Oaza skupienia, stworzona przez mój umysł i również dla niego, pozwalała mi na niemal bezproblemowe zagłębienie się w lekturze przekazanej mi w ręce prosto od recenzenta Xana. Zaledwie jeden pasywny dzień pozwolił mi już na pełne śmiałości skarżenie się na ponownie powstałą nudę, liczyłam zatem, że Mistrz spełni moje najskrytsze pragnienia, złapie z własnej inicjatywy treningówki i wyprosi mnie na zewnątrz w celu uskutecznienia pięknej, żywej i dosadnej sesji treningowej. Niestety, moje oczekiwania przerosły jego domyślność.
Zamiast skakać i napierdalać się mieczami, polecił mi przeczytać antyczny już chyba tekst o filozofii dawnych Sithów, tłumacząc konieczność poznania przeze mnie tej wiedzy tym, iż Sithowie reprezentowali oczywiście jeden z wielu sposobów postrzegania oraz korzystania z Mocy, a konkretniej oczywiście jej Ciemnej Strony, co już szczególnie powinno mnie zainteresować. Te podstawy rzecz jasna były mi jak najbardziej znane, ale mój Mistrz stwierdził, że „potrzebnej wiedzy nigdy w nadmiarze”.
Jednakże, będąc już w połowie trzeciego akapitu traktującego o losach pradawnego Dartha Bane’a, w mojej świeżo postawionej bańce chroniącej przed głośnym zewnętrzem został zrobiony przeciek, przez który ponownie wszelkie zbędne oraz dokuczliwe dźwięki wraz z bodźcami były w stanie przedostać się bezpośrednio do moich uszu. Przyczyną przerwania mi haniebnie spokoju był Amaranth i… Kimi. Po burzliwych początkach relacji, kiedy to mój włochaty przyjaciel wydawał się traktować młodą samiczkę varactyla jako swojego wroga numer jeden, ich wzajemne podejście do siebie uległo znacznej zmianie i wcześniej jednostronne zainteresowanie młodej przeszło w obopólne, wprawiając ją w niepohamowaną radość. Amcio dostrzegł w niej najwyraźniej wspaniałą towarzyszkę zabaw oraz być może coś tajemniczego w niej sprawiało, że wolał się z nią lubić niż przeciwnie. W każdym razie, w swoim duecie zachowywali się jak nierozgarnięte szczeniaki, zupełnie nieprzejęte wszelkiego rodzaju szkodami, jakie mogli w chwilach słodkiego zapomnienia narobić. Przykładem okazał się przewrócony przez zamaszyste machnięcie ogona Amcia kubek, wypełniony w połowie moim ulubionym sokiem.
- Kurwa! – rzuciłam z zaskoczenia mimowolnie, obserwując, jak pożądana przez moje kubki smakowe ciecz rozlewa się bezpowrotnie po blacie stołu, o którego dobrostan i czystość Orcio dbał z niemal pedantyczną dokładnością. Przy okazji jakieś leżące od rana papiery już zostały zamoczone i poplamione, a ja zastanawiałam się mimochodem czy to nie było przypadkiem coś ważnego. – Wracaj tu do chuja i sprzątaj to! Nie możecie biegać po dworze?!
Oczywiście żadna odpowiedź zwrotna do mnie nie dotarła i najprawdopodobniej także nigdy nie miała, gdyż oboje tak szybko wybiegli przez drzwi, jak wcześniej przebiegli przez dzielące ich do wyjścia pokoje. Tylko że to ja zostałam z mokrym stołem, a razem z nim towarzyszyło mi moje buzujące powoli w podwalinach wybuchu wkurwienie.
- Dom wielki jak skurwysyn a i tak zrobią ci burdel – marudziłam pod nosem, dając upust powstającemu napływowi słów. – Powinien to teraz swoim futrem kurwa wycierać, a nie ze mnie mamkę sprzątaczkę odpieralać. Już ja mu to kurwa wypomnę, jeszcze pożałuje.
Słowa same zapełniały przestrzeń w moim bliskim otoczeniu podczas sprzątania przeze mnie ze stołu, a jednocześnie obmyślałam, jak się kudłaczowi za to odpłacę. Pomimo chęci złapania go w uścisk Mocy i posadzenia dupskiem centralnie przed jego dziełem, wolałam jednak od razu rozpocząć akcję reanimacyjną sfatygowanych papierów zanim jeszcze mi się doleci, że nie podjęłam żadnego działania oprócz kary.
