Wychowanie do życia w rodzinie zapewne nie było zajęciami najczęściej uczęszczanymi przez Xana w Świątyni. Mogłam to wywnioskować już jakiś czas temu, patrząc na to, jak wcześnie urodził mu się syn, jednak pierwsze dni w nowym miejscu, blisko dawno zaginionego członka rodziny, tylko bardziej zwróciły moją uwagę na jego problemy.
Na początku byłam zaniepokojona jego zachowaniem, potem jednak zaczęło mnie ono po prostu śmieszyć. Z jednej strony to było nawet nieco smutne, z drugiej właśnie zabawne, jak Xan odpierdalał dziwne podchody z udawaniem, że ignoruje Orcia, a nawet jest wciąż na niego mocno pogniewany, podczas gdy tak naprawdę nie umiał się porządnie zabrać do dokończenia ich prawdziwej, poważnej rozmowy.
- Sądziłam, że przestałeś uciekać – wytknęłam mu drugiego wieczora, kiedy znalazłam go siedzącego nad szklanką jakiegoś żółtawego sikacza, wygoniwszy brata z kuchni przed pięcioma minutami.
Jego spojrzenie było definicją uczucia żywo kontrastującego z przychylnością. Znów rozśmieszył mnie rozstrój pomiędzy jego emocjami – był niezadowolony z moich słów, ale musiał się z nimi zgodzić.
- Nigdzie nie uciekam.
Przynajmniej wewnętrznie się ze mną zgadzał, bo nie spodziewałam się usłyszeć czegokolwiek innego z jego upartych ust.
- Ach tak? – podjęłam, przysiadając sobie obok niego, jakby dając znak, że tak łatwo nie odpuszczę. Póki co byłam skłonna udawać nawet, że nie widzę alkoholu w jego dłoni. – Zatem czemu zrezygnowałeś z kolejnej okazji do spokojnej rozmowy z nim?
Celowo nie użyłam imienia Orcia. Korzystanie z bodźców powinno być zaplanowane i rozłożone, aby ich nie zabrakło w najgorętszym momencie.
Milczał długą chwilę, popijając niespiesznie trujący go trunek ze szklaneczki, ze wzrokiem wbitym w blat stołu. Zupełnie jakby mnie tam nie było. Dlatego nasza rozmowa tego wieczoru nie zaszła do żadnego konkretnego punktu, a także nie trwała zbyt długo. Ja jednak postanowiłam dalej obserwować Mistrza, w nadziei, że sam w końcu się zdecyduje.
Ale kolejne dni pokazały mi tylko, że gryzie się ze sobą coraz bardziej, przebywając chyba w jakimś impasie. Zastanawiał mnie ten jego brak umiejętności podjęcia pewnej, koniecznej zresztą decyzji. Być może skrywały się za tym powody, o których nie miałam pojęcia. Mimo to, nie byłam wykluczona z zasięgu jego utarczek, więc podjęłam własną decyzję i postanowiłam mu pomóc.
Taktycznie wykorzystałam do tego Kai, która sprowadziła mi Orcia w konkretne miejsce, do którego niby niewinnie i niechcący przywiodłam Xana. Był to wyśmienity moment na krótki trening swoich umiejętności manipulacji, a także tuszowania śladów prawdziwych intencji. Jeśli podejrzewał coś od razu, nie dał po sobie nic poznać, no i w pułapkę wpadł. Chodziło mi po głowie pytanie, czy dał się na to namówić świadomie, ale zawoalowana groźba przyszłych konsekwencji moich czynów, kryjąca się w głębokim granacie jego spojrzenia i obejmująca swym zakresem również Kai, podpowiadała mi, że raczej nie.
Chyba że chciał upiec dwie banthy na jednym rożnie i przy okazji korzystania sobie z mojej pomocy, postanowił mnie dodatkowo pomęczyć.
No ale chuj, tego pewnie i tak bym się nie dowiedziała. W każdym razie nie miał już wyjścia, więc bez względu na to, czy naprawdę się wkurwił i był zaskoczony, czy tylko udawał, musiał zostać już z Orciem, by pewne sprawy z nim przepracować. Aby mu w tym nie przeszkadzać, zabrałam się z chłopakami na spacer blisko posiadłości. Nie tylko nie chciałam się zbytnio oddalać od Xana, co ciekawił mnie nasz nowy, tymczasowy dom oraz jego potencjalne sekrety.
