Jak to jest, że nawet jeśli się czegoś spodziewa, to gdy przychodzi co do czego, i tak odczuwa się zaskoczenie? Zapewne to przemożna niechęć do stanięcia z tą prawdą twarzą w twarz zmusza umysł do wypierania niezbitych dowodów.
Tak jak gdy sprawdza się stan konta po sporej transakcji czy kiedy zagląda się do szafki ze słodyczami, którą wczoraj się opróżniło albo gdy otwiera się lodówkę w nadziei, że po tych pięciu standardowych minutach jednak pojawiło się w niej coś, na co się miało ochotę.
Tak samo czułam się i teraz, po całkiem przyjemnym popołudniu z gorącym Tomerem w chłodnej wodzie, jak zgłosiłam się do Xana skoro tak mnie ładnie prosił… a może bardziej żądał i wymagał. Z góry byłam nastawiona na odpierdalanie jakiegoś szajsu, właściwie powinnam niczym się nie przejmować, więc dlaczego tak bardzo zszokowała mnie informacja, że mam zasiąść za sterami Złodzieja?
To wszystko wina Tomera, on mi to wykrakał.
- I co tak patrzysz? – dziwił się standardowo Xanatos, niezadowolony z zerowej obecności entuzjazmu czy zaangażowania w mojej reakcji. – Przecież lubisz Złodzieja, ma nowoczesne systemy i śmiga jak nerf po alderaańskim polu. No i to statek, z którym masz i będziesz miała najwięcej styczności, a w końcu musisz się nauczyć jakichś podstaw. Samo patrzenie na Mistrza nie wystarczy.
Choć wypowiedział te słowa, stanął z taką miną, jakby wcale się z nimi nie zgadzał. Przecież był Panem Perfekcyjnym, jak oglądanie jego zmagań miałoby nie być wystarczające do zdobycia wiedzy?
On gadał, ja słuchałam, ale nie chciałam tego słyszeć. Nie byłam chętna nawet wyobrażać sobie siebie na pokładzie Złodzieja.
- Nie możemy po prostu zająć się czym innym? – spróbowałam, zerkając na niego z dołu. W moich skromnych niebieskich oczach mógł dostrzec jedynie chęć spędzenia czasu bardziej ambitnie.
- Niby czym? – zapytał jeszcze bardziej zdziwiony niż przed chwilą, rozkładając przede mną łapy na boki. Najwidoczniej był bardziej odporny na moje oczy niż ja na jego. Oczywiście chciałam wysunąć jakąś propozycję, ale typowo nie dał mi szansy. – Nic teraz nie jest zbyt pilne, bo najważniejszym zajmujesz się sama… prawda?
Sceptyczna brew uniosła się nad równie sceptycznym, granatowym okiem, patrzącym na mnie ze swoją parą w, o dziwo, sceptyczny sposób. Ciemne niebo wydawało się grzmieć zapowiedzią nocnej ulewy.
- Prawda, prawda – burknęłam, machając ręką i odwracając od niego spojrzenie w nadziei, że dzięki temu nie zmoknę. – Już niedługo będziesz miał przy mnie pełne ręce roboty, kiedy skończę. Ale statek… naprawdę jest konieczny? Teraz, dziś? Nie masz innego pomysłu na wieczór?
W odpowiedzi usłyszałam jego dźwięczny śmiech, przy którym błysnął drapieżnie niekompletnym uzębieniem, choć stąd nie dostrzegałam tego ubytku.
- Moja droga uczennico, mam mnóstwo pomysłów na wieczór i tylko ten jeden z nich wlicza w realizację też ciebie, więc chyba powinnaś być mi wdzięczna, że chcę poświęcić ci swój czas, bo z tego co kojarzę, to zawsze narzekasz, że tego nie robię. A zatem, dupa w troki i na statek.
No tak, mam całować własnego Mistrza po stopach, że łaskawie znalazł dla mnie chwilę. Nie ja się pchałam pod jego czarne skrzydła, więc niech teraz bierze odpowiedzialność za ucznia.
Niemniej, to był mój koniec. Mogłam albo zaakceptować tę jego zbawczą lekcję, albo odmową skazać się na długi okres ciszy z jego strony, a to było mi w tej chwili najmniej potrzebne. Przynajmniej wolał poświęcić mi trochę czasu… a jeśli będę odpowiednio sprytna, być może uda mi się osiągnąć coś więcej oprócz siedzenia w kokpicie cały wieczór.
A gdyby go tak odwieść od sterów i stopniowo naprowadzić na prowadzenie zwykłej rozmowy? Ćwiczenie manipulacji również wlicza się w mój trening, czyż nie?
