Oaza skupienia, stworzona przez mój umysł i również dla niego, pozwalała mi na niemal bezproblemowe zagłębienie się w lekturze przekazanej mi w ręce prosto od recenzenta Xana. Zaledwie jeden pasywny dzień pozwolił mi już na pełne śmiałości skarżenie się na ponownie powstałą nudę, liczyłam zatem, że Mistrz spełni moje najskrytsze pragnienia, złapie z własnej inicjatywy treningówki i wyprosi mnie na zewnątrz w celu uskutecznienia pięknej, żywej i dosadnej sesji treningowej. Niestety, moje oczekiwania przerosły jego domyślność.
Zamiast skakać i napierdalać się mieczami, polecił mi przeczytać antyczny już chyba tekst o filozofii dawnych Sithów, tłumacząc konieczność poznania przeze mnie tej wiedzy tym, iż Sithowie reprezentowali oczywiście jeden z wielu sposobów postrzegania oraz korzystania z Mocy, a konkretniej oczywiście jej Ciemnej Strony, co już szczególnie powinno mnie zainteresować. Te podstawy rzecz jasna były mi jak najbardziej znane, ale mój Mistrz stwierdził, że „potrzebnej wiedzy nigdy w nadmiarze”.
Jednakże, będąc już w połowie trzeciego akapitu traktującego o losach pradawnego Dartha Bane’a, w mojej świeżo postawionej bańce chroniącej przed głośnym zewnętrzem został zrobiony przeciek, przez który ponownie wszelkie zbędne oraz dokuczliwe dźwięki wraz z bodźcami były w stanie przedostać się bezpośrednio do moich uszu. Przyczyną przerwania mi haniebnie spokoju był Amaranth i… Kimi. Po burzliwych początkach relacji, kiedy to mój włochaty przyjaciel wydawał się traktować młodą samiczkę varactyla jako swojego wroga numer jeden, ich wzajemne podejście do siebie uległo znacznej zmianie i wcześniej jednostronne zainteresowanie młodej przeszło w obopólne, wprawiając ją w niepohamowaną radość. Amcio dostrzegł w niej najwyraźniej wspaniałą towarzyszkę zabaw oraz być może coś tajemniczego w niej sprawiało, że wolał się z nią lubić niż przeciwnie. W każdym razie, w swoim duecie zachowywali się jak nierozgarnięte szczeniaki, zupełnie nieprzejęte wszelkiego rodzaju szkodami, jakie mogli w chwilach słodkiego zapomnienia narobić. Przykładem okazał się przewrócony przez zamaszyste machnięcie ogona Amcia kubek, wypełniony w połowie moim ulubionym sokiem.
- Kurwa! – rzuciłam z zaskoczenia mimowolnie, obserwując, jak pożądana przez moje kubki smakowe ciecz rozlewa się bezpowrotnie po blacie stołu, o którego dobrostan i czystość Orcio dbał z niemal pedantyczną dokładnością. Przy okazji jakieś leżące od rana papiery już zostały zamoczone i poplamione, a ja zastanawiałam się mimochodem czy to nie było przypadkiem coś ważnego. – Wracaj tu do chuja i sprzątaj to! Nie możecie biegać po dworze?!
Oczywiście żadna odpowiedź zwrotna do mnie nie dotarła i najprawdopodobniej także nigdy nie miała, gdyż oboje tak szybko wybiegli przez drzwi, jak wcześniej przebiegli przez dzielące ich do wyjścia pokoje. Tylko że to ja zostałam z mokrym stołem, a razem z nim towarzyszyło mi moje buzujące powoli w podwalinach wybuchu wkurwienie.
- Dom wielki jak skurwysyn a i tak zrobią ci burdel – marudziłam pod nosem, dając upust powstającemu napływowi słów. – Powinien to teraz swoim futrem kurwa wycierać, a nie ze mnie mamkę sprzątaczkę odpieralać. Już ja mu to kurwa wypomnę, jeszcze pożałuje.
Słowa same zapełniały przestrzeń w moim bliskim otoczeniu podczas sprzątania przeze mnie ze stołu, a jednocześnie obmyślałam, jak się kudłaczowi za to odpłacę. Pomimo chęci złapania go w uścisk Mocy i posadzenia dupskiem centralnie przed jego dziełem, wolałam jednak od razu rozpocząć akcję reanimacyjną sfatygowanych papierów zanim jeszcze mi się doleci, że nie podjęłam żadnego działania oprócz kary.
