Sekunda… wydawała mi się rozlazłą, rozciągniętą niczym miąższ przestarzałego owocu godziną, choć może to jednak godzina pretendowała do bycia sekundą?
Rozpłaszczony szeroko w każdą stronę umysł młodej uczennicy nie potrafił teraz poradzić sobie z definicją pojęcia upływającego czasu. Jedynym, co w tej chwili naprawdę rozumiałam i czułam, przepływające przeze mnie jak chłodne, kojące morskie fale, była sama Moc. Kontakt z nią widniał tak przejrzyście oraz gładko, że zmącenie tej tafli jakąś nieuwagą mogłoby stać się nawet fizycznym bólem rozczarowania.
Moc szeptała urywanym oddechem raz po raz przeróżne wiadomości o bardzo szerokim spektrum kategorii, dotyczących w dużej mierze Xana, który był mnie najbliżej, ale także całej przestrzeni dookoła i dalej na planecie, czy też mnie samej. Czasem milczała, pozostawiając mnie do przeanalizowania tego, czym się właśnie podzieliła. Jednak właściwie ona nigdy do końca nie milkła, zaaferowana, podniecona, krążąca wokół nas, przypominając zachowaniem ciekawskie, węszące zwierzę, gotowe do skoku w każdym momencie.
Intrygujące, że często przecież w mojej głowie podobne porównanie widniało przeznaczone dla Xanatosa. Wielki, rozjuszony kocur, w chwilach łaski jedynie łypiący świetlistym okiem z książęcego legowiska, a podczas gorszych momentów skaczący sprężyście i bez litości na ofiarę. Moc była jego nieodłącznym narzędziem, więc może to od niej przejął te drapieżcze nawyki. W tej chwili zapewne ogromna liczba Jedi nie zgodziłaby się ze mną co do agresywnej natury Mocy, ale przecież to nasze podejście i wola, w jaki sposób chcemy z niej korzystać, kształtowało jej zapędy oraz predyspozycje, czyż nie?
Filozofowanie na podobne kwestie podczas medytacji było dużo łatwiejsze niż podczas normalnej pracy ciała i umysłu. Co prawda trwało dużo dłużej, ale wnioski, które wpadały mi do głowy, okazywały się zdecydowanie bardziej trafne.
Co jakiś czas dochodził mnie przeciągły, niegłośny pomruk wydychanego przez Xanatosa powietrza, kiedy sekundę wcześniej wciągnął do płuc głębszy wdech. Zadziwiało mnie, jak cholernie mocno był w czasie medytacji skupiony. Na ogół trudno było mi dotrzeć do jego umysłu, a tak naprawdę mogłam jedynie go znaleźć i wiedzieć, że to jego, jednak wszelkie informacje z wnętrza mojego Mistrza dostarczała mi Moc niż faktyczne dojrzenie jakichkolwiek jego myśli. Ale teraz, kiedy był pochłonięty medytacją, zakopany po uszy w szczelny kokon Mocy, czytając z niej chuj wie co, nie mogłam zrobić nic. Swojego umysłu strzegł wielkim murem, a wszystko inne świadomie kontrolował. Dzięki medytacji i tak miałam z nim lepszy kontakt, jeszcze znajdował się tak blisko, ale to tylko bardziej uświadamiało mnie w tym, że Xan niczego mi nieumyślnie nie wyjawi. Prawdopodobnie to ze mnie czytał jak z otwartej gazetki promocyjnej jakiegoś monopolowego.
Mimo tego wszystkiego, iż Mistrz jawił mi się niczym niemożliwy do pokonania wał silnej woli, jego obecność wydawała mi się tutaj kluczowa. W końcu, chyba po raz pierwszy, tak naprawdę porządnie odczuwałam jakieś poukładanie tych wszystkich wrażeń, doznań oraz przelatujących myśli, a nie jedną wielką masę wszystkiego, skotłowanego jedno na drugim. Ten chaos zawsze utrudniał a także uprzykrzał mi nieodzownie medytację, ale teraz nareszcie mogłam doświadczyć jakąś część tego, co za każdym razem obiecywał mi Xan, gdy tylko mówił o tym mało interesującym mnie zajęciu.
A najważniejsze – miałam rację, że powinien przyjść i posiedzieć ze mną.
