Obiecująco zapowiadający się, czarnowłosy młodzieniec, został uwieczniony w majestatycznej, porywającej niewieście serca i zapierającej dech w piersiach tchórzliwych wymoczków, niedoścignionej scenie. Chwała, triumf, duma i uprzedzenie – do wszystkich, którzy nie dostrzegali tych cnót – biła z fotografii jak wypuszczone na wolność z elektropałki groźne wyładowania.
Nawet gdybym nie widziała na poprzednich zdjęciach, jak wyglądał mój Mistrz jako dziecko, to zwyczajnie, po prostu znając jego uaktualnioną do dzisiaj wersję, nie można byłoby pomylić go tu z nikim innym. Włosie w powiewie letniego wiatru, czyste uwielbienie siebie i pogarda form niższych wymalowane na twarzy niczym spod pędzla najwybitniej uzdolnionych artystów Naboo, do kompletu wypięty wprzód cyc i przede wszystkim fakt, że dosiadał jakieś dostojne, duże zwierzę, czyli jak zwykle ciemiężył swą osobą inną istotę, zrzucając na nią niemożliwy do zbagatelizowania ciężar.
Dobrze wiem, jak to jest nosić go na swoim grzbiecie… kutasie.
Mimowolnie myśląc to zerknęłam gniewnie w stronę Xanatosa, ale on chyba nawet nie odczuł ukłucia moich chłodnych oczu na swoim ciele.
Jednak całkowicie bez wątpienia na tej holofotce był właśnie mój nieustraszony Mistrz, tym bardziej, że sam siebie rozpoznał i od razu się przyznał.
- O mój chuju, ile to zdjęcie ma lat! – zaaferował się, nachylając się przez całą naszą grupkę ku starszemu bratu, aby móc lepiej się przyjrzeć hologramowi.
Tylko słysząc początek jego rozentuzjazmowanego zdania, skrzywiłam się z widocznym niesmakiem. Xan zapewne miałby taką minę po omyłkowym skosztowaniu soku z mojej ulubionej dyni.
- Co to kurwa za powiedzenie, ja pierdolę – jęknęłam, ostatkami silnej woli powstrzymując się od mlaśnięcia zdegustowanie językiem. Nie chciałam już robić aż takiej sceny, ale to co powiedział naprawdę było wybitnie głupkowate.
- Xan, siarę robisz – dodała Kai, bezlitośnie spychając go ze swoich kolan jedną ręką, aż niemal zsunął się z kanapy na podłogę.
Cofnął się do swojego miejsca, oddając nam naszą bardzo potrzebną do sprawnego funkcjonowania przestrzeń i sam zaczął się krzywić z niezadowoleniem.
- Ale o co wam chodzi? Tak mi się tylko powiedziało, a wy od razu… – westchnął głośno i ze zrezygnowaniem, machając przy tym ręką.
- Dobra, wracając do twojego monumentalnego zdjęcia… – mruknęłam, korzystając z okazji, że Xan nie kładł się już na nas i przyjrzałam bliżej zdjęciu. – Co to za rumak? Czy to kurwa zwykły nerf?
- Tak – przyznał pobłażliwie Orcio, uśmiechając się jak zwykle.
- Nie! – zaprzeczył Xan gorączkowo, prostując się nagle na swoim miejscu. – Nie widzicie tych rogów? Są wielkie jak skurwysyn!
- To ty tutaj jesteś mały jak na swój wiek – oceniła spokojnie Kai, lekko przechylając głowę, ale ze wzrokiem utkwionym w holofocie.
Orcio zaczął chichotać, rozbawiony, jednak kiedy podszyte granatowymi piorunami spojrzenie młodszego braciszka doleciało do jego oczu, przykrył usta dłonią i ukrył śmiech w udawanym kaszlu.
- Książę, kurwa, na białym koniu – prychnęła ironicznie dziewczyna, może mimowolnie, a może z premedytacją, dołączając się do lekkiego rozbawienia Orochiego.
