Leniwe ziewnięcie światła budzącego się po nocy słońca było wyraźnie odczuwalne zapewne w każdym miejscu na planecie. Bladoniebieski, niemrawy świt pachniał chłodem, ale nie surowością. Zimne oddechy powietrza głaskały lazurową taflę zaspanego morza, z ich pomocą coraz chętniejszego do przywitania dnia i korzystania z jego uciech. Barwa wody pod wpływem promieni lśniącej, gorącej gwiazdy zmieniła się z ciemnego, szemrzącego kryształkami odbić światła szafiru w cieplejszą, bardziej turkusową odmianę niebieskiego, a może nawet bliższą zielonemu. Obecność tego, mogłoby się wydawać, że żywego oceanu coraz wyraźniej odznaczała się na tle jasnego, bezchmurnego nieba, uwidaczniając mocną linię dalekiego, szerokiego horyzontu.
O tej porze następowała również zmiana cyrkulacji powietrza, kiedy to warta nocnej bryzy wiejącej znad lądu ustępowała miejsca bryzie dziennej, pędzącej już gwałtowniej znad morza. Zimne, nierytmiczne podmuchy kąsającego odkrytą skórę wiatru, tego samego, który podburzał fale, aż zaczęły tworzyć się szumiące, wysokie białe bałwany, rozwichrzyły mi rozpuszczone, czarne włosy, często przesłaniając moje pole widzenia własnymi kosmykami. Obserwowałam w milczeniu, jak morze rozbestwiało się już do końca. Fale uderzały gwałtownie o brzeg z głośnym jękiem, łapczywie pochłaniając wraz z piaskiem moje stopy, kostki i łydki. Mokry, miałki piach usuwał mi się delikatnie spod palców, zagrzebując mnie głębiej w swej miękkiej pułapce. Tym samym ledwo wyczuwalnie pchał mnie coraz dalej w kierunku powracających fal, zupełnie jakby chciał wydać mnie morzu jak zakładnika lub jakiś haracz.
Coś w surowości i pierwotności tej naturalnej harmonii morza, wiatru, piasku i fal hipnotyzowało i przyciągało mój zaintrygowany umysł. Już po krótkiej chwili pragnęłam zostać pochłonięta przez ten pięknie niebiesko-zielony ocean, poznać jego skryte myśli, jeśli jakieś posiadał, zaszyfrowane w szumie. Przymknęłam powieki, wypuszczając z płuc pojedynczy, cięższy oddech, za którym nastąpiła gama już lżejszych. Na zmianę zaciskałam i rozluźniałam pięści, oddając do atmosfery zbierające się w mych mięśniach napięcie, a gdy ponownie otworzyłam oczy, byłam już zdecydowana.
A co mi szkodzi.
Nim się obejrzałam, ponownie stałam na brzegu, z tym, że teraz rozebrana do samej bielizny, zwarta i gotowa skorzystać z zaproszenia morza do wspólnej kąpieli.
Wchodziłam powoli w następujące po sobie regularnie fale, nigdzie się nie spiesząc. Dopiero, kiedy poczułam niezbyt ciepły pocałunek wody na udach, zaczęłam w głębi żałować, że nie miałam stroju. Z drugiej strony nie mogłam się po niego wrócić, bo wiedziałam, że wtedy urok chwili minąłby bezpowrotnie, a do tego obudziłabym pewnie śpiących chłopaków. Tak mogłam liczyć na chwilę samotności, prywatności z własnymi myślami oraz działaniami. Przy Xanie przecież nigdy nie mogłam czuć się w pełni swobodnie, gdyż on rzadko odmawiał sobie zapewne możliwości przejrzenia moich zamiarów.
Wciągnęłam do płuc obezwładniający, rześki zapach morskiej, słonej bryzy, pomieszanej z charakterystyczną wonią powietrza o poranku. Gdy tylko receptory w moim nosie przekazały informacje o przyjemności do mózgu, zapachy te zostały wchłonięte we mnie głębiej, regulując moje wewnętrzne sensory. Miałam wrażenie, że to dopiero pierwszy etap jakiegoś zabiegu niemalże odnowy biologicznej, bo wiedziałam, że kluczową rolę w tym wszystkim odegra woda.