- Co tam bambolisz pod nosem? – rzucił w moją stronę Xan, podczas gdy ze swoją małpią zwinnością i wielkością rozumu porównywalną do banana, jakiego powinien dostać za swoje działania, zapomniał do czego służą schody i dotarł do mnie na parter przeskakując barierkę. Tupnął ciężkimi stopami ciszej, niż się spodziewałam, a pęd powietrza rozjuszył mu włosy w gęstą falę niczym damy w opresji na uprowadzonym jachcie. Po wyprostowaniu postawy, uśmiechnął się do siebie narcystycznie, a moim oczom wysłał zadowolony błysk. – Młody bóg w pełni swojej siły.
- Jeśli skakanie ze schodów to dla ciebie boski wyczyn, to strasznie mi przykro, jak nisko mierzą się twoje zamiary – odburknęłam, zupełnie nie poddając się wpływowi zafascynowania jego wątpliwie niebywałym skokiem. Zanim jednak zdążyłam wypowiedzieć ostatnią sylabę zdania, Xan dopadł do stołu jak dzika bantha do pójła na środku Tatooine.
- Moje numery! Moje namiary! Miesiące polowań! Miałem to dzisiaj w końcu spisać do datapadu! – jęczał i zawodził, wyrywając mi z rąk suszone przeze mnie starannie kartki zmoczonego flimsiplastu.
Spoglądałam na niego bez skrywania obrzydzenia, ale przede wszystkim zawodu w oczach.
- Opanuj się, bo zamiast drzeć pizdę na pół domu to byś się przyjrzał, że twoim „drogocennym” kurwa danym nic się nie stało – wyburczałam, modelując głos mimowolnie na pograniczu niskiego warknięcia. – Dziękuj Amaranthowi.
Dałam mu chwilę na wstrzymanie swoich pobudzonych nagłym zastrzykiem adrenaliny ośrodków nerwowych i starłam resztę soku ze stołu, po czym poszłam do zlewu w kuchni, by opłukać ściereczkę. Do tego czasu Xanatos zdążył zrozumieć, że nic złego się nie stało, więc powróciwszy do pokoju zastałam go z ulgą rozłożonego na kanapie. Odetchnął głęboko ujrzawszy mnie wracającą do niego, a dokładniej do stołu, by przetrzeć go ostatni raz.
- Bardzo dobrze, że nie doszło do nieszczęścia – powiedział po cichu, jednakże skoro ja nie pociągnęłam tematu dalej, tylko spokojnie i w milczeniu doprowadzałam szklaną powierzchnię blatu do stanu pierwotnego, on również zakończył w tym miejscu dyskusję w tej kwestii. – Jak podobają ci się kroniki?
Prychnęłam pod nosem, uśmiechając się do siebie sarkastycznie głównie kącikiem ust.
- A jak sądzisz? – odparłam, nie podnosząc na niego wzroku, gdyż po wyprostowaniu się znad ofiary ataku lepkiej cieczy, ponownie skierowałam się od razu do kuchni. Zaraz jednak rzuciłam do niego niedbale, nie obracając wciąż nawet głowy: – Zanim zdążyłam dojść do jakiegoś emocjonującego momentu, już musiałam zająć się tym wypadkiem.
W odpowiedzi w pierwszej kolejności dosłyszałam zrezygnowane westchnięcie, a następnie pełne poczciwego tonu słowa:
- Oj, Yesha, ostatnio jesteś zbyt spięta. Taka naburmuszona, narzekasz ciągle na nudę, ale nawet kiedy coś robisz, dalej ci nie pasuje.
Akurat wracałam z kuchni, kiedy rozkładał przede mną ręce w geście bezradności. Tym samym przedstawiał mi graficznie, iż nie jest w stanie mnie zrozumieć, a ja powinnam coś z tym zrobić.
No to zrobiłam.
Wilgotna, ale już wyczyszczona z wszelkich zabrudzeń różnego sortu ściereczka w ułamku sekundy zgrabnie wylądowała mu na twarzy, zabierając mi sprzed oczu ten irytujący wyraz na niej.