W istocie, ten niewiarygodnie normalnej postury nerf był cały biały. Przynajmniej z profilu, z którego został sfotografowany. Być może to czyniło go jednak nieco bardziej wyjątkowym.
Co ciekawe, komentarz Kai nie wzbudził w Xanatosie złości, a jakiś pełen zadowolenia uśmieszek.
- Widzisz, a więc byłem ci wyśniony – rzekł pewnie, falując brewkami, wyobrażając sobie chyba, że siedzi na królewskim tronie… albo z Kai na swoich kolanach… choć ja wolałam sobie tego nie wizualizować, więc pozostańmy przy pierwszej myśli. – Od samych początków byłem bajeczny!
Prychnęłam automatycznie, przewracając oczami.
- Bajecznie niemożliwy – poprawiłam go, uśmiechając się wrednie w jego stronę.
- Bajecznie głupi – dorzuciła Kai, również w komplecie z uśmieszkiem i wzrokiem na niego.
- Głośny – nie oszczędził mu Orcio, jednak zajęty holoprojektorem nie zerknął nawet na chwilę w kierunku brata.
- Samolubny – burknął Am, po czym przytulił łeb do mojej nogi, udając, że wcale nic nie wydobyło się z jego marudzącej mordki.
I w tym momencie nastała cisza, kiedy mój umysł samoistnie doszukiwał się brzmienia jeszcze jednego głosu.
- Eee… nieprzewidywalny – powiedział cicho Tomer, dość niepewnie, w tej samej chwili, gdy na niego spojrzałam. Najwyraźniej nie za bardzo chciał się wciągnąć w ten łańcuszek, ale presja otoczenia była zbyt silna nawet jak dla niego.
Xanatos wydał głośne, niedowierzające i mogłabym rzec, że nawet pokropione złością prychnięcie, odwracając na chwilę głowę od całej naszej hordy hien prześmiewców.
- On przynajmniej starał się nie zabrzmieć źle – wskazał Tomera otwartą dłonią, chyba chcąc nam niebezpośrednio przekazać “Bierzcie kurwa przykład z latorośli książęcej”.
- Ale my nie? – rozłożyła ręce Kai, nic sobie nie robiąc z jego jawnego i zawsze obecnego oburzenia. – Zatrzymaj go, Xan, może ten dzieciak jeszcze kiedyś będzie cię szanował.
- To mój ojciec, trochę zawsze będę go szanował… chyba – mruknął Tomer, kątem oka posyłając Kai niepewne spojrzenie.
Westchnęłam cicho, gładząc udo dzielnego chłopca.
- To Xan. On nie mieści się w żadnych standardach, kochanie – powiedziałam mu, szykując się już na atak ze strony Mistrza.
- Możemy wrócić do zdjęć?! – warknął, zaskakując mnie uderzeniem dużo łagodniejszym niż początkowo zakładałam.
- Po co tak w ogóle ci zdjęcie z nerfem? Aż tak bardzo ciągnęło cię do bydła, już odkąd byłeś małym gówniakiem? – zagaiłam, zmieniając temat tak jak chciał, choć wątpliwie na jego korzyść.
- Xan jak był mały to uwielbiał wszystkie zwierzęta – odpowiedział za niego Orcio, ignorując groźny wyraz twarzy brata, który chyba początkowo przeznaczony był z dedykacją dla mnie. – Jak miał jakieś… cztery lata to był gotów rzucić się do zimnego jeziora, żeby uratować młode spukami. Na szczęście byłem z nim i obyło się bez kąpieli.
Oro zerknął bez wysiłku kątem oka na już nieco mniej wkurwionego brata, błyszcząc tym wężowym spojrzeniem, kiedy zapewne wspominał tę scenę. Prawdopodobnie Xan również teraz o tym rozmyślał.