Złodziej został przetransportowany z kosmoportu do prywatnego hangaru Orcia, żeby było bliżej i wygodniej, gdybyśmy chcieli w pewnym momencie opuścić Abregado. Dlatego droga z pokoju Xana na pokład statku nie była zbyt daleka, ale nawet gdyby była, już nie uciekłabym od przyszłości. Mogłam się tylko z nią zmierzyć.
Pomieszczenie było przestrzenne, w końcu musiało, jeśli miało służyć do przetrzymywania maszyn tak wielkich jak statki kosmiczne. Pachniało durastalową podłogą i ścianami, a także trochę paliwem. Złodziej wyglądał w swoim nowym, tymczasowym domku jak śpiący zwierzak, czekający na powrót swojego pana. Tyle że on nie przywitał nas w żaden sposób, dopóki nie znaleźliśmy się w środku.
Wciągnęłam w płuca znajomy zapach statku, a do głowy od razu wskoczyło parę najbardziej barwnych wspomnień sytuacji, jakie miały tu miejsce. Był to jednak tylko chwilowy przebłysk, milcząco szłam dalej za Xanem w kierunku kokpitu, uprzednio zamknąwszy za sobą rampę.
Mistrz zgrabnie zasiadł w fotelu pilota, zwinnymi ruchami budząc kolosa do życia. Złodziej zamruczał leniwie, wybudzony ze snu i zapalał kolejne kontrolki na pulpicie. Xan robił to tak naturalnie, jakby zupełnie o mnie zapomniał i myślał tylko o tym, że zaraz gdzieś poleci.
- Jeśli to jednak ma być nauka przez patrzenie, to chyba nie będzie tak źle – mruknęłam, siadając już na drugim fotelu, ale zanim mój tyłek zdążył zetknąć się z materiałem siedziska, Xan mnie wstrzymał.
- To było z przyzwyczajenia, zamieniamy się – oznajmił, w tym samym momencie unosząc się ze swojego miejsca. Popatrzył na mnie krótko, po czym wypchnął z bezpiecznej strefy fotela dla pilota mniej zaangażowanego w całą procedurę lotu i niemal posadził tam, gdzie sam wcześniej sobie klapnął.
Prawie poczułam, jak macki fotela oplątują się wokół mnie, przytrzymując mnie w siedzeniu, nie dając teraz żadnych szans na ucieczkę przed krwiożerczym Mistrzem i torturującym pulpitem. Być może nieco przesadzałam, ale naprawdę poczułam się nieswojo, mając przed sobą całą tę aparaturę i świadomość, że jestem teraz odpowiedzialna za maszynę.
Nie byłam w ogóle gotowa na coś takiego. Xan siedział obok i wytwarzał silne, napierające na mnie prądy, które albo miały mnie do czegoś zmusić, albo zachęcić, a wyczuwałam zdecydowanie tę pierwszą tendencję.
Jednak najwyraźniej byłam nieco przewrażliwiona, ponieważ ton głosu Xana wcale nie sugerował, aby zamierzał mi coś wpajać na siłę, a wręcz przeciwnie – nastawiał mnie na skupienie się na tym, co chciał mi przekazać. Czym się nieco zdziwiłam zważywszy na moją niechęć związaną ze wszystkim, czego dotyczyły nauki o statku.
- Zanim cokolwiek zrobisz, musisz uruchomić wszystkie najważniejsze systemy i sprawdzić odczyty, aby upewnić się, że statek jest gotowy i w pełni sprawny do lotu – mówił cierpliwie, z nutką nauczyciela w głosie, a także wyraźnie wyczuwalną pasją. Widać było, że to, o czym zamierzał rozprawiać mi przez najbliższy czas dotyczyło czegoś, co po prostu szczerze i bezinteresownie lubił, a przede wszystkim – na czym znał się w głównej mierze z własnego doświadczenia.
Powstrzymałam się od lekkiego przewrócenia oczami.
- Widzę, że alkohol wyżera ci coraz więcej przydatnych szarych komórek – mruknęłam, pukając go dwa razy w czoło palcem wskazującym, wspominając jego gest podczas naszej pierwszej lekcji pilotowania. – Już mi to opowiadałeś, Mistrzu. Nie pamiętasz?
Najwyraźniej mój dotyk mu nie przeszkadzał, ponieważ bardziej okazał zdziwienie po usłyszeniu mojego pytania, niż wcześniejszych słowach. Odsunął się trochę, by móc wygodniej usadowić się w fotelu drugiego pilota i podrapał się po gładkiej, wiecznie młodej brodzie. Po niedługiej chwili jego oczy rozświetlił nagły blask, a na usta wstąpił uśmiech, gdy najwyraźniej coś zrozumiał.