- Narzekam na to, co mi nie pasuje – burknęłam, nie ruszając się ze swojego miejsca, za to krzyżując ramiona na piersi. – Każdy to robi, więc czemu nagle czepiasz się mnie?
Gdy zdjął sobie szmatkę i odrzucił ją na stół, zamiast irytującego wyrazu twarzy przedstawione zostało mi oblicze pełne niezadowolenia, które wyzierało spod mocno ściągniętych brwi i błyszczących dezaprobatą oczu. Usta ścisnął w wąską linię, jakby powstrzymywał się przed siarczystym przekleństwem.
- To chyba ten okres dojrzewania, przed którym ostrzegał mnie Orochi – powiedział cicho, nieco bardziej w tonie konsultacji z samym sobą, niż ze mną. Potarł nawet konspiracyjnie podbródek palcem wskazującym i kciukiem, chyba udając w duszy, że mierzwi tym samym jakiś nieistniejący na nim meszek. Nagle jego iskrzące spojrzenie, chwilę temu świdrujące bok kanapy, na ponów ciężko spoczęło na mnie. – Buntujesz się.
Powaga w tonie jego głosu, gałkach ocznych, wyrazie zmartwionej mordy a nawet lekkim falowaniu końcówek kosmyków włosów owiała mnie całą jakąś dziwną aurą podważania dobrego stanu mojego zdrowia psychicznego. Momentalnie wcześniejsze wkurwienie dobiło do granic limitu, wylewając gorącą lawę z wewnętrznego krateru na moje wnętrzności. Zapaliłam się, w ogóle już tego nie kontrolując.
- No ciebie już chyba do końca popierdoliło! – wyrzuciłam mu, nachylając się lekko do przodu, kiedy rozłożyłam ręce, by w jakiś sposób dać upust parującemu w środku upałowi. – Najlepiej wszystko zwalić na moje hormony czy co sobie wyobrażasz pod pojęciem „buntu młodego człowieka” i siedzieć z założonymi rękami! Będziesz teraz czekał, aż ta rzekoma nowa faza mojej egzystencji mi minie, przejdę przemianę i ewoluuję w poskromionego, posłusznego ucznia? To żebyś się kurwa nagle nie zdziwił.
Prychnęłam na sam koniec i zarówno jak odwróciłam wzrok od Mistrza, tak i wyminęłam go fizycznie, postanowiwszy opuścić to pomieszczenie. Wylew głośnych, niezbyt przyjemnych, ale dogłębnie szczerych słów pozwolił buzującemu gniewowi na odnalezienie źródła i skumulowanie się w jednym punkcie, dzięki czemu nie czułam już tego rozwichrzonego chaosu parzących prądów. Z kolejnym krokiem odetchnęłam, przeczuwając, jak mi przechodzi, a emocje zaczynają słuchać się mnie.
Niestety, nie zdążyłam nigdzie uciec, bo Xan niemal od razu zdołał złapać mnie za przedramię i przytrzymać w miejscu, wciąż siedząc przy tym na kanapie. W pierwszej, odruchowej reakcji szarpnęłam się z powrotem w swoją stronę, ale z żelaznego uścisku jego ciężkich palców nie było dla mnie uwolnienia bez jego zgody. Spojrzałam zatem znowu na niego, ciskając nieumyślnie już gradem z płonących, zimnobłękitnych oczu. Rewanżował mi się jak zwykle chłodnym powiewem głębokiej nocy, przebijającym się przez tabun gorąca niczym ognioodporny smok.
- Hej! – zaakompaniował fizycznemu gestowi swym podniesionym, zaskoczonym głosem w próbie zatrzymania mnie. – Twoje wybuchy stają się coraz agresywniejsze. Kto tu pociąga za sznurki, Yesha czy jej emocje?
Brzmiał wyraźnym upomnieniem, które było tak dosadne, że jeśli w jego tonie zawarte były inne nuty, zostały bezsprzecznie stłumione tą jedną konkretną barwą. Jego uwaga mimowolnie mnie zawstydziła, przewracając w mojej głowie całą sytuację o sto osiemdziesiąt stopni, przez co poczułam się jak rozwydrzony bachor. Wątpię, aby Xan próbował w ten sposób mną manipulować, przypisałam więc przyczynę tych odczuć tylko i wyłącznie sobie, dzięki czemu łatwiej było mi na nowo odzyskać rezon.