Większa fala właśnie podmyła mnie aż do podbrzusza, teraz nieodwracalnie już zmuszając mnie tylko i wyłącznie do poruszania się naprzód. Morze liznęło mnie już wystarczająco wysoko, więc nie było mowy o jakimkolwiek wycofaniu się na tym etapie. W chwili przypływu pozwoliłam dłoniom również się zamoczyć, co mimowolnie wywołało lekki uśmiech na mojej twarzy.
Szłam dalej, dając się z własnej woli pożerać morzu. Fale coraz śmielej moczyły kolejne fragmenty mojego ciała, obmywając mnie wodą o temperaturze niższej tylko o parę stopni, niż bym wolała. Klimat Abregado-rae nie pozwalał oceanowi się wyziębić, dzięki czemu kąpiel w tych wodach przypominała prysznic, który z założenia miał być zimnym, jednak po krótkim namyśle stał się kompromisem pomiędzy zimnym, a znośnym. Morze oddawało ciepło wolniej od lądu, dlatego na wieczór zawsze było najprzyjemniejsze, jednak po nocy znów robiło się chłodnawe. Znalazłam się w momencie, w którym woda co prawda nie była najzimniejsza po nocy, ale jednocześnie nie zdążyła jeszcze złapać ciepłych promieni słońca, które mimo wszystko w ciągu dnia było zdolne podwyższyć o nieco jej temperaturę. W efekcie kąpiel o tej porze nie narażała ciała na spotkanie z nieprzyjemnym, obezwładniającym chłodem, ale zapewniała orzeźwienie, idealne, jeśli ktoś chciał się rozbudzić.
Osobiście nie stroniłam szczególnie awersyjnie od zimnych kropel, dlatego dla mnie mogłoby być teraz nawet odrobinę chłodniej. Czasem zimny prysznic zdawał lepszy egzamin niż ciepły, choć z drugiej strony, były momenty, gdy nic nie było w stanie poprawić sytuacji tak jak struga gorącej, rozluźniającej wody. Jednym słowem, temperatura w sumie była idealna, dlatego przeczuwałam już udane spotkanie z naturą.
Czułam, jak idąc, utworzone na dnie przez fale wydmy z piachu rozstępują się pod ciężarem mych kroków, z każdym kolejnym powodując moje zapadnięcie się głębiej w morze. Samoistna siła prądu utworzonego bardziej przez wiatr niż przez wewnętrzne reguły oceanów i mórz pchała mnie niestrudzenie w kierunku plaży, ale ja odpowiadałam swoją siłą, napierając na niego i pokonując z pluskiem kolejne bariery. Palcami dłoni rozrywałam szemrzącą taflę po moich bokach, pozostawiając za sobą zapewne trzy spiczaste trójkąty śladów wędrówki w morze, zamiast jednego.
Spoglądałam w czasie tego marszu przymrużonymi oczami w kierunku słońca, obserwując lśniące, ruchome odbicia światła na powierzchni fal, daleko przede mną. Wyglądało to przepięknie, jak oglądanie mieniącego się z każdym ruchem wnętrza kryształu, którego spektakl gry świateł nigdy nie nudził. Uwielbiałam to bogactwo kolorów na Abregado, których nigdy nie brakowało, niezależnie od pory dnia i nocy. Ten świt, który już zdecydowanie postarzał się do wczesnego poranku, był równie zdumiewający swym zapierającym dech w piersiach pięknem, co zachód słońca, który miałam okazję oglądać z Tomerem. Coraz bardziej podobało mi się na tym skrawku galaktyki, ale czułam, że nigdy nie zapuszczę tu korzeni.
O ile gdziekolwiek byłabym w stanie to zrobić.
Co nie wykluczało postawienia tu kiedyś niewielkiej chawiry, do której mogłabym z radością wracać, gdy na nowo byłby mi potrzebny kontakt z naturą.
Niesamowita również była ta wszechogarniająca cisza, przecinana jedynie szeptem fal. Słychać było także mój powolny morski marsz, ale to w niczym nie przeszkadzało. Czułam się, jakbym była osamotniona na całej planecie, jedynie połączenie z Mocą uzmysłowiało mi, że wcale tak nie jest.