- Tak, rzeczywiście! Teraz pamiętam, kto mi asystował – pokiwał przy tym twierdząco głową, jakby przytakiwał własnym myślom, ze wzrokiem skupionym nieobecnie w pulpit. Zaraz jednak te drapieżne oczy znalazły mnie, a jego zadowolenie jeszcze jakby bardziej wzrosło. – No to nie jesteś w tym taka zielona jak przed chwilą zakładałem! Nie ma się co pierdolić, startujemy.
W tym momencie pożałowałam swoich słów oraz tego, że uświadomiłam go o naszych poprzednich lekcjach. Mogłam siedzieć cicho, przypomnieć sobie szczegóły z tego, co mówił wtedy i odwlekać moment bezpośredniej interakcji ze sterami jak najdłużej.
Brawo, Yesha, celny strzał w kolano.
- Umiesz zanalizować wszystkie informacje dostarczane ci przez statek, prawda? – zapytał, chyba zauważywszy jakieś potencjalne wątpliwości co do tak rychłego opuszczenia hangaru.
Zamiast mu od razu cokolwiek odpowiedzieć, spojrzałam uważnie na pulpit. Zlokalizowałam główny ekran komputera, wyświetlający wszystkie podstawowe, ale najważniejsze dane. Poziom paliwa wystarczający na dłuższą podróż, osłony i uzbrojenie w pełni sprawne i gotowe do użytku w każdym momencie, możliwość wprowadzenia współrzędnych punktu docelowego otwarta… Złodziej przedstawiał się w każdym calu bez zarzutu. Wszystko, co powinno świecić się na zielono, błyszczało właśnie w tym kolorze i nic nie wskazywało na to, aby była konieczność interweniować w jakiejkolwiek sprawie. Rozumiałam już, które przyciski uruchamiają jakie systemy, a także mniej więcej orientowałam się, jakie liczby na monitorze są wartościami w normie.
Więc tak, umiałam zanalizować niemy, ale jakże szczegółowy raport statku, przygotowany w niecałe dziesięć sekund od uruchomienia go.
Kiwnęłam w końcu twierdząco głową, unosząc wzrok najpierw na iluminator, a dopiero potem na Xana. Nie wiedziałam, co miałabym mu powiedzieć, więc po prostu siedziałam w oczekiwaniu na dalsze instrukcje, pomimo tego, że również miałam jakieś tam pojęcie o tym, co należy teraz zrobić dalej, aby statek wzbił się w powietrze.
Jednak zamiast mnie poinstruować, Xan odpowiedział na moje spojrzenie własnym wzrokiem. Nie umiałam do końca rozszyfrować, co kryło się za tymi oczami. Z jego miny wnioskowałam jednak, że nie jest w stanie czegoś zrozumieć, zupełnie jakby patrzył na holoprojekcję filmu o abstynentach.
- O co chodzi, Yesha? – zapytał w końcu i zabrzmiał dokładnie tak, jakby miał na myśli “jak to kurwy można z własnej woli zrezygnować z alkoholu?”. Niemniej, wcale nie ułatwiało mi to dojścia do centrum jego zagwozdki. A o co chodzi tobie, Mistrzu?
- Nie wiem, co masz na myśli – powiedziałam zatem, nie lękając się jego spojrzenia. Hardo odpowiadałam własnym, z nawet lekko uniesionym podbródkiem, aby dodać sobie więcej odwagi. – Nie wierzysz mi, że rozumiem, co tu widzę?
Niegłębokim gestem ręki objęłam pulpit Złodzieja, aby sprecyzować, o jakie “tu” mi chodziło. Z braku doświadczenia mogłam jeszcze nie dostrzegać wszystkiego, ale podstawy zdecydowanie ogarniałam i bez problemu mogłam stwierdzić, że ze statkiem było wszystko w porządku.
- W to akurat nie wątpię – odparł swobodniej, ale także nie odwracał spojrzenia. Prawdopodobnie mój gest z uniesieniem linii wzroku wzbudził w nim lekką potrzebę rywalizacji. Właściwie trochę też o to mi chodziło. Po jego reakcji byłam pewna, że traktuje mnie na poważnie, a nie jak smarka, którym musiał się zająć. – Nie umiem jednak pojąć wciąż innej rzeczy… Już wcześniej mnie to zastanawiało i nie umiałaś podać mi sensownej odpowiedzi.
Stłumiłam cisnące się w płuca westchnięcie, domyśliwszy się, do czego zmierza.