- Wiesz, ja bardzo cenię twoją łatwość do sięgania po siłę ze swojego wnętrza, ale wszystko ma swój umiar, mój młody uczniu – kontynuował, gdy ja ukradkiem przefiltrowywałam płuca i umysł dodatkowym oddechem. – Ciemna Strona może tak samo podporządkować sobie ciebie, jak ty pragniesz zrobić to z nią. Nie pozwól tym ledwo widocznym granicom całkiem się rozmyć.
Treść przekazywanych przez niego informacji była czysto pouczająca. Na tej krótkiej sytuacji między nami stworzył budulec do udzielenia mi lekcji i od razu skorzystał z tej okazji. Mimo to, sposób, w jaki wypowiadał te słowa, a szczególnie ostatnie zdanie, dotknął mnie o wiele bardziej niż wizja możliwej przyszłości, gdybym nie postąpiła tak, jak mi radził.
- Czy ty się o mnie martwisz? – zapytałam prosto z mostu, lekko zwężając powieki, kiedy nie odrywałam od niego spojrzenia. Coś we mnie miało ochotę nawet się uśmiechnąć, ale jeszcze sobie na to nie pozwoliłam. – Boisz się, że mnie stracisz na rzecz Ciemnej Strony?
Była to tak interesująca wizja jednej z nieznanych wszechświatu obaw Xanatosa, z wyjątkiem wszelkiego rodzaju przykrości wyrządzonych alkoholowi w każdej postaci, że aż usiadłam obok niego na kanapie, zaintrygowana, jak ta rozmowa dalej się potoczy. Przy okazji dzięki temu mógł przestać trzymać mnie za rękę jak małe dziecko, uszczuplając jeszcze bardziej moje znienawidzone poczucie wstydu. Oczywiście nagłą zmianą tematu nie miałam zamiaru odwrócić naszej uwagi od tego, co się stało, ale nie mogłam oprzeć się ciekawości.
Gdy pytania zawisły w iskrzącym od moich błyskawic powietrzu między nami, Xan nagle na ułamek sekundy jakby stracił całe wcześniejsze opanowanie. Mrugnął o jeden raz za dużo, z prędkością niewiele większą od normalnej, dając pierwszy sygnał zaskoczenia lub oszołomienia. Był jednak mistrzem gierek i  kameleonem sytuacji, z dzikim refleksem niezbędnym do ratowania skóry w tak samo dużej mierze, co opinii o nim i jego reputacji.
Choć ja, dzięki wciąż zwiększającej się wprawie, potrafiłam odkryć już, kiedy próbował ukryć swoje prawdziwe zamiary jakąś sztuczką. Nie umiałam odgadnąć prawdy, jaka kryła się za murem Xanatosa, ale przynajmniej nie ulegałam iluzji, iż żadnego muru nie ma.
- Myślę, że powinnaś być tym tak samo przejęta, jak ja, skoro dotyczy to konkretnie ciebie – odparł, przyjmując tak neutralny fortel, że aż budząc moje wątpliwości. Mówił szczerą prawdę i obchodziło go to jedynie na poziomie „nie pozwolić materiałom się spierdolić”, czy może chciał ukryć, że zależy mu trochę bardziej lub mniej?
Pierdolony Xan, nawet jak wiem, że coś kręci, to jednak kurwa nie wiem.
A podobno to kobiety są skomplikowane?
- Nieważne, co tam siedzi, to i tak się nie przyznasz – burknęłam niepocieszona, że właściwie nic się nie wyjaśniło. Teraz, kiedy udało mu się wyjść bezpiecznie z zagrożenia ujawnienia swoich prawdziwych uczuć, mogłam wrócić do sytuacji wyjściowej, bo byłam pewna, że Xan nie dopuści do kolejnej możliwości odsłonięcia. Nawet się teraz nie odezwał. – Po prostu się wkurwiłam. Nie znaczy to od razu, że pozwalam jakimś granicom się zacierać.
