzie mógłby przecisnąć się miecz w na przykład jednym, krótkim pchnięciu.
Do tego zdecydowanie coś znajdowało się na leżącej po prawej półce.
- Pierdol się, Xan – warknęłam, zagrzewając się do ćwiczeń.
I w chwilę potem rozpoczęłam je.
Z początku zachowywałam ostrożność, wykonując pierwsze, badawcze ruchy powoli, z rozmysłem, jakbym się obawiała, że skrzywdzę istoty, które poczują prawdziwy ból. Chciałam po prostu jak najlepiej wczuć się w otoczenie, by jego mapa przestrzenna niemal wygrawerowała mi się w mózgu, aż nie musiałabym nawet myśleć o rzeczach dookoła, bo umysł wiedziałby sam, jak reagować.
To jednak nie było takie proste, jak mi się mogło wydawać, tym bardziej, iż nie robiłam takich rzeczy zbyt często.
Przekonałam się o tym już niedługo, kiedy pierwszy, jeszcze nieśmiały młynek zarysował powierzchnię półki z prawej strony.
- Kurwa.
Moje przekleństwa roznosiły się po całym piętrze, nawet wtedy, kiedy niczego nie dotykałam. Głównie dlatego, że byłam zirytowana takim zadaniem i poczuciem, iż utkwiłam na popołudnie w tym małym pokoiku, nakurwiając slalomy nadgarstkami. Jeszcze koślawe slalomy, jakbym była niedojebana, bo trzeba było uważać na wszystko.
W końcu jednak przyzwyczaiłam się do tego, moje ruchy stały się pewniejsze, a od ostatniej pomyłki minęło całkiem sporo czasu. Kiedy wczułam się w rytm własnego ciała, świadoma wszystkich ograniczników, z własnoręcznie nałożoną kontrolą, pokój zaczął jawić mi się niemal jak pusta, otwarta przestrzeń. Nic dziwnego było w tym, że po prostu dobrze poznałam już otoczenie, wiedziałam, jak i gdzie stawiać stopy oraz na jakie manewry nie mogłam sobie pozwolić.
Co prawda ceną za osiągnięcie takiej znajomości było mnóstwo czasu, cierpliwości, momentami nawet bólu, gdy nagle musiałam zmieniać ustawienie rąk lub całego ciała, ale przede wszystkim… siedem skuch.
Najwięcej mogłam mieć dziewięć, a skończyć mogłam dopiero, kiedy przyjdzie po mnie Tomer. Nie miałam zatem pojęcia, ile czasu musi minąć. Jak daleko było mi jeszcze do końca, kiedy zostały mi zaledwie dwa bezpieczne razy zrobienia krzywdy mebelkom.
Starałam się usunąć z głowy wszelkie niepotrzebne myśli, takie właśnie jak zastanawianie się nad możliwym czasem przyjścia chłopaka. Skupiłam się na dźwiękach własnego ciała oraz szemrzącej w Mocy nikłej obecności nieożywionych elementów pomieszczenia.
Powoli zaczynałam odczuwać zmęczenie, ale to mnie nie zatrzymywało. Odświeżałam mięśnie, korzystając z Mocy, bez problemu znajdując w sobie wszelkie niezbędne uczucia i emocje, które nakręcały mnie do działania i dodawały siły. Dzięki temu udało mi się nawet zrobić pełny obrót, nie przestając poruszać treningówkami, wtedy po prostu odrobinę wolniej i jeszcze ostrożniej, bez poczynania szkody. Byłam z siebie zadowolona… odkryłam w sumie, że zaczęłam czerpać dziwną radość z wykonywania tego zadania.
Zmierzyć się z własnymi słabościami, hm? Może jednak masz coś z artysty, pijaczku.
Zapragnęłam nagle urozmaicenia. Chciałam nawet zawołać kogoś, aby wziął i przemeblował trochę ten pokój, żebym miała więcej przeszkód. Już dobrze rozgrzana i zespolona idealnie z Mocą, przy jednoczesnym wsłuchaniu się w ciało, wyższy poziom trudności widniał dla mnie jak nagroda za dobrze odjebaną robotę.
Jednak nim zdążyłam zdecydować się na zwołanie pomocy, pojawił się Tomer. Jakaś część mnie odczuła przez chwilę mały smutek, że zadanie dobiegło końca. Jednak zdecydowana większość była usatysfakcjonowana i nie mogła doczekać się odświeżającego prysznica.
- Jestem pod wrażeniem – mruknął chłopak, kiedy staliśmy już oboje przed pokojem i ocenialiśmy powstałe straty. – Tylko siedem razy na wszystkie te godziny. A jeszcze poprzestawialiśmy z Amaranthem te rzeczy.