- Wytłumacz mi, ale tak konkretnie, czemu właściwie nie lubisz latać? Widzę, jaka niezadowolona i niepewna siedzisz przed tymi sterami. Czuję, jak cię od nich odrzuca i jak jedyne, czego teraz chcesz, to się stąd ulotnić. Dlaczego?
Właśnie tego się spodziewałam, a mimo to, nie miałam dla niego gotowej odpowiedzi. Pytał mnie o to najpierw Tomer, teraz jego ojciec, a ja dalej nie byłam w stanie ubrać w słowa tego wszystkiego, co we mnie siedziało, kiedy ja siedziałam w fotelu pilota albo tylko o tym myślałam.
Burknęłam coś niezadowolonego, nie zrywając jednak kontaktu wzrokowego. W głowie miałam plątaninę myśli i słów, których mogłabym użyć do zbudowania choćby jednego “konkretnego”, satysfakcjonującego Xanatosa zdania, ale im bardziej próbowałam ją rozsupłać, tym bardziej zakręcała się w gorszy węzeł, robiąc mi z mózgu twardą, nieelastyczną gmatwaninę.
- Wiem, że wolisz bezpośrednią interakcję z czymś żywym – powiedział nagle Xan, jakby świadom, że potrzebuję pomocy z wyartykułowaniem swojego problemu. W końcu pierwszy przerwał nitkę łączącą nasze oczy, odwracając własne gdzieś na ścianę za moimi plecami. – Widzę, jakim podekscytowaniem reagujesz na obietnicę o walce i jak zachowujesz się w jej trakcie. Potrafisz czytać przeciwnika i sprawia ci to czystą frajdę, bez względu na to, czy coś ci o tym mówiłem, czy nie. Odnajdujesz się w tym świecie samodzielnie i potrzebujesz tylko paru rad, aby nie zboczyć z odpowiedniego kierunku i nie zmarnować swojego potencjału.
Przyjmowałam to milcząco jako komplement, ponieważ miał rację. Uwielbiałam świat walki i przeciwnika, który może przechytrzyć mnie równie dobrze jak ja jego. To zawsze było coś, w czym czułam się najlepsza i w efekcie doprowadziło mnie do tego, że znalazłam Xana. Jednak do czego on zmierzał?
- Mam wrażenie, że nie postrzegasz statku jako coś wartego twojej uwagi. Sądzisz, że on nie czuje, nie ma żadnego wnętrza, które można byłoby zniszczyć samą siłą woli, a także nie odpowie przemyślanym kontratakiem na twoje uderzenie. Jeśli jednak wydaje ci się, że ta maszyna to tylko puste bebechy, poskładane z przeróżnych części, niezdolna do myślenia, to się mylisz.
Im dalej zagłębiał się w swoją analizę, tym dobitniej stawiał na swoim i z większym przekonaniem wygłaszał kolejne słowa. Zmusił mnie mimowolnie do spojrzenia na to wszystko z takiego punktu widzenia i próby odnalezienia prawdziwości tych słów we własnych odczuciach.
Tę tezę chyba bardziej strzelił niż był jej zdecydowanie pewny, ale najwyraźniej miał dobre przeczucia.
- Może faktycznie masz rację – burknęłam, teraz również na niego nie patrząc. – Nie umiem wyczuć głębi statku, bo jej tu nie ma. Pod pulpitem nie kryją się myśli, do których chciałabym dotrzeć, tak jak pod twoją czaszką.
Znów uniosłam na niego oczy, by zerknąć jedynie, czy także na mnie patrzy i przekazuje coś tym spojrzeniem.
Ile w tych oczach było bulwersacji.
- To ja się już nie dziwię, że tobie się nie chce sterów dotykać, kiedy tak nisko oceniasz swojego sprzymierzeńca – odparł, nie kryjąc oburzenia, ale powstrzymując się najwyraźniej od warkotu w tonie. – Oczywiście, że Złodziej myśli! Jest statkiem, jego komputery wykonują w sekundę więcej procesów myślowych niż nasze mózgi.
- Ale to są tylko przeliczniki danych, coś, co musi wykonać, aby sprawnie funkcjonować – powiedziałam już pewniej, przechwytując od niego nieco tego zaangażowania. – Nie ma tu żadnych uczuć, Xan. Nie lubię takiej beznamiętnej interakcji.
Przymknął na chwilę oczy, cicho przy tym prychając. Jego dłoń zaraz powędrowała do włosów, które odgarnął sobie z czoła. Niestety, miały pamięć kształtu, bo niedługo powróciły do poprzedniej pozycji.