Gdy wypowiedziałam to na głos, tym bardziej utwierdziłam się w prawdziwości tego przekonania. Co prawda początek mojego wybuchu zdenerwowania faktycznie nastąpił bez konsultacji ze mną, to już w czasie dalszego jego przebiegu trzymałam uważnie rękę na pulsie i wiedziałam, jak zmienić tor prądów Mocy napędzanej emocjami, aby nic nie poszło inaczej niżbym tego chciała.
- Ty też czasem wkurwiasz się bardziej niż zwykle i pozwalasz sobie na więcej – kontynuowałam, sięgając teraz po pozostawione przeze mnie na stoliku kroniki Sithów. – Po prostu mnie irytuje, jak zaczynasz wymyślać jakieś gówniane teorie. Nie wyczuwam w sobie żadnego buntu, najzwyczajniej w świecie nie boję się manifestować swojego niezadowolenia.
Wraz z kompletnością tworzenia się mojej wypowiedzi, wyczuwałam wzrastające w Xanatosie rozbawienie. Potęgował je zapewne fakt, iż zwycięsko uszedł z mojej misternie zastawionej na niego pułapki. Nie siedział obok mnie już w pełnej powagi postawie, a powoli nawet zaczynał się nieśmiało uśmiechać.
- Czyli po prostu mam się przyzwyczaić, że za każdym razem będziesz się na mnie wydzierać? – zapytał jako swoją konkluzję odnośnie moich wyjaśnień.
Uniosłam na niego wzrok znad kartek flimsiplastu.
- Za każdym razem, kiedy mnie wkurwisz? Cóż, tak, bardzo możliwe, owszem, nie zaprzeczę. Nie, żeby to było dla ciebie nagle coś nowego – odburknęłam, ale już całkowicie pozbawiona napięcia. Burza gniewu opuściła mnie równie szybko, co przywitała, wymazując z pamięci nawet niemiłe wrażenia po wypadku spowodowanym przez Amcia. Po prostu mój układ nerwowy i fizjologiczne czynności ciała opierały się tak samo silnie na wibrujących we mnie uczuciach, co na dostarczającym potrzebnych składników tlenie.
Zanim mi odpowiedział, Xan zabrał mi z ręki starodawne teksty, uśmiechając się przy tym z politowaniem starego dziadka nad głupotą dzisiejszej młodzieży. Jeśli uważał, że powitał go już podeszły wiek, to co ja będę ingerować w jego światopogląd?
- Zostaw to – mruknął, odkładając kartki z powrotem na blat, z którego je podniosłam. – Będziesz miała jeszcze na to czas, tylko nie zapomnij, bo może ci to rozjaśnić w głowie pewne kwestie. A teraz…
Niespodziewanie przedłużył pauzę, doprowadzając moje wścibskie i ciekawskie neurony do szaleństwa, aż zmusił mnie do odezwania się.
- Co? Co teraz? – burzyłam się. – Wysłówże się w końcu.
Wpierw odpowiedzią okazał się szeroki, zadowolony uśmiech, a następnie krótkie, acz treściwe wyjaśnienie:
- Relaks na plaży. Kompletnie bez myślenia o niczym, oprócz odpoczynku.
Znając mojego Mistrza, nawet to nie będzie tak proste, jak wszyscy byśmy tego chcieli.

Zachowanie rezerwy i dystansu do oczekiwań na temat tego, co potrafił naopowiadać Xan zawsze okazywało się być dobrym pomysłem, a nawet tarczą chroniącą psychikę przed przegrzaniem i przepaleniem co ważniejszych obwodów.
Jak zaproponował, tak całą grupą wybraliśmy się na wspólny, plażowy odpoczynek. Po trudnej rozmowie z Kai, nawet ona się do nas przyłączyła, ciesząc się z urody dnia. Byłam jednak zdziwiona jej decyzją, która okazała się twierdząca, pomimo sposobu, w jaki Xan zaprosił ją z drugą połówką.
- Ten taboret też z tobą idzie? – zapytał, wyciągając ku niebiosom nieziemsko czarne brwi. Gdy dziewczyna nie potrafiła w żaden sposób połączyć skrawków informacji w całość i domyśleć się, o co dokładnie mu chodziło, a potem adekwatnie odpowiedzieć, Xan uściślił: – No bo pełnowymiarowym krzesłem bym tego kurdupla nie nazwał.