Krótką dozę przemyśleń zagłuszyło mi uderzenie fali prosto w pierś, aż poczułam kropelki wody wysoko na twarzy. Odetchnęłam głośniej, jakby dzięki temu miałoby zrobić mi się trochę cieplej, a zaraz uśmiechnęłam się szeroko. Morze zaczepiało mnie bezwstydnie, jeszcze bardziej do siebie przyciągając. Choć zaskoczenie nagłą falą wywołało we mnie odrobinę zawahania w kroku, teraz nawet przyspieszyłam.
Właściwie posłałam ostatnie spojrzenie ku pięknej emanacji świateł na wodzie, po czym zanurkowałam z głośnym pluskiem, przemierzając płycizny jak wystrzelony pocisk energetyczny z blastera. Wynurzyłam się dopiero po chwili, jednak wciąż było tu zbyt płytko na swobodne pływanie. Resztę niskiego poziomu wody zatem pokonałam spowolnionym przez opór cieczy biegiem, nie kontrolując już zadowolonego uśmiechu, który przykleił mi się do twarzy, gdy tylko cała się zanurzyłam. Włosy przywierały mi do pleców, ramion i czoła, a także policzków przy kącikach oczu, często znowu utrudniając mi widzenie. Przestałam już żałować braku kostiumu, ale za to pragnęłam dostać w tym momencie jedną jedyną gumeczkę do włosów, co by cały ten mokry kashyyykański busz włosia zabrać sobie z równie wilgotnego już ciała.
Na szczęście problem sam zniknął, gdy tylko znów zanurkowałam. Udało mi się znaleźć odpowiednią dla siebie głębokość, gdzie nie byłam zmuszona podkurczać nóg pod brzuch, aby móc zamoczyć ramiona. Otwarte morze wołało mnie, abym kierowała się niestrudzenie na oddalony horyzont, ale nie mogłam posłuchać tego syreniego śpiewu.
Płaszcz chłodnej wody obejmował mnie ciasno od pierwszej chwili pełnego zanurzenia. Jego obecność pozwalała się odprężyć, rozluźnić spięte mięśnie i wygładzić zmarszczki na tafli Mocy dookoła mnie. Byłam ich świadoma, gdyż nie opuszczały mojej aury od paru dni.
Aż zaskoczyło mnie, jak sprawnie i szybko poradziło sobie z tym morze. Jakby zalało nie tyle mą cielesną powłokę, co i cały umysł, wymywając z niego wszelkie zbędne, zamartwiające mnie niepotrzebnie śmieci, dzięki czemu na nowo mogłam skupić się na rzeczach ważniejszych i tym samym wygładzić zmartwienia towarzyszącej mi Mocy.
Przecinając taflę oceanu pewnymi, silnymi ruchami ramion, gdy płynęłam, dostarczając ciału potrzebny mu z rana wysiłek fizyczny, powoli jednak mój umysł odklejał się od bańki bezpieczeństwa, ignorującej fusy rzeczywistości. Dążył do analizy ostatniego czasu, który go męczył na tyle, że doprowadził aż do lekkiego zaburzenia w swobodności Mocy.
Xanatos właściwie dotrzymał słowa i faktycznie przestał wychodzić z domu. Nawet rzadko pił, a jeśli już, to też na terenie willi, będąc całkowicie pod naszą kontrolą i jurysdykcją. Mogłam siedzieć z nim, pilnując, żeby nie odkurwiał głupot albo przynajmniej w trybie ekspresowym wpierdolić go do jego pokoju i łóżka, gdzie już nikomu nie groziła jakakolwiek krzywda z jego strony.
Taki tymczasowy areszt domowy, jaki w sumie sam na siebie nałożył, mimowolnie spowodował, że spędzał z nami dużo więcej czasu. Zarówno z Orciem, jak i Kai, a nawet Stevem, a gdy nie było mnie w pobliżu, wiedziałam, że przesiaduje także z Tomerem, w końcu poświęcając mu jakąś uwagę. Zaczął żyć nieco jak pan domu, za którego od bardzo dawna nieusuwalnie się uważał.
Ze mną czas spędzał głównie na treningach. Ranek zawsze poświęcaliśmy medytacji, a jeśli akurat miał kaca, wpierdalałam mu się do pokoju i bezwzględnie budziłam go kopniakiem, który wywalał go z łóżka. Często spotkanie z podłogą ubarwiało jego zaczerwienioną mordę kolejnymi sińcami, tworząc mu na twarzy szeroką paletę ciepło-zimnych kolorów.