- Oooch – mruknęła Kai z uśmieszkiem, patrząc na Xana. Zaraz jednak wróciła do Orochiego, wraz z pytaniem: – Spukami to takie koty, prawda?
- Tak, tak, strasznie inteligentne istotki – odpowiedział jej jednak zamiast Orcia Amcio, podekscytowany.
Czy nie za dużo tych zdrobnień?
Zerknęłam na niego w dół, jednak on już przyglądał się Kai jako nieproszony rozmówca, choć dziewczyna wydawała się być obojętna na to, kto utwierdzi ją w jej pierwotnym przekonaniu.
- Teraz pewnie dałbyś mu utonąć, hm? – mruknęłam prowokująco, wyobrażając sobie podobną sytuację.
Małe płaczące kocię próbujące w jakikolwiek sposób utrzymać się na powierzchni zimnej wody, daleko od brzegu, na którym stał z obojętną miną Xan, z rękami schowanymi pod płaszczem, by chronić je od zimna, a nie gotowymi do rozpoczęcia akcji ratunkowej. Bez wyrzutów sumienia w końcu Xan odchodzi, kiedy zwierzę znika na zawsze pod wodą, by dno jeziora stało się jego ostatecznym domem.
- Ty chuju! – walnęłam go w ramię, mimowolnie czując do niego złość o wizję, którą sama wytworzyłam. Ciskałam w niego lodowate błyskawice złości z naburmuszoną miną, widząc w nim winowajcę sytuacji, która nigdy nie miała miejsca oprócz w mojej głowie.
- Ej, no co! – jęknął, łapiąc się za uderzone miejsce. – Nawet nie zdążyłem nic odpowiedzieć!
Teraz, będąc już bardziej świadomą miejsca i sytuacji, zaczęłam się zastanawiać, jak mi się udało tak płynnie znaleźć się w jego pobliżu, aby uderzyć go w to ramię. Dzielili mnie od niego przecież Tomer i Kai, jeszcze miałam Amarantha przy nogach.
No nic, najwyraźniej siła wkurwu.
- Kiedy byłem młody najwyraźniej kierowałem się innymi ideałami – burknął, ale patrzył na mnie, kiedy to mówił. Pod mocą jego spojrzenia poczułam się trochę tak, jakbyśmy byli tu sami. – Teraz zapewne moją pierwszą myślą byłoby, że dobór naturalny samodzielnie eliminuje słabe i nienadające się do przetrwania jednostki, skoro kot sam wpierdolił się w kłopoty.
- Eliminacja słabych, eh? – burknęłam, marszcząc czoło nad ściągniętymi brwiami. Miałam ochotę jeszcze coś powiedzieć, ale mnie ubiegł.
- Jednak po chwili, bez dalszego kontemplowania sytuacji, po prostu przy użyciu Mocy wyłowiłbym go i porzucił tam, gdzie znalazłaby go matka.
Wzruszył jednym ramieniem, wypuszczając mnie z objęć swoich granatowych oczu, co automatycznie uświadomiło mnie ponownie o obecności innych osób w pokoju.
- Cóż za akt miłosierdzia – prychnęła Kai, jednak przyglądała mu się z uwagą i zainteresowaniem spod jednej uniesionej brwi. – Nie skazałbyś tego kota na straty, gdybyś odszedł. Prawdziwie sprytny znalazłby własną drogę ucieczki.
Prowokowała go. Mogłabym być ślepa i nie dostrzegać iskierek zadowolenia w jej oczach, a także głucha i nie słyszeć tonu tego głosu, ale wystarczyłby mi sam wibrujący kusząco prąd Mocy wokół niej, aby być tego pewną.
Xan na pewno również to widział, słyszał i czuł oraz bez wątpienia lubił prowokację, dlatego czekałam tylko na jego odpowiedź, przekonana, że da się wciągnąć w dyskusję.