- Skup się! – dosłyszałam nagle, dobiegające jakby z głębi opróżnionej przez Xanatosa dużej, zielonej butelki. Polecenie, choć nagłe i zaskakujące, było jednocześnie jasne i proste, dlatego nie otworzyłam oczu ani nie pozwoliłam sobie na opuszczenie ramion długo budowanego transu. – Słyszę, jak twoje myśli rozbiegają się jak jakaś chmara ciekawskich szczeniaków. Masz medytować, a nie robić listę zadań dnia jutrzejszego. Zamiast się tyle zastanawiać nad sensem życia… po prostu go poczuj.
Swoje nagłe wtrącenie w nasz stan skupienia zakończył kolejnym głębszym oddechem, a ja mimowolnie w wyobraźni widziałam, jak niesforne kosmyki żyjących własnym życiem włosów unoszą mu się wraz z ramionami i podrygują figlarnie na końcach, a te przy twarzy pędzą gdzieś wyżej podniesione lekką falą powietrza, która wydobyła się z jego ust. Włosy Xanatosa były prawdziwym fenomenem skoro mój umysł nieproszony sam tworzył sobie ich obraz.
Xan odzywał się już wcześniej, dlatego jego nagłe brzmienie głosu nie wytrąciło mnie całkowicie z równowagi i aby tego nie zepsuć, nie odpowiedziałam nic, tylko spróbowałam się zastosować do jego poleceń.
Spróbuj poczuć sens życia? Czy on w ogóle jest normalny? Ja rozumiem że może sobie wynosić znaczenie medytacji do rangi kurwa leczniczej terapii na kaca, która zresztą i tak pewnie na nim nie działała, ale mógłby aż tak nie przesadzać. Siedząc sobie ze skrzyżowanymi nogami, zatopiona w odmętach Mocy, nie znajdę nagle swojego sensu istnienia, nieważne jak wiele godzin dziennie, tygodniowo i rocznie bym tak przesiadywała.
Zapewne jebnął taki tekst, żeby zabrzmieć mądrze i mentorsko, ale tylko wzbudził moje wątpliwości.
Niemniej ograniczyłam zdecydowanie liczbę leniwie napływających mi do głowy myśli, co by zmniejszyć mu ilość powodów do czepiania się mnie oraz sprawdzić, czy to rzeczywiście w czymś pomoże. Skoro zatem w głowie nie odgrywały się żadne batalie teorii, umysł, ciało oraz Moc wybrały sobie na źródło energii bulgoczące we mnie jeziorko emocji.
Nim zdążyłam odpowiednio je przygotować na porządne otwarcie i pozwolenie lekkiego wylewu, do mojej świadomości napłynął ciepły, przyjemny, lekko niebieskawy podmuch innego życia, bardzo mi znajomego zresztą. Amaranth dreptał właśnie przez przedpokój ku schodom, zachowując się z powodu swoich niekrótkich pazurów oraz drewnianej podłogi dość głośno, by dotrzeć najprawdopodobniej do tegoż właśnie pokoju.
Nie mogłam przeoczyć zmarszczki, jaka naruszyła nagle przestrzeń wokół mojego Mistrza. Tak idealnie skupiony, władczy i silny, dał się minimalnie zdekoncentrować tupiącemu po schodach Amciowi. Liczył chyba, że pójdzie dalej, bo dopóki wielki włochaty łeb wraz z resztą równie silnie ofutrzonego ciała nie pojawił się w drzwiach, nic nie mówił.
Oburzenie Amarantha było na wyciągnięcie ręki, możliwe do pomacania i dotknięcia, tak ogromnych rozmiarów nabrało, gdy tylko zorientował się o obecności Xanatosa na łóżku.
- A co ty tu robisz? – zapytał, wcale nie kryjąc swojego niezadowolenia i niemożliwych do pomylenia intencji, że zaraz będzie próbował go stąd wyrzucić. Ja próbowałam najdłużej jak mogłam nie otwierać oczu, by dalej widzieć wszystko zmysłami Mocy, oddając tym samym Mistrzowi głos, pochłonięta skupieniem.
- Medytujemy, nie widać? – odparł Xan niskim, monotonnym głosem, najwyraźniej także pilnując siebie i swojego transu. – I, żeby być bezpośrednim, od razu mówię, że przeszkadzasz. Znajdź sobie inne łóżko.