Później jednak z niewielkim ociąganiem zaczynaliśmy medytacyjny rytuał, jak mogłabym to nazwać. Xan poszukiwał w tym upragnionej odpowiedzi, czym niesnaski Mocy z galaktyką i całym kosmosem objawiały się dla niego, co w jego kwestii stanowiły oraz jakie działania w związku z nimi powinien podjąć. Jednak każdego kolejnego dnia nie zbliżał się ani o krok do uzyskania odpowiedzi.
Po każdej skończonej sesji przez chwilę emanował irytacją, czasem nawet niecierpliwością, ale potem często przeczesywał włosy palcami, mruczał coś niezrozumiałego i pytał o moje postępy. Ja, jako niezaangażowana bezpośrednio w to, co chciała lub nie chciała właśnie przekazać mu Moc, medytacje spędzałam na tym, o co Xan zawsze suszył mi łeb, czyli umacnianiu swojego połączenia z moimi nadprzyrodzonymi talentami, a bardziej z tą siłą spajającą całą galaktykę. Nie mogłam zaprzeczyć, że odczuwałam wyraźną poprawę choćby w czasie, jaki potrzebowałam na skupienie się w sytuacji awaryjnej bądź rozszerzeniu zmysłów w przestrzeni. Ilość sekund zdecydowanie uległa zmniejszeniu, a pole powierzchni mojej percepcji – powiększeniu. Również lepiej przenikałam otaczające mnie organizmy, a dostęp do słabych umysłów stawał się niemal namacalny, gdy Moc sama namierzała i pokazywała mi ewentualne ofiary, które mogłabym wykorzystać w chwili zagrożenia czy jakiejkolwiek innej.
Było to zapewne zasługą poprawienia samej metody medytacji, ale też… mogłam dać sobie rękę uciąć, że dzięki obecności Xana. Czerpałam z jego siły, otaczającej go w czasie skupienia mniej ciasno i mniej zachłannie. Podpinałam się pod jego czucie, pozwalając sobie na rozbudowywanie perspektywy, przestrzeni dookoła i ubarwianie zmysłów nowymi bodźcami. Oczywiście Xan o tym wiedział i pozwalał mi na to, jednocześnie trenując mnie, nie mrugając przy tym nawet jednym orzęsionym bujnie ciemnym okiem. Początkowo oczekiwałam, że będę odczuwać poprawę jedynie w czasie medytacji i tylko w obecności Mistrza, ale Moc nie miała zwyczaju powracania pamięcią do poprzedniego kształtu, a rozwijała się razem ze mną. Inaczej mówiąc, to, co udawało mi się osiągnąć w trakcie sesji z Xanem, po zakończeniu jej i oddzieleniu się od jego prądów, było tylko nieznacznie ograniczone.
Nowe pokłady siły obudziły we mnie pomruki czegoś innego… Przypomniała mi się noc sprzed paru tygodni w kuchni z Xanem, kiedy ofiarował mi poczucie wszechogarniającej potęgi, która jego samego rozsadzała od wewnątrz i była tylko jakimś procentem od całości. Coraz częściej mój umysł powracał do tego wspomnienia, łakomy na ponowne pocałunki upajającej siły.
Wiedziałam, że to szepty Ciemnej Strony, jej kuszące muśnięcia miękkich jak błyszczojedwab obietnic o nieskończonej energii. Pragnęłam dać porwać się jej prądowi, oddać swe emocje, aby mogła rozpalić mnie w walce, na treningach, w życiu na co dzień.
Jednocześnie czułam, jak napierające na umysł pragnienia w krótkim odstępie czasu okażą się jedynie moją zgubą. Xanatos póki co nic o tym mi nie wspominał, a ja nie chciałam w pełni i całkowicie na nim polegać. Musiałam również samodzielnie potrafić stawić czoła takim podszeptom, które nie zapewniłyby mi zwycięstwa, a koniec.
I tak byłam już zadeklarowana Ciemnej Stronie, ale to nie oznaczało, że miałam pozwolić jej się pożreć, kiedy tylko wyczuła stosowną okazję do kuszenia mnie jak małe dziecko. Owszem, nie byłam również dorosła, ale obserwowałam mojego, już nazwijmy go tak, dorosłego Mistrza, który potrafił odpychać zgubne macki ciemnej energii. Wykorzystywał je dla siebie, nie dając im pożreć się całego. Nie mogłam bowiem wierzyć w to, że jakiejś jego części już sobie nie zagrabiły.