- Co tam bambolisz pod nosem? – rzucił w moją stronę Xan, podczas gdy ze swoją małpią zwinnością i wielkością rozumu porównywalną do banana, jakiego powinien dostać za swoje działania, zapomniał do czego służą schody i dotarł do mnie na parter przeskakując barierkę. Tupnął ciężkimi stopami ciszej, niż się spodziewałam, a pęd powietrza rozjuszył mu włosy w gęstą falę niczym damy w opresji na uprowadzonym jachcie. Po wyprostowaniu postawy, uśmiechnął się do siebie narcystycznie, a moim oczom wysłał zadowolony błysk. – Młody bóg w pełni swojej siły.
- Jeśli skakanie ze schodów to dla ciebie boski wyczyn, to strasznie mi przykro, jak nisko mierzą się twoje zamiary – odburknęłam, zupełnie nie poddając się wpływowi zafascynowania jego wątpliwie niebywałym skokiem. Zanim jednak zdążyłam wypowiedzieć ostatnią sylabę zdania, Xan dopadł do stołu jak dzika bantha do pójła na środku Tatooine.
- Moje numery! Moje namiary! Miesiące polowań! Miałem to dzisiaj w końcu spisać do datapadu! – jęczał i zawodził, wyrywając mi z rąk suszone przeze mnie starannie kartki zmoczonego flimsiplastu.
Spoglądałam na niego bez skrywania obrzydzenia, ale przede wszystkim zawodu w oczach.
- Opanuj się, bo zamiast drzeć pizdę na pół domu to byś się przyjrzał, że twoim „drogocennym” kurwa danym nic się nie stało – wyburczałam, modelując głos mimowolnie na pograniczu niskiego warknięcia. – Dziękuj Amaranthowi.
Dałam mu chwilę na wstrzymanie swoich pobudzonych nagłym zastrzykiem adrenaliny ośrodków nerwowych i starłam resztę soku ze stołu, po czym poszłam do zlewu w kuchni, by opłukać ściereczkę. Do tego czasu Xanatos zdążył zrozumieć, że nic złego się nie stało, więc powróciwszy do pokoju zastałam go z ulgą rozłożonego na kanapie. Odetchnął głęboko ujrzawszy mnie wracającą do niego, a dokładniej do stołu, by przetrzeć go ostatni raz.
- Bardzo dobrze, że nie doszło do nieszczęścia – powiedział po cichu, jednakże skoro ja nie pociągnęłam tematu dalej, tylko spokojnie i w milczeniu doprowadzałam szklaną powierzchnię blatu do stanu pierwotnego, on również zakończył w tym miejscu dyskusję w tej kwestii. – Jak podobają ci się kroniki?
Prychnęłam pod nosem, uśmiechając się do siebie sarkastycznie głównie kącikiem ust.
- A jak sądzisz? – odparłam, nie podnosząc na niego wzroku, gdyż po wyprostowaniu się znad ofiary ataku lepkiej cieczy, ponownie skierowałam się od razu do kuchni. Zaraz jednak rzuciłam do niego niedbale, nie obracając wciąż nawet głowy: – Zanim zdążyłam dojść do jakiegoś emocjonującego momentu, już musiałam zająć się tym wypadkiem.
W odpowiedzi w pierwszej kolejności dosłyszałam zrezygnowane westchnięcie, a następnie pełne poczciwego tonu słowa:
- Oj, Yesha, ostatnio jesteś zbyt spięta. Taka naburmuszona, narzekasz ciągle na nudę, ale nawet kiedy coś robisz, dalej ci nie pasuje.
Akurat wracałam z kuchni, kiedy rozkładał przede mną ręce w geście bezradności. Tym samym przedstawiał mi graficznie, iż nie jest w stanie mnie zrozumieć, a ja powinnam coś z tym zrobić.
No to zrobiłam.
Wilgotna, ale już wyczyszczona z wszelkich zabrudzeń różnego sortu ściereczka w ułamku sekundy zgrabnie wylądowała mu na twarzy, zabierając mi sprzed oczu ten irytujący wyraz na niej.
- Narzekam na to, co mi nie pasuje – burknęłam, nie ruszając się ze swojego miejsca, za to krzyżując ramiona na piersi. – Każdy to robi, więc czemu nagle czepiasz się mnie?
Gdy zdjął sobie szmatkę i odrzucił ją na stół, zamiast irytującego wyrazu twarzy przedstawione zostało mi oblicze pełne niezadowolenia, które wyzierało spod mocno ściągniętych brwi i błyszczących dezaprobatą oczu. Usta ścisnął w wąską linię, jakby powstrzymywał się przed siarczystym przekleństwem.
- To chyba ten okres dojrzewania, przed którym ostrzegał mnie Orochi – powiedział cicho, nieco bardziej w tonie konsultacji z samym sobą, niż ze mną.

[in progress]