- Złodziej także jest stworzeniem – oznajmił mi z prawdziwą siłą przekonywania w głosie. – Jest zaprogramowany, aby istnieć, pracować, myśleć. Nie jest zwykłą rzeczą, którą podnosisz sobie z półki, kiedy jest ci potrzebna. Statek musi wykonać pewne operacje, których się od niego oczekuje i ty dajesz mu sygnał, czy wszystko wykonał w porządku i może zacząć kolejny proces, czy może coś wymaga skorygowania, a coś całkowitego wyeliminowania. Jego systemy są w ciągłym ruchu, a wszystko po to, aby się z tobą porozumieć. Złodziej chce do ciebie dotrzeć, bo pragnie spełniać swoją podstawową funkcję jak najlepiej – latanie. Czy to w atmosferze, czy w przestrzeni kosmicznej, czy nadprzestrzeni. Wie, co jest jego głównym sensem istnienia, a bez ciebie jako pilota nie będzie w stanie zdobyć tego, co nadaje mu największą wartość. Dlatego tak bardzo się stara, abyś wiedziała, że możesz mu zaufać i skorzystać z tego, po co go zbudowano. Jest istotą, która także wymaga pewnej opieki, a przede wszystkim, jest w stanie zapewnić ci interakcję, która na pewno nie jest beznamiętna. Wystarczy, że trochę zaczniesz chcieć go rozumieć.
Nie mogłam uwierzyć, jak wiele emocji w tym momencie było w Xanatosie. Opowiadał mi o Złodzieju niczym o swoim porzuconym dziecku, którego nie chciałam z niewiadomych mu przyczyn zaakceptować i pokochać. Naprawdę we wszystko to wierzył i miał taki stosunek do maszyn, a na pewno do statków.
Były dla niego czymś więcej, zupełnie jakby miał kolejnego żywego kompana albo właśnie taką niesamodzielną istotkę, którą musiał się zajmować, bo nie była ona w stanie bez niego przetrwać. Zawsze wiedziałam, że więź Xana z jego statkiem była czymś silnym i nadzwyczajnym, ale nie spodziewałam się, że kryje się za tym aż tak wiele pasji i zrozumienia.
Tomer zdecydowanie to po nim odziedziczył.
Ja nie mogłam dostać tego z jego krwi… ale zdecydowanie zaczął mnie do tego przekonywać swoją postawą i przemową.
Mimo to milczałam chwilę, trochę poruszona, a trochę niepewna, co teraz odpowiedzieć.
- Idąc tu z tobą na lekcję nie spodziewałam się takiego obrotu spraw – mruknęłam w końcu, patrząc w ekran komputera Złodzieja, jakbym chciała dowiedzieć się, czy coś do mnie mówi. – Byłam pewna, że odbębnimy jakieś podstawy pilotażu, a potem dasz mi spokój. A ty jak zwykle musisz mieszać mi w głowie.
Tak naprawdę zamiast mieszać, to po prostu rozwiązał ten wielki, twardy supeł, który jednocześnie związał mi wcześniej usta.
Mistrz wydawał się zadowolony z mojej reakcji, bo uśmiechnął się, gdy skończyłam mówić. Właściwie lekki uśmieszek wkradał się do jego kącików już chwilkę wcześniej.
- Od tego właśnie jestem – stwierdził z satysfakcją. Nie był nawet odrobinę niepewny po tym, jak tak otwarcie przedstawił własny, bardzo emocjonalny stosunek do tego, o czym mówił. Być może było to dla niego aż tak naturalne. – Czy teraz czujesz się gotowa na współpracę ze Złodziejem?
Nie mogłam dłużej zwlekać. Nie było we mnie już tego dyskomfortu, niezadowolenia, niechęci i braku pewności siebie. Nabrałam wręcz ochoty na próbę znalezienia wspólnego języka ze statkiem, którym niedługo miałam nauczyć się sprawnie manewrować.
- No to rozruszajmy tego maluszka, skoro tak bardzo zależy mu na robocie.
Pełen szczęśliwości i poczucia zwycięstwa uśmiech Xanatosa wywabił na moją twarz coś zapewne w podobnej formie. Czekała mnie prawdopodobnie dużo bardziej rozrywkowa i przyjemna, a także przede wszystkim pouczająca, niż moja pierwsza przejażdżka statkiem. Miałam nadzieję, że odkryję te wszystkie wspaniałości, o których tak zarzekał się Xan i które chciał ukazać mi także Tomer, bo jeśli nie, kiedyś naprawdę będę miała przejebane.
Ale póki co nadarzyła się okazja trochę porzucać Mistrzem w fotelu drugiego pilota.