Xan tak śmiało i często sięgał po Ciemną Stronę, że musiała wyrządzić mu już wiele szkód. A jednak trzymał się dobrze i czułam, jak ma pod kontrolą cały ten szalejący w nim cyklon pełny chaosu emocji, uczuć oraz pragnień.
Jednocześnie dzięki niemu wstąpiłam na ścieżki niebezpiecznej strony Mocy oraz tak samo z jego zasług pilnowałam się, aby na nich nie zabłądzić.
W końcu był moim Mistrzem.
Nurkując głęboko w oceanie, którego bardziej ukierunkowane prądy zaczęły spychać mnie w jego inne części, zaczęłam rozumieć, co wzbudzało we mnie tyle niepokoju ostatnimi czasy. Na pewno kuszenie Ciemnej Strony sprawiało, że moje napięcie znacznie wzrosło, nie pozwalając mi się rozluźnić w obawie, że wpuszczę do siebie siły, których wcale jeszcze nie chciałam u siebie zadomawiać. To, że pragnęłam potęgi nie znaczyło, że rzucę się na nią jak idiotka w najbliższym możliwym momencie.
Być może to pierwsze szkolenie na Jedi pomagało mi w tej wstrzemięźliwości, ale ja sądziłam, że to raczej wynikało z wiedzy, którą posiadłam.
Na sukces i prawdziwą siłę tak czy siak trzeba było zapracować samemu. Wtedy czuło się porządne fundamenty w czasie jakichkolwiek działań. Gdybym pozwoliła, aby Ciemna Strona odjebała wszystko za mnie, nie tylko znikłabym ja jako ja, ale po wszystkim zostałabym z niczym albo całkiem bym zginęła. Oczywiście, zamierzałam z niej korzystać, uczyć się jej, rosnąć dzięki niej w siłę, sycić ją moimi uczuciami. Powiadają, że przejście na Ciemną Stronę to droga na skróty i w pewnych kwestiach była to prawda, bo niektóre rzeczy definitywnie umożliwiała osiągnąć w dużo prostszy sposób, ale własna wewnętrzna walka, aby posiadać wszystko pod kontrolą, wcale nie była niczym łatwym.
Xan uczył mnie, że Moc ma być dla mnie narzędziem, które trzeba kierować wedle własnych zamiarów, nie jej, i należało ją dobrze ukierunkować. To była ta trudność, z którą powoli zaczynałam się coraz bardziej borykać i która w większym stopniu przyczyniła się do powstania zmarszczek w powierzchni Mocy dookoła mnie, które odkryłam już wcześniej.
Z drugiej strony, abstynencja Xana trwała już niemal abregadański tydzień, który od standardowego niemal się nie różnił. Pomiędzy jego sporadycznymi upitymi wieczorami, wszystko było takie… ułożone. Cieszyłam się, że był w domu, że się nie szlajał i nie bił z kim popadnie, przejebywując kredyty w kasynie albo na dziwkarskie uciechy, ale z drugiej strony za bardzo się zadomowił w willi. Z dzikiego, nieprzewidywalnego kocura skurczył się do rozmiarów dachowca, miejscowego kociego podrywacza.
Dodatkowo, do całego tego systemu naszych ćwiczeń zaczęła wkradać się znienawidzona przeze mnie monotonia, a może nawet i rutyna. Nie wyobrażałam sobie, aby każdy dzień miał wyglądać tak samo, abym dokładnie wiedziała, co mam o jakiej porze robić.
Sama decydowałam o tym, jak chcę poprowadzić mój dzień, nie było zatem mowy, by jakakolwiek rutyna miała mi to dyktować.
Prawdopodobnie dlatego dziś obudziłam się wcześniej niż zwykle i coś kazało mi wyjść z łóżka, zanim jeszcze przegoniłam z kącików oczu resztki snu. Stopy, gdy tylko poczuły piasek, same zaprowadziły mnie nad brzeg, a dalej wszystko potoczyło się samo.