Nie tylko ja byłam ciekawa, bowiem cała reszta też umilkła, wlepiając oczy w dwójkę. Nawet Amcio, wcześniej gotujący się od słów Xana o doborze naturalnym, wydawał się być bardziej zaintrygowany niż uprzednio zdenerwowany.
- Być może – odpowiedział Xanatos ostrożnie, z lekkim uśmiechem, nie odrywając teraz oczu od dziewczyny. – Z jednej strony mogłem uratować przyszłego czempiona tamtejszych lasów, a z drugiej jakąś niedołęgę, która zaraz wpierdoli się w inne kłopoty. Jednak w jednej i w drugiej sytuacji zwierzak będzie miał świadomość, że coś właśnie uratowało mu skórę. A zwierzęcy instynkt jest dużo silniejszy niż ludzki…
Kai chyba zdawała się nie rozumieć tych insynuacji. Ściągnęła brwi, okazując to.
- Do czego zmierzasz? – zapytała w końcu, kiedy sama mimika jej twarzy nie skłoniła Xana do dalszych wyjaśnień.
Ten wzruszył ramieniem, lekko przy tym kręcąc głową.
- Raczej po uratowaniu życia będzie je bardziej cenił niż wcześniej. Wyciągając go z wody tak naprawdę nikomu nie zaszkodziłem, nawet sobie, bo nie kosztowało mnie to zbyt wiele energii czy czasu. To tylko kot. Pozostawienie go na śmierć uszczupliłoby tylko potencjalną grupę istot, która kiedyś mogłaby przysłużyć się mnie.
Odwracając od niej wzrok dawał znak, że na tym zakończył swój wywód i jednocześnie tę dyskusję. Nawet jeśli Kai chciałaby drążyć temat dalej, Xan zapewne nie powiedziałby już nic nowego.
Dziewczyna jednak uśmiechnęła się z krótkim i cichym chichotem, także już na niego nie patrząc.
- Po prostu musiałeś znaleźć jakieś wytłumaczenie, żeby nie było, że radośnie ratujesz biedne małe kotki, bo taki z ciebie czuły facet.
Mimowolnie zaśmiałam się, ignorując nawet nieodparte uczucie złowrogich oczu na swojej skórze.
- Biedne małe kotki zasługują na to, żeby je ratować – burknął pod nosem Amcio, w końcu niebezpośrednio wyrażając swoje zdanie, że selekcja naturalna to gówno prawda.
- Masz swojego czułego faceta, a teraz daj mi spokój – dodał jeszcze Xan i machnął na Orcia, chyba żeby wrzucił kolejne zdjęcie.
Ja też chyba wolałam ruszyć już akcję do przodu. Filozoficzny wywód na temat zwykłego ratowania bądź nie bezbronnych istotek niepotrzebnie zeżarł pokłady mojego cennego skupienia.
Jednak, jak na złość, kolejna fotka również przedstawiała Xana z przedstawicielem jakiegoś gatunku z królestwa zwierząt. Tym razem wodnego, nad brzegiem oceanu.
Blada Dupa Xan siedział na mokrym piachu, pozwalając falom obmywać jego młodzieńcze, kruche ciało, naprzeciwko wielkiej, groźnie wyglądającej ryby z szeroko otwartą paszczą.
- Noo! – podniecił się znowu mój Mistrz, ale tym razem nie daliśmy mu się tak nachylać do projektora przez wszystkie nasze cztery ciała, jeśli liczyć Amarantha. – Widzicie kurwa to bydlę?! Ujarzmiłem z palcem w nosie!
- No właśnie widzę – powiedziałam z uśmieszkiem, przyglądając się dziecku na zdjęciu. Faktycznie ten palec prawej ręki coś blisko był nosa, jakby zaraz zamierzał zwiedzić Jaskinię Gilów.
Usłyszałam parę innych cicho prychających ze śmiechem głosów, a gdy Xan jednak przyjrzał się sobie, zaraz się obruszył.
- No ej! To nie tak, to to zdjęcie jest tak zrobione, nie dłubałem w nosie!