Spoglądając jednak na właściciela tego budynku, istnienie sekretów było raczej bardziej prawdopodobne niż tylko potencjalne.
Z przechadzki wróciliśmy niedawno, późnym wieczorem, zdążywszy obejrzeć jeszcze zachód słońca Abregado daleko nad horyzontem łączącym granicę oceanu i ciemniejącego nieba. Byliśmy zmęczeni, ale zwarci i gotowi zastać cokolwiek, co czekało na nas po rozmowie Xanatosa i Orochiego. Czy byli już pogodzeni, czy może wręcz przeciwnie?
Ta sprawa zajmowała od paru dni najwięcej naszej uwagi, więc chciałam już po prostu to wyjaśnić i skupić się na innych rzeczach. Przy okazji, chętnie odzyskałabym Mistrza, który przestałby się zamartwiać czy co on kurwa ze sobą robił siedząc wieczór w wieczór nad coraz mocniejszym drinkiem.
Bracia jednak dalej siedzieli zamknięci w pokoju na dole, tak jak ich zostawiliśmy przed wyjściem, nie skończywszy swej trwającej kolejną godzinę rozmowy. Xan nie pozwolił mi na pośrednią i uszczuploną transmisję na żywo z tego, co działo się w ów tajemniczym, zamkniętym pokoju poprzez jego odczucia w Mocy. Trzymał się twardo i nic do niej nie wpuszczał, prócz ognia swej obecności. Wiedziałam jednak, że nie zasnę, dopóki się z nim nie zobaczę.
- Yesha, daj spokój, przecież się tam nie zabiją – namawiał mnie Tomer, od którego chęć pójścia spać biła z każdego pora w jego skórze. – Nie możesz porozmawiać z nim rano?
Spoglądałam w te zmęczone, zielono-szare oczy i zastanawiałam się, skąd on bierze tyle opanowania. Nie obchodził go rezultat?
Czyżbym naprawdę miała silniejszą więź z jego ojcem niż on sam?
Właściwie to tak. Była wzmocniona przez Moc, ale to nie oznaczało, że nie mogli wypracować własnej, również mocnej.
Nie mogłam jednak zajmować się teraz i tym.
- I tak bym nie zasnęła – odmruknęłam mu, gładząc jego dłoń. Jak zwykle ciepła i miękka pomimo pracy, którą miała za sobą. – Weź sobie Amcia do ogrzania i idźcie spać.
Tomer skrzywił się z wyraźną dezaprobatą, prychając przy tym cicho. Ciemne kosmyki przesłoniły mi widok jego oczu, dlatego, skupiając się teraz na czym innym, dostrzegłam ładnie mieniący się kolor jego skóry w tym lekko przygaszonym świetle.
Przyjemna opalenizna była jednak przecięta bladymi, nieregularnymi kreskami blizn. Nie powinien ich mieć, ale moglibyśmy się ich pozbyć.
Odgarnęłam mu z czoła te za długie już włosy, przesuwając palcami po jego twarzy, aż zatknęłam niektóre z kosmyków trochę za ucho. Wtedy poczułam znów na nim tę dziurę, która ze swoim pojawieniem się przynajmniej nie zniszczyła mu słuchu.
Znów na mnie spojrzał, a jego wzrok nie posiadał w środku nawet śladowych ilości podobnych myśli do tych, które kłębiły się teraz w mojej głowie. Uśmiechnął się do mnie zniekształconym kącikiem ust, a ja nie potrafiłam go nie odwzajemnić.
- Nie chcę się grzać Amaranthem – burknął, zabierając moją dłoń ze swojej twarzy, by było mu wygodniej się do mnie przysunąć. Włosy powróciły mniej więcej do poprzedniego położenia, jakby mi na złość.
Siedzieliśmy na kanapie w dużym pomieszczeniu, które nazywałam przejściowym. Wchodziło się do niego z korytarza od drzwi prowadzących do wnętrza domu, a z niego można się było przetransportować do kuchni po naszej lewej i pozostałych dwóch pokoi, których drzwi mieliśmy przed sobą. Pomimo tego, że miejsce to nie miało jakiejś szczególnej roli prócz bycia takim łącznikiem, oczywiście było przyjemne urządzone.