Nurkowałam właśnie kolejny raz dzisiaj, już całkowicie rozgrzana, rozluźniona i zdrowo zmęczona, gdy do mojej świadomości zaczęły przebijać się znane mi osobowości. Moje ciało miało ochotę na dalsze pluskanie się w przyjemniej, już teraz zdecydowanie cieplejszej wodzie, podczas gdy wścibskie chłopaki postanowiły urządzić sobie widownię na brzegu.
Wiedziałam, że pierwszy wypatrzył mnie Xan, a gdy się zatrzymał, za nim wzrokiem pochwycił mnie Amaranth i w końcu Tomer. Mój Mistrz krzyczał coś z oddali, ale ja celowo nie pomogłam sobie Mocą, aby to usłyszeć. Jednak dopiero teraz zauważyłam, jak daleko odpłynęłam.
Słońce zdążyło rozbudzić się na dobre, ogrzewając planetę cieplutkimi, wczesnymi jednak mimo wszystko promieniami. Sceneria nad horyzontem uległa niewielkiej zmianie, kiedy to niebo nabrało intensywności w niebieskim kolorze, a feeria świateł na powierzchni morskich fal z wyłącznie białych przerodziła się w nieco cieplejsze, zyskawszy parę złotych przebłysków gorącej gwiazdy.
Nie czułam dna pod stopami, a fale tak daleko od brzegu jedynie wprowadzały moje ciało w lekkie wahanie się w przód i w tył. Prąd ściągał mnie ku otwartemu oceanowi, ale potrafiłam się mu przeciwstawić.
Skoro już te śpiochy wstały i zaburzyły mój wewnętrzny spokój, dalsze rozkoszowanie się kąpielą nie miałoby istnienia. Zaczęłam płynąć zatem w ich stronę, zapewne tym samym przekonując Xana, że to właśnie jego niedocierające do mnie krzyki sprowadzały mnie do nich.
Niech sobie myślał co chciał, póki mógł. Trzeba było jednak złapać go za ten kudłaty łeb i przypomnieć, że nie tylko on miał decydujące zdanie w kwestii naszych zajęć.
Dziś narodzona niedawno monotonia miała zginąć z kretesem, a ja zamierzałam być jej bezwzględnym katem.
W końcu dotarłam na płycizny, gdzie mogłam już spokojnie maszerować do chłopaków, zamiast płynąć. Opór wody znów spowalniał moje kroki, przez co musiały być nieco większe, co wyglądało, jakbym przemierzała dno z kilowymi kulami przytwierdzonymi łańcuchem do kostek. Tym samym wzbudzałam dookoła siebie większe fale, które i tak już obmywały mnie od tyłu energiczniej, nieustępliwie mocząc mi plecy.
Teraz zaczęłam się nieco wstydzić, że byłam w samej bieliźnie, ale na moje szczęście była czarna. Liczyłam na jakąkolwiek przyzwoitość ze strony tych starszych osobników, że nie będą się gapić jak jastrzębionietoperze w larwy ciem zamieszkujących Coruscant.
Gdy byłam już na brzegu, a silniejsze uderzenie wiatru owiało mnie całą, poczułam kąsające, a nawet nieco szczypiące zimno, przez które naprawdę trudno było mi stłumić wzdrygnięcie się. Gęsiej skórki jednak nie potrafiłam powstrzymać, ale nie owinęłam się ramionami. W sumie i tak na niewiele by mi się to teraz zdało, a bez wiatru było bardzo znośnie.
- Nie patrz, synu – powiedział z uśmieszkiem Xan, dla żartu zasłaniając Tomerowi wielką dłonią oczy, kiedy się do nich zbliżałam. Stali jak te sępy nad moimi pozostawionymi na piasku ubraniami, nie siląc się nawet, aby podnieść mi chociaż bluzkę.
Prychnęłam w jego stronę, nieprzejęta żarcikiem.
- Jakby nie widział – mruknęłam, a po chwili uśmiechnęłam się tajemniczo do Tomera, skoro Xan z zaskoczenia moją odpowiedzią opuścił rękę znad jego twarzy.
Oczy Mistrza wyrażały czyste zdumienie, zupełnie jak i mimika, która spowodowała lekkie uchylenie się ust w niemym szoku.