Ciche szuranie łap rozległo się z naszej, a właściwie mojej prawej, a Xana lewej strony, kiedy Amaranth zbliżył się do krawędzi miękkiego mebla. Słyszałam, jak jego zadek miękko ląduje na podłodze, a potem z pyska wydobywa się krótkie, stanowcze, pełne wdzięku, gracji, siły i własnego kaprysu:
- Nie.
Tyle wystarczyło, aby ostatecznie zmusić Xanatosa do jeszcze większej bezpośredniości w sprawie wyjebania go stąd. Po tym, jak jego sylwetka w Mocy się znacznie zmieniła i skrzywiła, domyśliłam się, że otworzył oczy i na razie pozwolił sobie na wynurzenie się ze zbawiennej mocy medytacji.
Początkowo próbowałam utrzymać swój stan, ale gdy on nie był dla mnie już silnym punktem oparcia, również pozwoliłam sobie na uniesienie powiek i przyjrzenie się sytuacji swoimi normalnymi zmysłami.
- Czego nie rozumiesz w prostym przekazie “przeszkadzasz”? – warczał już Xan, opierając dłonie na kolanach, kiedy drapieżnie, niczym głodny gargulec, pochylał się z łóżka ku Amaranthowi. Wyglądał jak zgarbiony padlinożerny ptak nad zdechłym truchłem, tym bardziej przez ten artystycznie skrzywiony nos i podrygujące od nagłości jego ruchów włosy, na kształt nastroszonych piórek. – Uczymy się z Yeshą. Nie jesteś tu do niczego potrzebny, a więc zbędny.
Na sam koniec prychnął z oburzeniem, powracając dumnie do wyprostowanej postawy. Spoglądał na Amarantha z góry kątem oka, przekonany, że teraz futrzasty na pewno sobie pójdzie.
- Nigdzie się nie wybieram – oznajmił on jednak zamiast tego, kładąc teraz głowę na posłaniu pomiędzy nami, choć zdecydowanie bliżej moich nóg. Czułam na lewym piszczelu ciepły oddech wydobywający się rytmicznie z jego wielkiego, czarnego nosa, a prawe kolano było już częściowo przykryte rozlewającą się falą bujnej, szarawo-brązowej sierści. Wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę jego obecność nie będzie mi w niczym zawadzała. Amaranth nie od dzisiaj kładł się obok mnie kiedy i gdzie tylko mógł, przyzwyczajając mnie do siebie w niemal każdym momencie dnia. Czasem nawet jego miarowe oddychanie oraz ciepło, jakie roztaczał, pozwało mi lepiej zebrać myśli. – Przeszedłem całą plażę wzdłuż i wszerz, zamoczyłem futro w niemal każdej fali, jaką widziałem, a potem wysuszyłem się na słoneczku i teraz pragnę sobie tutaj odpocząć. Nic, a szczególnie ty, mi w tym nie przeszkodzi.
Musnął mnie konspiracyjnie tym nochalem po dłoni, kiedy unosił z powrotem głowę, aby znów odsunąć się od łóżka. Zrobił to jednak jedynie po to, żeby łatwiej było mu się oprzeć łapami o jego brzeg. I choć ostatnie zdanie było jasną deklaracją, to mimo wszystko spojrzał na mnie pytająco, czy ja wyrażam zgodę, aby tu wskoczył.
Chyba dopiero zdał sobie sprawę, że ma gdzieś, czy będzie przeszkadzał Xanowi, ale czy mi to już nie.
Mistrz wydobył z siebie kolejny niezadowolony warkot, sięgając już rękami ku wielkiej piersi Amarantha, aby zepchnąć go z łóżka.
- Chuj mnie obchodzi twój cholernie mało produktywny dzień – gderał, siłując się już z psem. Brwi miał tak mocno ściągnięte, że pod odpowiednim kątem wyglądały, jakby stanowiły jedność. – Ta willa jest wielka jak mój chuj, idź sobie znajdź jakiekolwiek inne kurwa łóżko albo odwiedź Kimi, która jako jedyna cię tu lubi.
Tego było już Amciowi za wiele, o czym jasno dał znać najpierw niewerbalnie – położył płasko złamane uszka po sobie, zniżył łeb bliżej linii barków, gotując napięte mięśnie do skoku oraz uniósł wysoko w gniewnym grymasie ciemne wargi, marszcząc przy tym mocno nos. Później doszła do tego głośna komunikacja werbalna, gdy warknął z głębi krtani, a właściwie kurwa chyba z głębi gardła, brzucha i przepony, jeśli takową posiadał, bo grzmot, jaki się rozległ, przypominał jebnięcie gromu podczas bardzo silnej burzy letniej.