Tomer wcisnął się na moje miejsce bez trudu, układając mnie sobie na kolanach. Zaraz poczułam, jak ramionami obejmuje mnie w pasie, a głową przytula się do mojej ręki. Zarzuciłam mu ją więc na szyję, by było mu trochę wygodniej.
- Już poczekam z tobą – stwierdził, nie pozwalając mi za bardzo na zmianę pozycji. Mogłam oczywiście protestować albo wysłać go do łóżka, ale skoro chciał zostać… czemu miałabym specjalnie skazywać się na samotność.
Skoro siedzieliśmy tu dalej, nie budziłam śpiącego na drugiej części kanapy Amarantha. Przynajmniej był spokojny i nikt go nie niepokoił, więc też jego nerwy przestały go męczyć.
- Przyznaj się – mruknęłam nad głową chłopaka, zerkając w stronę drzwi, za którymi przebywał Xan. – Też cię to interesuje.
Burknął coś niezrozumiałego w moją bluzkę, a ja uznałam, że to będzie jego ostateczna odpowiedź. Dlatego nie mówiłam nic dalej, jednak po chwili odezwał się już wyraźnie:
- Może trochę. Ale nie chcę zaprzątać sobie niepotrzebnie głowy.
Zabrzmiało to tak, jakbym nie dość, że przejmowała się za bardzo sprawą Mistrza, a jego ojca, to jeszcze jakby ona średnio dotyczyła samego Tomera. Bezpośrednio może i owszem, ale w jakimś stopniu też był w to zaangażowany, nawet jeśli nie chciał.
Nie odpowiedziałam mu na to nic. Pozwoliłam, żeby zapadł w płytką, ale przyjemną drzemkę, skoro i tak był zbyt zmęczony, by chcieć wchodzić w dłuższy dialog. Zanim przestałam o nim myśleć, zdążyłam tylko wpuścić do głowy stwierdzenie, że będzie musiał ściąć trochę te włosy. Były zdecydowanie za długie.
Czekanie powoli zaczynało mnie nudzić, ale nieodparte wrażenie jego rychłego końca trzymało mnie twardo na siedzeniu kanapy, a właściwie na kolanach Tomera, który zresztą zdążył zapaść w głębszy sen.
Kiedy drzwi pokoju otworzyły się w końcu, moją pierwszą reakcją było nagłe wyprostowanie się, z mocnym naprężeniem mięśni, jak do skoku. Tomer co prawda nawet tego nie odczuł, więc nie było to chyba aż tak widoczne.
Xan nie wyglądał na zaskoczonego, że nas widzi. Cóż, na pewno był świadomy naszej obecności przez cały ten czas. Może czekał nawet, aż sobie pójdziemy, ale nie było w ogóle takiej kurwa opcji.
- No i jak rozmowa kwalifikacyjna na powrót do łask? – zapytałam, kierując wzrok na Orcia. W końcu według zeznań Xana to on miał sporo za uszami.
Oboje wyglądali na dziwnie rozluźnionych, z konspiracyjnymi minami, jakby tylko oni rozumieli jakiś swój wewnętrzny żart. Patrząc tak na nich, po raz pierwszy odczułam, że jest pomiędzy nimi jakaś więź. Wcześniej tylko Xan niechętnie przyznawał się do brata, a teraz pewnie stał obok niego, najwyraźniej w pełni umyślnie nie usuwając się z jego najbliższego otoczenia.
Orochi zaśmiał się tym swoim chrypliwym, niskim śmiechem, przymykając na chwilę powieki.
- Chyba mam tę pracę – odpowiedział mi, nie przestając się uśmiechać. Chwilę patrzył na mnie, ale zaraz jego lśniące groźnym złotem spojrzenie spoczęło na wyższym bracie.
Xan jednak nie odwzajemnił swojej uwagi, którą poświęcał teraz mnie. Czując na sobie jego wzrok, spotkałam się z jego własnym, wysyłając mu w błękitnych oczach pytanie.
- Może powiesz coś więcej? – wyartykułowałam je w końcu, kiedy ruszył do przodu, jakby zamierzał bez słowa opuścić moje towarzystwo.
No tak łatwo kurwa nie będzie, nie po tym, jak czekałam tu na ciebie cały wieczór, chuju.
Szedł dalej, tylko teraz w moim kierunku, a jego milczenie i brak wyraźnych intencji w Mocy niemal mnie paraliżowało. Dobrze, że Tomer był obok, którego ciepło i regularność oddechu przypominały mi, bym sama pamiętała o kontroli ciała.