- Chyba jednak rozdzielę wam ten pokój – burknął, krzyżując ramiona na piersi, prostując przy tym plecy. Zawsze go to wydłużało, przez co miałam wrażenie, że był wyższy niż naprawdę. Lubił stosować tę postawę, aby mi przypomnieć, kto tu w tej relacji był górą, jednak tym razem nie dałam się jej kupić.
- Spokojnie, mają przyzwoitkę – dorzucił Amaranth, o dziwo przybywszy tu w postaci człowieka. Może robili razem coś rano i nie chciało mu się zmienić, w sumie chuj ich tam wiedział. Jego uśmieszek był równie wredny jak Xana sprzed chwili.
Ah ta włochata pała, na wszystkich musiał mieć wpływ.
- Tobie to ja tam nie ufam – rzucił w jego stronę Xan, aż samotny kosmyk włosów zatańczył mu w powietrzu, by ponownie osiąść z gracją na jego ramieniu. Mistrz spojrzał na mnie, przybijając mnie do ziemi swoim spojrzeniem, ale przeniosłam własne na swojego chłopaka.
- Zamiast się drzeć z samego rana, to byście mi ręcznik przynieśli – powiedziałam z wyrzutem, wycierając sobie twarz w bluzkę Tomera, w której spałam. – Skoro już spostrzegawczo zauważyliście, gdzie zniknęłam.
W tym momencie zza pleców chłopaka wyłonił się gruby, ciepły ręcznik, którym uwielbiałam się wycierać z racji jego przyjemnie granatowego koloru oraz zajebistego wchłaniania.
- Właśnie po to tu przyszedłem – odparł spokojnie, uśmiechając się do mnie na wpół łobuzersko, na wpół niewinnie.
Tak, Xan musiał mieć kurwa wpływ na wszystkich dookoła. Dobrze znałam ten przymilny uśmieszek, tylko w wykonaniu Tomera był nieco słodszy dzięki malutkim dołeczkom przy jego kącikach ust.
Nawet ta blizna nie odbierała mu uroku.
Odwzajemniłam uśmiech, biorąc od niego ręcznik. Zanim się nim ciasno owinęłam, typowo na złość Xanowi pocałowałam Tomera w podzięce za myślenie o moich potrzebach.
- Yesha, nieco ogłady, ubrałabyś coś chociaż na siebie zanim zaczniesz go całować! – jęknął Xan, a Moc przy nim aż krzyczała chęcią rozdzielenia nas na odległość przynajmniej kilometra. Dopiero wtedy przewiązałam się ręcznikiem tak, że widoczne miałam jedynie nogi i wszystko ponad pachami.
- Nie żeby coś, Xan, ale ogłady to ty akurat nie masz prawa mnie uczyć – prychnęłam, ale z uśmieszkiem, posyłając mu niejednoznaczne sygnały w Mocy. Zaraz skopiowałam jego gest i także skrzyżowałam ramiona na piersi, przyglądając mu się badawczo.
Biliśmy się tak na spojrzenia, oboje zbyt uparci, aby ustąpić. Miałam wrażenie, że w pewnym momencie aż parę błyskawic odłączyło się od linii naszych połączonych wzroków.
- Co? – zapytał się w końcu, zbyt niecierpliwy, aby stać tak dalej. Albo zbyt ciekawski.
Uśmiechnęłam się z triumfem, ale ten wyraz na mej twarzy prędko ustąpił kolejnemu, pełnemu surowości. Dźgnęłam go palcem w pierś, sondując poprzez Moc.
- Jesteś gotowy? – zapytałam z najczystszą oczywistością w głosie, na jaką było mnie stać. Miałam w sobie mnóstwo pewności siebie, gdyż czekało mnie dość ważne zadanie.
Wyraźnie zbiłam go tym pytaniem z tropu, ale Xan trzymał się twardo, odnajdując teraz swoją pewność siebie, zamierzającą przynieść koniec jego dalszym porażkom, które potencjalnie mogły pojawić się w kolejnych sekundach przez moją obecność i dziwne sprawdzanie go.
- Na co? – zapytał podejrzliwie, nieumiejętnie skrywając nutki ciekawości w głosie.
Nawet Tomer wydawał się być zaintrygowany moim zachowaniem.
Posłałam Mistrzowi uśmiech, z zalążkami zjadliwości przy jednym kąciku ust, czego nauczyłam się od niego. W końcu miał obezwładniający wpływ na nas wszystkich.
- Na trening.