- Xan, to było ponad dwadzieścia lat temu, nie dramatyzuj – ironizowała Kai, bliska chyba ukazania mu języka w geście droczenia się.
- Znowu jakiś potwór, może ty naprawdę jesteś księciem? Białego rumaka masz, monstra bijesz, a księżniczka, którą ratujesz, to gdzie? – dołączyłam się do docinek, mając na końcu języka dodanie, że za księżniczkę też w sumie mógłby robić z takim bujnym owłosieniem.
Po tych pytaniach mój Mistrz rozluźnił się, uśmiechnął szeroko, po czym z zamaszystym gestem objął Kai ramieniem, mówiąc:
- Obok mnie, już uratowana.
Dziewczyna skuliła się w sobie, zapewne aby jak najdalej odsunąć się od napastującego ją mężczyzny. Zresztą, zaraz pomogła sobie gestami i warkotaniem.
- A weź się odpierdol, kurwa!
Niemal skopała go z kanapy, z czego Xan tylko się śmiał na przemian z krzywieniem się z bólu.
- Ratuj sobie swojego chłopaka – prychała, strzepując z siebie teatralnie brud, jaki miałby pozostawić po sobie plugawy dotyk Xana.
- Nie interesują mnie mężczyźni – burczał czarnowłosy książę, chyba celowo unikając wzrokiem miejsca, gdzie siedział Amaranth.
W tym momencie usłyszałam ciche jęknięcie projektora, które zawsze towarzyszyło zmianie zdjęcia, dlatego moja uwaga od razu rzuciła się na urządzenie. Kiedy zobaczyłam, co teraz się wyświetla, zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest może ono bardziej inteligentne niż mogłoby się wydawać i czy przypadkiem nie podsłuchuje wszystkich naszych rozmów.
Podczas gdy Xan zawzięcie upierał się o jednokierunkowości swojej niby stabilnej orientacji, dowody przeszłości, a może demony, podpowiadały nam co innego.
- Pamiętasz go, Xanny? – mruknął wężowym, chytrym tonem Orochi, ukazując bliżej bratu zdjęcie.
Mój Mistrz siedział sobie uchachany po uszy w jakiejś piaskownicy – znowu kurwa ten piach – trzymając za rękę jakiegoś innego, ludzkiego chłopca, chyba w podobnym wieku. Miał krótkie blond loczki i bardzo jasne oczy, wręcz szare. Przez chwilę myślałam, że jest niewidomy.
- Pierwsza miłość – zadecydowała od razu Kai, kiwając ze zrozumieniem głową.
Xanatos najpierw uśmiechnął się lekko, ale usłyszawszy te insynuacje, znów się zapieklił.
- Co?! To prawdziwie męski uścisk dłoni, wy larwy niechlubne! Mój pierwszy kumpel, Tyle! – warczał, krzyczał i obrażał niczym barbarzyński najeźdźca na nowej ziemi. Dobrze, że od gwałtów się powstrzymał, bo musiałby nas opuścić.
- Tak, tak, oczywiście. Najpierw uścisk dłoni, później pakt krwi? – uśmiechała się dalej wrednie Kai.
- Żebyś wiedziała, że tak! Może mam tu niecałe pięć lat, ale-…
- Taki młody, taki niewinny, zrobiłby wszystko, żeby potrzymać chłopca za rękę. To takie słodkie, Xan. A na pożegnanie wykradłeś chociaż jakiegoś całusa w policzek?
Oro chichotał, jakby znowu wiedział coś więcej, ale był zbyt zainteresowany przebiegiem potyczki niż podzieleniem się tą jakże cenną informacją. Może trzeba byłoby go nieco przycisnąć…
Skrzywienie na wzburzonej twarzy Xana wychodziło poza wszelką, ogólnopowszechnie rozumianą skalę zdenerwowania.