Mistrz zatrzymał się w końcu, na wyciągnięcie lekko zgiętej ręki przed nami, a jego granatowe oczy spoczęły na swoim dziecku.
- Nie za wygodnie mu? – zapytał, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie.
Jego zmiana tematu trochę zbiła mnie z tropu.
Nim jednak zdążyłam coś powiedzieć, dołączył się Orochi.
- Wygląda na szczęśliwego – mruknął, uśmiechając się szeroko. – Chyba powinieneś dbać o dobro swoich dzieci?
Xan przechylił głowę w jego stronę, aż ich oczy się spotkały.
- Właśnie to robię – odparł, a chwilę potem ciężar jego spojrzenia na nowo spoczął na mnie. Wyciągnął rękę w moją stronę, a chwilę potem poczułam lekki ból na nosie, kiedy mnie w niego chamsko pstryknął. – Idź spać.
- Kurwa – warknęłam, pocierając zaatakowany czubek nosa. – O chuj ci chodzi? Czekałam na ciebie, a teraz wysyłasz mnie do łóżka?
- Właśnie tak – mruknął, prostując się wyniośle. Spoglądał teraz na mnie z dołu, zupełnie jakbym była niewartą jego czasu niższą formą życia, którą mógłby zgnieść obcasem. – Może ci się przydać dużo energii.
Jego słowa i brzmienie głosu nie zgadzały się jednak z tą pozą, dlatego szybko ją zignorowałam. Co innego przykuło moją uwagę.
- Jutro? Jutro się może przydać? – dopytywałam, nie zważając na obecność Orcia, kiedy w moim pytaniu skrywało się tyle entuzjazmu.
W odpowiedzi dostałam wzruszenie ramionami, do którego gratisowo Xan dołączył tajemnicze “może”, a potem zaczął usuwać się z bratem u boku z tego pomieszczenia.
I tyle wyszło z mojego czekania. Jeśli dziwna uwaga Mistrza na temat zbierania energii okaże się pokryta jakimiś działaniami, jeszcze będę w stanie zaakceptować ten czas spędzony na kanapie jako spożytkowany mniej więcej dobrze.
Miało się to rozwiązać dnia następnego, zatem dopiero teraz nabrałam ochoty oddać się w zbawienne ramiona snu, zdradzając z nim Tomera, z którego to ramion musiałam się teraz wyplątywać. Jeszcze na samą myśl o budzeniu Amarantha, żeby poszedł na górę, ogarniało mnie zwątpienie w rychłe uderzenie twarzą w poduszkę.
A może by go tutaj tak zostawić? Wyglądał na odprężonego, a zresztą i tak dalej bawiliśmy się we wpuszczanie go do łóżka raz na ileś tam dni. Chyba trzy, jeśli dobrze pamiętam, bo to Tomer się tym zajmował.
Jego udało mi się obudzić bez większych problemów, jakby czekał wręcz, aż stąd wstaniemy i pójdziemy się w końcu położyć normalnie spać. Jeszcze szybciej przystał na pomysł pozwolenia Amciowi przeleżeć noc na kanapie, dodając, że jeśli bardzo będzie chciał z nami spać, to w końcu się obudzi i sam przyjdzie.
Brzmiało to bardzo logicznie, dlatego zaakceptowaliśmy tę wersję i poszliśmy sami.
Radość Tomera z wygody rozprostowania nóg na łóżku jak mu się żywnie podobało była wręcz nie do opisania.
- Zawsze możesz spać sam, bo Amciowi i tak chodzi tylko o mnie – podsunęłam, drocząc się z nim lekko, kiedy kładłam się już obok niego.
Mieliśmy przyjemny pokoik na górze, z dużą szafą, do której mogłam zmieścić swoje oraz Tomera ubrania, a nawet więcej, gdybym miała okazje zrobić jakieś zakupy. Nie musiałam się już kisić w torbie i w końcu moje ciuchy nie wyglądały jak wyjęte nexu z gardła.
Dźwięk oburzenia Tomera wyrwał mnie jednak z myśli o naszym nowym lokum.
- Z tego wynika, że tobie też tylko na nim zależy, skoro mogę spać sam – burknął, odsuwając się ode mnie.
Miałam wrażenie, że zaraz złapie kołdrę, zawinie się w nią i odwróci do mnie plecami. Uśmiechnęłam się lekko, widząc jego niezadowoloną minę.