Spojrzałam na niego jak na zdrajcę.
- To wy? Jesteście teraz w komitywie z tą pałą? – mruknęłam, ściągając gniewnie brwi. Odwróciłam się nagle, by wyjść z piętra i zejść po schodach na dół, po swoje rzeczy na prysznic.
- Nie no, to nie tak – zapewniał mnie Tomer, szybko mnie doganiając. – Powiedział, że to dla twojego treningu. Chcieliśmy pomóc.
Zerknęłam na niego spode łba, ale zaraz odetchnęłam i uśmiechnęłam się lekko. Zapewne widać było po mnie zmęczenie, ale na pewno i zadowolenie.
- Żartuję – mruknęłam. Choć pierwszy szok ze zdenerwowaniem był prawdziwy. – Ten kutas miał nawet niezły pomysł. Zastanawia mnie tylko, jak to się stało, że was nie wyczułam, kiedy majstrowaliście w pokoju.
- Amaranth też zwrócił na to uwagę przed podjęciem się tej roli i Xan powiedział, że sam nas skryje przed tobą.
No patrzcie kurwa jaki sprytny magik.
- To ciekawe – odparłam cicho, żądna nauczenia się takiej umiejętności.
Jednak wszystkie pytania, zażalenia i prośby skierowane do mojego Mistrza musiały poczekać. Nie zastanawiając się nad możliwym miejscem jego pobytu, szybko wskoczyłam pod prysznic, radując ciało wodą.
Nie myłam się jakoś długo, nagle czując całe zmęczenie, jakie dopadło moje ciało po tych godzinach. I choć ledwo zdążyło zrobić się ciemno, ja już miałam ochotę iść spać… albo się chociaż zdrzemnąć. Niestety, Tomer nie zamierzał pozwolić mi odpocząć w ten sposób. Usiedliśmy w pseudo salonie, zajmując niewielką kanapę. Najpierw chciał usiąść ze mną na kolanach w fotelu, ale domyślił się, że w ten sposób pewnie szybko zasnę, więc w końcu zmienił zdanie.
I tak prawie przysypiałam, wsparta policzkiem o jego ramię. Próbował mnie rozbudzić, pytając o mnóstwo rzeczy i właściwie gdyby nie to, że naprawdę mu odpowiadałam, to pewnie prędzej czy później poddałabym się sile snu.
Siedzieliśmy sobie tak już dłuższy czas, kiedy poczułam, że obecność Mistrza zbliża się w znacznej szybkości do domu. Do tego Moc mruknęła mi, że zaraz coś się stanie.
- Przygotuj się – powiedziałam cicho do Tomera, kładąc mu dłoń na udzie. Momentalnie się rozbudziłam, oczekując na nadejście zdarzeń.
Dostałam ostrzeżenie dosłownie parę chwil przed tym, co miało się stać, dlatego ledwo zdążyłam ostrzec chłopaka, a on odpowiedzieć mi jakieś zdziwione, niepełne pytanie.
Z rozdzierającym dźwiękiem niszczonych zawiasów, stłumionego przekleństwa oraz hukiem zderzenia ciężkiego, wielkiego ciała z drewnianymi drzwiami, a potem drewna z podłogą, mój Mistrz wparował do domu na pełnej kurwie. Wyważając drzwi, zrobił otwarte przejście dla Kai, która weszła do domu chwilę po tym, jak Xan wylądował z drzwiami na podłodze.
- Kurrrhwa maaćć… – jęknął z prawdziwym bólem w głosie poturbowany pijaczek.
Wytrzymał chociaż jeden dzień bez alkoholu. To zawsze coś.
- Czy ciebie, kurrrwa, pojebao? – bełkotał, nad wyraz powoli i z uwagą, jakby chciał swoim przekazem dotrzeć do mózgu Kai bez pośrednictwa uszu.
Co ciekawe, to oboje byli zawiani. I wrócili razem do domu. Przy czym wydawało mi się, że poczułam lekkie zawirowanie wokół dziewczyny przed tym, jak Xan zajebał sobą w wejście. Najwyraźniej go kopnęła albo popchnęła, dlatego ten teraz miał do niej jakieś pretensje.
Obserwowałam wszystko ze swojego miejsca na kanapie w milczeniu, z ciekawością postronnego widza, zupełnie niezamieszanego w wydarzenie. Tomer z Amaranthem dołączyli się do mnie, ciekawi przedstawienia w równym stopniu.
- Rozlałaś moje piwo, lamm… lampa…!