Amaranth znowu wyglądał jak jakieś wcielenie demonicznego wysłannika piekieł, świecąc jeszcze przy tym jakimś drapieżnym blaskiem ze środka czarnych jak szatan oczu. Jedynym, czego brakowało w jego wizerunku, był drugi rząd wystających, ostrych zębów, którego Xanowi nie pokazał. Bardzo mnie to zdziwiło, bo niemal zawsze była widoczna ta jego rekinia cecha, czy to się uśmiechał, czy warczał, a teraz przydałaby mu się jak nigdy wcześniej, tym bardziej na Xanatosa.
- Nie dotykaj mnie – wycharczał powoli, niemalże literując to zdanie, a zakończył je ostrzegawczym, niebieskim liźnięciem po zmarszczonym nosie. – Wyjdę tylko i wyłącznie dlatego, że Yesha mnie tu teraz nie chce.
Nawet na mnie nie popatrzył drugi raz. Jego wzrok skupiony był w ciemnym granacie spojrzenia mojego Mistrza, który teraz toczył z nim bój na silną wolę a nie siłę fizyczną. Widziałam, że Xan wcale nie był Amaranthowi dłużny i gdyby tylko posiadał swoją zwierzęcą formę, koniuszek jego długiego ogona drgał by szaleńczo dookoła, jego własne uszy także znajdowałyby się płasko na czaszce, a wargi groziłyby osobistą gamą ostrego uzębienia. Nie wspominając o oczach, które już teraz krzyczały niebezpieczeństwem na kilometry.
- Zanim zaczęliście się zjadać, chciałam tylko napomknąć, że jego obecność w niczym by mi nie przeszkadzała – mruknęłam, wchodząc pomiędzy te dwie krwiożercze aury. Xan już nie dotykał piersi Amarantha, który wciąż stał na sztywnych, opartych o łóżko łapach, nieco go przez to przewyższając. Jego grzbiet był napięty jak struna, a ogon tworzył z resztą ciała idealny łuk, gdy władczo unosił się wysoko.
Dopiero teraz zwróciłam na siebie ich uwagę. Xan ostrożnie przeniósł spojrzenie z rywala na mnie, jakby nie ufał sobie, że decyzja o spuszczaniu wzroku z wroga jest słuszna. Amaranth uczynił to samo, opornie kierując głowę w moją stronę.
- Będzie cię rozpraszał, a już i tak naruszył nam moment – protestował Xan, spuszczając z tonu warkot, a dopuszczając do niego racjonalność i niechęć.
Spoglądałam chwilę w głębię jego oczu, otoczoną woalką czarnych włosów przy skroniach, a następnie ulokowałam spojrzenie w Amarancie. Sięgnęłam ku niemu dłonią, aby zatopić ją w długim, miękkim futrze przy boku pyska. Czułam, jak pod moim dotykiem delikatnie się odpręża, a w Mocy dostrzegłam jego konflikt pomiędzy chęcią poddania się tej przyjemności a zachowaniem sztywnej postawy.
- Nie będzie, gdyby tak łatwo mnie rozpraszał, nie byłabym w stanie w ciągu dnia wykonać większości zadań – mruknęłam, uśmiechając się lekko, gdy dojrzałam w oczach Amcia iskierkę radości. – Właściwie to jego obecność może mi trochę pomóc.
Xanatos nie potrafił w to uwierzyć. Wezbrało w nim uczucie bycia niespodziewanie zdradzonym, jeszcze bez zrozumienia, że na takim właśnie podłożu.
- Cały ten pokaz siły był zupełnie niepotrzebny, ale najwyraźniej wy, samce, musicie czasem obsikać teren – prychnęłam, zabierając tym samym rękę od Amcia, aby nie myślał sobie, że go głaszczę z pochwały za to, co zrobił. – Dobrze, że to tylko w przenośni.
Xan znowu patrzył na Amarantha, teraz z wyraźnym grymasem dezaprobaty i wkurwu, jakby zetknął się z jakąś niższą formą życia. Przypominał mi w tej chwili Kai, która zawsze spoglądała tak na niego.