- Przesadzasz – mruknęłam, niespeszona tym, że się odsunął, i pochyliłam nad nim. Czarne fale spłynęły mi bardziej na twarz, dotykając lekko też jego policzków. – Chodzi mi tylko o twoją wygodę.
Prychnął, ale już bez poprzedniej stanowczości. Złapałam jego spojrzenie w mocny uścisk i nie wypuszczałam go, dalej lekko się uśmiechając.
Leżał bezbronnie na miękkiej poduszce, ze mną pochyloną nad nim niczym drapieżnikiem.
A podobno to mężczyźni są tacy biegli w podobnych podchodach.
- Dobrze wiesz, że moja wygoda zależy od ciebie – odpowiedział tylko, nie odrywając ode mnie spojrzenia.
Zaśmiałam się cicho, tylko utwierdzając się w swoim przekonaniu. W końcu weszłam bardziej na łóżko i przybliżyłam do niego na tyle, żeby go pocałować. Luka w ustach niczym mnie już nie zaskakiwała, a ja nauczyłam się nawet całować go w taki sposób, żeby móc z niej skorzystać dla większej przyjemności.
- No to żebyś mnie kiedyś gdzieś nie zgubił – mruknęłam do niego, po czym spojrzałam ostatni raz w tę szarą zieleń oczu chłopaka i sama się odwróciłam, czekając, aż się przytuli.
- Żebym ja się sam nie zgubił.
Powiedział to tak cicho, że właściwie brzmiało jak szemranie wiatru z otwartego okna, za którym cicho szumiał ocean. Zastanawiałam się, czy rzeczywiście to usłyszałam. Jednak nie wydawało mi się, żeby nagle wiatr czy szum oceanu miały głos Tomera.
Kiedy chciałam coś jeszcze dodać w tej kwestii, usłyszałam już, jak wzdycha głębiej, kiedy jego umysł odpłynął. Zdecydowanie zdążył zasnąć, co też dało się odczuć w ciężkości jego ramienia, które leżało już swobodnie na mnie, niekontrolowane przez chłopaka. Dmuchał mi miarowo ciepłym powietrzem w szyję, aż w końcu sama zasnęłam, z jego słowami schowanymi gdzieś na skraju świadomości.

Czy sugestie Xana z wczorajszego wieczoru narobiły mi nadziei? Tak.
Czy jestem zaskoczona, że chuj z nich wyszło? Nie.
Czy się tym przejmuję? Tak.
- Kurwa – warczałam pod nosem, czując, jak moja noga nierytmicznie, nerwowo i szybko podryguje w górę i w dół. – Znowu mnie wychujał.
Gdy się obudziłam, Xana nie było na terenie posesji. Co więcej, nie wyczuwałam go nawet w pobliżu. Pałętał się w nieokreślonym dla mnie miejscu Le Yer, wyszedłszy bez słowa, ostrzeżenia, nawet głupiej małej kartki flimsi z nabazgranym jednym słowem, kiedy wróci.
- No i jak mam go nie nazywać kutasem, jak wiecznie zostawia mnie z chujem? – burzyłam się dalej, teraz już chodząc we wkurwieniu po kuchni. Tupałam złowrogo, krążąc blisko lodówki, jakbym ochrzciła siebie jej strażnikiem.
Tomer brał szybki prysznic, Amaranth dosypiał ponoć “bardzo niewygodną noc na kanapie” w naszym łóżku, a ja bez śniadania spalałam kalorie swoim gniewem.
Kipiał we mnie żywym ogniem, który dawał ukojenie uczuciu zawodu. W końcu uderzyłam otwartą dłonią w blat kuchenny, zatrzymując się przed oknem.
Wyglądałam przez nie ze ściągniętymi brwiami i kurwikami w oczach, pozwalając, by odbijające się w morskich falach blaski słońca nieco mnie raziły. Gdy przestałam dawać upust złości ruchem, automatycznie mój oddech nabrał na prędkości i sile.
A potem znów sięgnęłam w stronę Xana, w nadziei, że okaże się być gdzieś bliżej lub że po prostu lepiej go zlokalizuję. Nie udało mi się osiągnąć ani jednego, ani drugiego, ale zaczęłam się zastanawiać, czy nie zareagowałam zbyt emocjonalnie. Albo raczej – czy może nie doszłam do pewnych wniosków zbyt szybko.