- Bardzo kurwa śmieszne. Lubiłem go i tyle, ale nie, trzeba obrażać od razu, jednego i drugiego przy okazji… – mamrotał Xan pod nosem ze złości, ale jednak na tyle głośno i wystarczająco wyraźnie, aby dało się go dosłyszeć oraz zrozumieć.
- No tak, rozumiem, że się denerwujesz, w końcu to twój pierwszy braterski pakt, pierwsza miłość, pierwszy całus, pierwsza blondynka… – chichotała dalej Kai, ale widząc jego tylko narastające oburzenie w końcu klepnęła go parę razy od niechcenia w ramię i odpuściła. – Dobra, bo pęknie ci jakieś złącze w mózgu i zrobisz z siebie warzywo.
- Nie no, Xan, naprawdę nie przesadzaj – powiedział z cichym uśmieszkiem Orcio. – Nie znaliście się tak długo, a to tylko żarty.
Mistrz milczał chwilę, wpatrując się bezlitośnie w brata. Po jego twarzy widziałam, jak w głowie grała mu już pewnie cała litania w stylu: „Żarty kurwa! Moim kosztem kurwa! Wiecznie tylko żartujecie!”.
Normalnie jakbym to słyszała.
- Długo może nie, ale efektownie, i nie życzę sobie takich żartów, kurwa. Zresztą… teraz to już nie mam ochoty nawet o tym rozmawiać.
Brakowało mu tylko widowiskowego tupnięcia nogą, prychnięcia, teatralnego odwrócenia głowy i dramatycznej melodyjki jego focha.
Kai przewróciła oczami, a ja podzielałam jej podejście.
- Dobra, dobra, napijesz się ze trzy piwa i sam będziesz się garnął, aby nam wszystko opowiedzieć ze szczegółami. I to pewnie nie tylko o swoim „pierwszym kumplu”.
Ponieważ była to prawda i każde z obecnych to wiedziało, nawet Xan, chociaż zapierałby się rękami i nogami, aby zaprzeczyć, to właśnie dlatego znajdujący się w centrum zainteresowania książę musiał zmienić temat dyskusji.
- W odpowiedniej sytuacji, o odpowiedniej porze, w odpowiednich okolicznościach i warunkach, a także wymaganym stanie, jestem skłonny powiedzieć wiele szczegółów ze swojego życia – powiedział tajemniczo, zniżając ton głosu i pozwalając ustom ułożyć się w ten jego drapieżny, zadziorny uśmieszek. Z jakiejś przyczyny brzmienie jego słów z jednej strony wydawało mi się kuszące i hipnotyczne, a z drugiej naładowane kłamliwym jadem, któremu nie powinnam zaufać. – Ale czy będziecie w stanie spełnić wszystkie wymogi, aby mnie do tego zmusić… to już od was zależy.
Mimo wszystko w moim odczuciu wyszło z tego wyzwanie. Jakby sprezentował w pełni przygotowaną do wykonania próbę sił, w którą należało jedynie wskoczyć i doprowadzić ją z sukcesem do końca. Tak się w to zagłębiłam, że nie zarejestrowałam reakcji żadnego z naszej grupki.
Poczułam przypływ adrenaliny i podniecenia na myśl, że mogłabym wmanewrować Xana w jego własną pułapkę i słuchać, jak śpiewa wszystkie swoje czarne sekrety, zamknięte szczelnie w klatce jego przeszłości, której zamki pielęgnował i czyścił, a dostępu do której bronił niczym najlepiej wyszkolony w galaktyce pies akk.
I choć atmosfera zrobiła się już lżejsza, pokaz zdjęciowy wciąż trwał w najlepsze, a śmiechy raz po raz dalej rozbrzmiewały przy kolejno wyświetlanych zdjęciach, mniej lub bardziej stawiając Xanatosa w żenującej sytuacji, ja myślałam tylko o tym, jak skonstruować misterny, idealny plan.
Nie tylko ty potrafisz czymś zaskakiwać, Mistrzu.