- Jeśli chodzi o kundla, to nie wiem, czy to tylko przenośnia – prychnął, odsuwając się trochę, aby zrobić miejsce dla Amcia pomiędzy nami i maksymalnie zwiększyć swój dystans od niego.
Futrzasty pokazał mu długi, niebieski język, kiedy wzięłam jego stronę, a teraz znowu zerknął na niego gniewnie.
- Ja, w przeciwieństwie do ciebie, kiedy jesteś pijany, umiem trafiać do klozetu – odprychnął, pakując się na łóżko. Jego wielka masa ciała legła ciężko, wzbudzając sprężyny w materacu do lekkich fal. Kupa futra rozlała się dookoła, przykrywając moje i Xanatosa nogi, nawet pomimo tego, że uciekał od Amcia jak się dało.
- Dobra, zamknijcie się już oboje – warknęłam tymczasem, zajmując ośrodek nerwowy Amarantha przyjemnością wynikającą z drapania za uszami, a Xanatosa tonem swojego głosu. – Możemy kontynuować, Mistrzu.
Wiedziałam, jak podejść jednego i drugiego, mimo że ten drugi był dużo trudniejszy do udobruchania.
Amaranth zachowywał się bezgłośnie, gdy raz po raz go pieściłam, a kojący wpływ jego zadowolenia pomógł mi szybko wrócić do stanu poprzedniego skupienia. Xanowi udało się to pewnie dzięki doświadczeniu, a przynajmniej już nie burczał, najwyraźniej bardzo zadowolony z mojego nieprześmiewczo użytego zwrotu.
W parę chwil później oboje byliśmy znów pogrążeni w pływach Mocy, które obmywały nasze umysły, pozwalając ponownie dostrzec i poczuć więcej. Próbowałam powrócić do poprzednio przerwanego momentu “poszukiwania poczucia sensu”, jednak nie było to tak proste, jak przedstawiał Xan. Głównie dlatego, że nie do końca wiedziałam, czego tak naprawdę mam szukać i jakie to powinno być, więc nie umiałam nawet obrać odpowiedniego kierunku.
Mocy jednak najwyraźniej wcale nie widziało się to, abym miała teraz cokolwiek związanego z sensem odnaleźć, gdyż ponownie coś zaczęło mi to uniemożliwiać.
- Tomer się zbliża – mruknęłam niewyraźnie, lekko machinalnie, jakby przez sen. Byłam pewna, że Xan również był tego świadomy, być może nawet wcześniej ode mnie, ale z jakiegoś powodu musiałam mu to powiedzieć. Parę sekund później moje senne rozkojarzenie było coraz bardziej wymywane przez powrót świadomości. – I jest czymś zaaferowany.
W końcu oboje z Xanatosem straciliśmy nasze skupienie, a ja miałam wręcz wrażenie, że otworzyliśmy oczy niemal w tym samym czasie.
- Zaaferowany? – mlasnął Amcio trochę bełkotliwie. Chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował na rzecz swojego zmęczenia.
- Może znowu znalazł jakieś ustrojstwo, tym razem zakopane w piachu i gładzone przez morskie fale od miesięcy – mruknęłam, próbując znaleźć jakiś powód tego jego rozemocjonowania.
Wcześniej Xan próbował zignorować zbliżającą się obecność Amarantha, ale gdy Tomer był coraz bliżej domu, nie silił się już na utrzymanie koncentracji. Co więcej, na jego drapieżną twarz wstąpił jakiś tajemniczy uśmieszek i rozgościwszy się na ustach nie zwiastował niczego przewidującego.
- Nie, to zdecydowanie inny rodzaj zaaferowania – oznajmił mi, na złość tonem głosu, jakby już w niewyjaśniony sposób coś wiedział. Jakieś kurwa telepatyczne porozumienie ojca z synem czy jak?
Całkowicie już wrzucona w rzeczywistość, zapomniawszy kompletnie o resztkach medytacji na moim umyśle, słyszałam prędkie, acz stanowcze kroki chłopaka najpierw w korytarzu, a potem po schodach.
Czekałam z przejęciem, aż go zobaczę, trochę ignorując obecność dwóch innych samców w pokoju. To chyba wyraźnie świadczyło, że ten jeden ma u mnie szczególną uwagę.