Przecież nawet z nim nie rozmawiałam rano, a dzień miał przed sobą jeszcze wiele godzin. Mógł coś mieć dla mnie nawet na wieczór, podczas gdy ja już wieszałam go na pobliskiej latarni za wyjście z domu.
Z jednej strony nie chciałam go usprawiedliwiać ani się wiecznie łudzić i robić sobie kolejnych nadziei, ale z drugiej wiedziałam, że to tylko Xan, który i tak będzie robił wiele rzeczy tak, jak będzie chciał, często przeciwko moim własnym chęciom.
- Xanowi coś wypadło – usłyszałam nagle za swoimi plecami. Cichy, dziwnie aksamitny głos jak na zawartą w nim niską chrypkę, objął mój zmysł słuchu, zakłócając inne myśli. Nie zaskoczył mnie, czułam bowiem, jak się zbliża, jednak nie sądziłam, że idzie do mnie, żeby coś powiedzieć. – Ale ja mogę go zastąpić.
Lekkie wibrowanie pod koniec tego zdania skłoniło mnie do odwrócenia się w stronę Orcia. Zawarł w swoim głosie obietnicę, ale nie byłam na nią ani łakoma, ani drażliwa. Nasłuchałam się już podobnych obietnic i przestałam uważać je za coś materialnego.
- To znaczy? – zapytałam, opierając się teraz plecami o blat, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Zaraz sobie uświadomiłam, że Xan tak często robi, ale było mi tak wygodnie, więc zrezygnowałam z pomysłu zmiany pozycji.
Zastanawiało mnie, co w ogóle przywiało do mnie Orochiego. Nie rozmawiałam z nim zbyt często przez te parę dni, bo kiedy usuwał się z towarzystwa Xanatosa, zaraz gdzieś znikał. Dopiero teraz moglibyśmy odbyć jakąś dłuższą, bardziej konkretną rozmowę.
Wydał z siebie krótki, cichy śmiech, powielając mój gest z krzyżowaniem ramion.
- Chyba chciałaś wyciągnąć go na jakąś pogawędkę – odparł spokojnie, swobodnie patrząc mi w oczy. Nie uciekałam od tego wzroku, przyjmując na siebie jego dziwną aurę.
Ciemny golf z długimi rękawami zakrywał mężczyźnie szyję oraz całe ręce. Wyglądał, jakby szykował się do jakiejś szpiegowskiej akcji albo właśnie z niej wrócił. Tym bardziej było to dla mnie niezrozumiałe, bo było ciepło i świeciło słońce, a on, no kurwa, mieszkał niemal na plaży.
- Jesteś na coś chory? – zapytałam, ciekawa, jak przyjmie pytanie wprost bez wcześniejszych lekkich wstępów.
Pierwszą reakcją było zaskoczenie, potem po prostu ponownie się uśmiechnął i zaczął odpowiadać.
- Nie, ale lubię, kiedy mi ciepło w szyję – wzruszył ramionami, przechylając lekko głowę w bok. Czarne włosy spłynęły mu z ramienia, do tego przesłaniając bok twarzy.
Westchnęłam cicho, prostując ręce. Odepchnęłam się nimi od blatu, by postąpić parę kroków w jedną stronę.
- Ciekawe – mruknęłam, na nowo odnajdując jego zielonkawe dzisiaj, skrzące inteligencją spojrzenie. – Ale skoro sam do mnie przyszedłeś, to chyba chcesz porozmawiać o czymś konkretnym.
Przyglądał mi się dłuższą chwilę bez słowa. Jego usta rozciągały się wciąż w cienkim, ale wyraźnym uśmiechu, a w Mocy nie odznaczał się niczym szczególnym. Najwyraźniej naprawdę nie miał w planach czegoś podejrzanego.
- A to już zależy od ciebie.
Gdy tylko to usłyszałam, lewa brew podskoczyła mi na czoło jak poparzona.
Uwielbiam tę manierę, charakterystyczną dla Xana i jego krewnych.
Nie wiesz, że atakują, dopóki nie poczujesz bólu i nie zobaczysz krwi.
- W takim razie się przekonajmy – odparłam ze wzruszeniem ramion, przyjmując tę samą taktykę co zawsze, kiedy chodziło o Xanatosa.
Byłam po prostu gotowa na wszystko.