Podnosił się pokracznie z drzwi na czworakach, nie przestając gadać. Zastanawiało mnie, co zamierzał powiedzieć. Jaka obelga zaczyna się od lampy?
Kiedy się trochę uniósł, zauważyłam, że gdzieś obok niego rzeczywiście rozlewa się coraz większa, ciemna, mokra plama. Miał ujebane w piwie też spodnie i rąbek bluzki.
- Nie jessstem lampą, zboczeńcu! – odgrażała się Kai, podchodząc do niego z pięściami.
Prawdopodobnie to Xan był bardziej najebany, ale to nie zmieniało faktu, że ona też średnio kojarzyła. Spodziewałam się istnego bajzlu za parę momentów, kiedy się rozkręcą. Mimo to byłam ciekawa, jak ten bajzel będzie wyglądał.
Przypuszczałam bowiem, iż, tak jak zwykle, Xan przegra z kretesem wojnę z kobietą i legnie gdzieś jako porażka dzisiejszego wieczoru, z ewentualnie rozwalonym ryjem lub inną częścią ciała.
- Jak śści zarass kurhwa jebne! – wybełkotał złowrogo, chwiejąc się na drzwiach, na których co prawda stał już samymi nogami, ale nie wpadł na to, by zejść z nich na bezpieczną, stabilną podłogę.
Zamachnął się najpierw z otwartą dłonią, jakby zamierzał zajebać jej największego plaskacza w historii przemocy domowej, ale szybko zrezygnował, kierując jednak rękę do jednego ze swoich boków.
- Zamknij w końcu te pizde! – wrzasnęła na niego kobieta i dosłownie fart Xana go uratował, bo stał na nierównej powierzchni, która wyjebała mu równowagę spod kontroli, kiedy zrobił jeden krok do tyłu. Odrzuciło go, prawie zresztą się wyjebał na plecy, ale tym samym usunął się z zasięgu rąk Kai, która zamierzała go albo zadrapać paznokciami, albo zacząć dusić.
Kiedy mój Mistrz odzyskał swoją utraconą przez chybotliwe drzwi równowagę, zamachnął się i wyciągnął coś… z kieszeni.
- I co… terass kurrwa? – zapytał złośliwie, chwiejąc się i przeciągając słowa.
Trzymał za szyjkę dość dużą, ciemnoróżową butelkę, właściwie kolorem wpadającą już w czerwień. Mój mózg próbował samodzielnie rozwiązać zagadkę intencji tego pijaka, ale chyba musiałam poczekać na gotowe rozwiązanie.
Kai była tak zdziwiona jego działaniami, że aż na chwilę się uspokoiła, wpatrzona w butelkę. Teraz tylko ona stała na drzwiach, bo wcześniej jej przeciwnika szczęśliwie wyjebało już za ich obszar.
- Co to… ten mmjecz… taki krróttki – bełkotał do siebie Xan, oszołomiony wynikiem innej rzeczywistości niż tej, której się spodziewał. – Nonic! Zajebaem komuś sszzz… shhoto!
Wraz z tym okrzykiem, odzyskał na nowo swoją pewność siebie i dobry humor.
- To tw… tfoja wóda – powiedziała do niego Kai, bardzo otrzeźwiona jego głupotą. Aż popukała się w głowę, ale potem zaczęła pukać jego, może najwyraźniej uznając, że tak lepiej do niego trafi. – Sie jebnij tym tutaj kurwa i wypieeerrdalaj!
Miecz świetlny z butelki. Jeśli się miało wyobraźnię, to wszystkim można było się pobawić.
Xan wypuścił nagle butelkę z dłoni, jakimś niezwykłym fartem nie zbijając jej o podłogę. Odtoczyła się od niego w kierunku kuchni, jakby pragnęła uciec gdzieś w pizdu, byle dalej od tego pojeba, który zamiast korzystać z niej jak Moc przykazała, chce robić z niej broń. Wolną teraz dłonią Xan złapał Kai za nadgarstek jej lewej ręki, którą pukała go po czole.
To rozjuszyło dziewczynę jak rankora widok świeżej krwi i naparła na niego z mocnym zamachem prawej ręki. Chciała mu chyba zajebać w ryj, ale Xan pochylił się do przodu, kiedy znowu nim zachwiało, tym razem przez to, że tak nagle poruszyła się w jego stronę, a on trzymał ją za rękę, i dziewczyna zamiast trafić w twarz, zaryła palcami w jego włosy. Widziałam, jak szarpnęła, pewnie żeby usunąć rękę z miejsca, w które nie celowała i tym razem wyprowadzić atak z sukcesem, ale dłoń nie usuwała się spośród gąszczu ciemnych włosów.