Gdy Tomer stanął w otwartych drzwiach, jego uśmiechniętą twarz przeszył przez chwilę zdumiony szok po zorientowaniu się o obecności Xanatosa w pomieszczeniu. Szybko jednak się ogarnął, przeskakując w sekundę wzrokiem z niego na mnie, co automatycznie wywołało powrót jego zadowolonego uśmiechu sprzed chwili.
Nie musiałam spoglądać na Xana, aby wiedzieć, że również się uśmiecha, bo cała jego aura krzyczała, że bliski jest delikatnego roześmiania się.
Chłopak przestąpił już trochę mniej pewnie progi pokoju, po czym zapytał grzecznie:
- Erm… przeszkadzam?
Mistrzu nie dał mi się nawet zastanowić, czy chcę dalej prowadzić medytację, czy koniecznie już przerwać, bo pewnie i tak wiedział, co bym odpowiedziała. Machnął ręką, zerkając na syna.
- Właściwie już i tak kończyliśmy, bo ktoś wcześniej chamsko się wtrącił – odparł, niebezpośrednio wskazując Amarantha jako złoczyńcę dzisiejszego wieczoru.
- Ah – mruknął chłopak, spoglądając na Xana z lekkim uśmiechem. Postąpił kolejnych parę kroków i stanął mniej więcej na środku pokoju, teraz znów ze srebrną zielenią zamkniętą na mojej twarzy. Obecność Xanatosa chyba go jednak nieco peszyła, gdyż zwlekał z wydobyciem z siebie słów parę sekund za długo. – Bo jest taki ładny, ciepły wieczór i chciałem… myślałem, że może chciałabyś przejść się? Na spacer?
Nie mogłam się nie uśmiechnąć, słysząc to z lekka zakłopotane zaproszenie. Byłam pewna, że gdybyśmy byli tu sami albo przynajmniej tylko z Amaranthem, Tomer wypowiedziałby je w zupełnie inny sposób, a zdecydowanie nie z tak dużej odległości ode mnie.
- Skoro mój Mistrz stwierdził, że medytacja i tak miała już dobiec końca… – odpowiedziałam powoli, przeciągając moment niepewności, który chyba jednak nie do końca mi wyszedł przez ton mojego głosu. – To bardzo chętnie skorzystam z okazji.
Zerknęłam na Xana jednoznacznie. Chciałam go wypędzić z pokoju, bez względu na to, że sami również mieliśmy go zaraz opuścić. Potrzebowałam jeszcze się trochę ogarnąć przed wyjściem, więc nie miałam zamiaru tak z marszu zleźć z łóżka i wyjść na ciepły piach.
- Dziękuję za udaną sesję i pomoc – powiedziałam szczerze, dopiero po chwili dodając do tego uśmiech. – Ale resztę komentarza przekażę ci kiedy indziej.
Xan wzruszył lekko ramionami, przymykając niewinnie powieki.
- Też mam jeszcze coś do powiedzenia, ale niech wam będzie, możemy to przedyskutować później – mruknął, prostując powoli i leniwie plecy.
Zakończenie tego dnia wydawało się prawdziwie intrygujące, choć powoli zaczynałam być tym zmęczona. Na każdym kroku spotykało mnie coś nowego, zupełnie jakby Moc przewidziała dla mnie jakieś przebodźcowanie po którym będę spać trzy dni.
W każdym razie, na Abregado były idealne warunki pogodowe, więc zdarzało nam się już wcześniej tutaj łazić, dlatego zastanawiał mnie ten oficjalny wydźwięk zaproszenia na takowe przechadzanie się po planecie. Czyżby Tomer coś planował? Czy może po prostu wyobrażał sobie całą tę sytuację zupełnie inaczej i Xan mu to zepsuł, dlatego wyszło trochę niespodziewanie?
Nie miałam zielonego pojęcia, ale czułam, że prędko się tego dowiem. Oby tylko naprawdę nie przerósł mnie nadmiar zaskoczeń na dzień dzisiejszy, gdyż jednak moje ciało po pracy z Xanatosem posiadało pewne limity bycia w szoku.
Choć zielono-szary wzrok chłopaka stojącego parę kroków ode mnie mówił mi, że nic nieprzyjemnego mnie w najbliższym czasie nie spotka. Czułam, jak moje usta mimowolnie odpowiadają na to miłym, szczerym uśmiechem, tak rzadko wywoływanym na co dzień.
Co mnie dziś jeszcze czeka, uroczy młodzieńcze?