- Pusszczaaaj! – jęczał Xan, pochylony dalej w jej stronę, niemal zgięty w pół, ciągnięty za włosy w dzikim amoku Kai.
Postanowiła wykorzystać sytuację na swoją korzyść, łapiąc mocno kołtuny Xanatosa i szarpiąc nimi bez litości. Poruszała nim do przodu i do tyłu, podczas gdy on starał się odsunąć od niej, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki.
- Ty kurwa kłaku! – warknęła na niego dziewczyna. Mogłoby się wydawać, że swoje słowa kieruje konkretnie do włosów oponenta, na które zwala tymczasowe przyszpilenie do niego. Jednak miałam wrażenie, że wywrzeszczała to bezpośrednio do Xanatosa.
- Wykurrrwiaj z tą ręęnko, lamm… lampo! – warknął ciągnięty przez nią biedny pijaczek, próbując odsunąć od siebie atakującą dziko dziewczynę w tym ferworze walki.
Niestety, oboje chwiali się gorzej niż małe łajby na sztormie, żadne z nich tak naprawdę nie czuło wyraźnie gruntu pod stopami i jako takiej równowagi, więc manewr z atakiem Xana powtórzył się z niepowodzeniem podobnie jak w przypadku Kai.
Zamiast złapać ją gdziekolwiek, też choćby za rękę, którą trzymała go za włosy, ułożył jej wielką łapę na cycku i zaczął ją od siebie odpychać z dziką siłą.
- Bierr kurrrww…a te zajebane łapy, śśmieciu!
Sam dźwięk jej wkurwionego głosu stawiał włoski na karku, a co dopiero być odbiorcą tego przekazu i znajdować się zaledwie centymetry od niej.
W końcu uwolniła rękę z uścisku jego dłoni oraz pułapki włosów. Impet siły Xanatosa, niekontrolowanej teraz przez przeciwwagę Kai, odrzucił go mocno w tył, aż ten poleciał bezwiednie na sam koniec korytarza. Choć widziałam to tylko częściowo z racji miejsca, w którym siedziałam, po głośnym huku domyśliłam się, że perfekcyjnie zajebał łbem w ścianę.
Kai stała, lekko się chwiejąc, i oddychała głośno, trzymając w prawej pięści niewielką garść czarnych kołtunów, które wyrwała Xanowi wraz z chwilą uwolnienia.
- Żyjesz, padalcu? – wysapała po chwili, wpatrując się gromowładnym, zielonym wzrokiem na wpół żywe zwłoki przed sobą.
Oczywiście, że wstałam, aby zobaczyć dokładnie, jak ścierwo mojego Mistrza aktualnie teraz się prezentuje.
Xan leżał na plecach, trochę wygięty, z głową podpartą krzywo o ścianę. Miał ujebane ubranie, potargane włosy i czerwony ryj. Jego pierś unosiła się ciężko, ale oczy miał zamknięte.
- Chyba go uśpiłaś – mruknęłam cicho do Kai, nie chcąc jej dodatkowo denerwować jakimś głośnym dźwiękiem.
Spojrzała na mnie wzrokiem zamglonym przez cały alkohol, jaki dzisiaj wypiła, nieco zdziwiona chyba, że mnie widzi. Nic nie odpowiedziawszy, odwróciła znowu uwagę do Xana, kierując ku niemu niepewne, ciężkie kroki. Pokonała niedaleką drogę małym slalomem, a kiedy stanęła nad nim, rzuciła mu na twarz włosy, które wyrwała.
- Psszyszyj sobie – poradziła bełkotliwie. Nagle zatoczyła się do tyłu tak głęboko, że aż zetknęła się plecami z drzwiami do naszego pokoju, a w chwili, kiedy je poczuła, nogi się pod nią ugięły i zjechała po drzwiach na ziemię, siadając prostopadle do Xanatosa. Nogi uwaliła na jego nogach, głowę oparła o drzwi za sobą, po czym zamknęła oczy i dołączyła do mojego Mistrza w świecie braku świadomości.
Z jednej strony jedynie alkohol jest w stanie popchnąć ich do podobnie zintensyfikowanych rękoczynów, ale z drugiej również jedynie tylko on umożliwia im zaśnięcie niemal ramię w ramię. Bowiem dzieliła ich tylko niewielka wnęka pomiędzy końcem ściany przy plecach Kai, a początkiem tej przy Xanatosie.
- Myślę, że warto zrobić im zdjęcie – stwierdziłam z całą odziedziczoną po Mistrzu wrednością i tej nabytą w towarzystwie Kai.
Każdy musi brać na barki ciężar konsekwencji swoich czynów.