Kai oczywiście zastosowała na nim jakieś metody uwalniania zirytowania i obiła mu ryj za bezczelność, ale ostatecznie z nami poszła i wcale nie wyglądała, jakby tego żałowała.
Słońce łaskawie grzało wszystkie nasze pięć ciał, gdyż Amcio oczywiście szalał jak dziki po piachu, niepomiernie szczęśliwy, że w końcu cała rodzina wyszła z nim na upragnione wakacje nad morzem. Co z tego, że odkąd pogodził się z Kimi, popierdalał po piachu codziennie przez bite pięć godzin w najgorszym słońcu. Liczył się fakt, że my wszyscy opalaliśmy się w okolicy, co diametralnie zmieniało jego postrzeganie spędzanego czasu.
- Te leżaczki to jeden z najlepszych zakupów, jaki dokonałeś w życiu, Orochi – chwaliłam czarnowłosego, czerpiąc niepohamowaną przyjemność z wygody miękkiego mebla.
- Były jako gratis do innego zestawu do domu – odparł, sącząc dystyngowanie ze słomki jakiś schłodzony napój w swej szklance. – Hurtowe zakupy zawsze bardziej się opłacają.
- I oszczędzają czas – poparłam go, lekko kiwając nawet przy tym głową.
Na pięciu rozstawionych mniej więcej w półkolu leżakach roztapiało się tyle samo naszych odkrytych na promienie słoneczne i posmarowanych najlepszymi olejkami ciał. Orcio rozpoczynał łańcuszek z mojej lewej strony, który przechodził przez Xana, mnie, Tomera i kończył się na Kai z drugiego brzegu po prawej stronie. Amaranth na zmianę biegał po plaży w towarzystwie Kimi i spał pod moim leżakiem, kiedy i młoda przychodziła na odpoczynek do swojego przyszywanego ojca, mrucząc przy tym przedziwne melodie, by ją przy sobie utulił.
Każde z nas było zaopatrzone w niezbędne na takie słońce okulary przeciwsłoneczne i coś schładzającego do picia, ale większość przez gorąco i tak dużą część czasu przysypiała. Tomer próbował mnie wyciągnąć do wody, bo po pół godziny opalanie się zawsze mu się nudziło, ale ja, jak najprawdziwsza jaszczurka, nie miałam najmniejszej ochoty tracić nagromadzonego ciepła w jednej chwili przy spotkaniu z chłodnymi falami morza. Dlatego w końcu się poddał, ale udobruchałam go obietnicą, że dołączę do niego za jakiś czas. Nie jestem bowiem typem, który wolałby cały dzień biernie się opalać. Po prostu wolniej mi się to nudziło niż jemu.
- Dobra, mam dla was trochę informacji – odezwał się nagle Orochimaru, wyciągając mnie z półsnu. Jego chrapliwy głos o niewątpliwie ciemnej barwie przykuł moją uwagę, gdy z ociąganiem otwierałam powieki, aby przez przypadek jednak nie zasnąć z powrotem. – Odezwał się do mnie mój kontakt po paru dniach.
W tym momencie, po mniej więcej dwudziestu minutach od rozmowy z chłopakiem na temat tego, że na pewno przyjdę z nim popływać, zaatakował mnie cały mokry Tomer, sypiąc we mnie deszczem zimnych, morskich kropelek z kosmyków włosów i ciała.
- Odpoczęłaś już? – mruknął, opierając się o podłokietniki mojego leżaka, jeszcze bardziej ochlapując mnie wodą. Zdjęłam z oczu okulary, żeby móc normalnie na niego popatrzeć, po czym uśmiechnęłam się niewinnie.
- Muszę jeszcze coś z nimi załatwić, chwilę poleżę i do ciebie idę, dobra? – odparłam, a dla wzmocnienia prawdziwości swych słów, przekupiłam go krótkim, ale miękkim całusem. Nie wyglądał na zadowolonego, że znowu go zbywam, ale zgodził się i odbiegł z powrotem w kierunku brzegu. Patrzyłam za nim chwilę, starając się nie zwracać uwagi na błyszczące w słońcu i od kropel wody blizny na jego plecach.
- Zabrzmiałaś trochę jak prawdziwa kobieta sukcesu, odkładająca na bok swoje życie prywatne, by dokończyć sprawy – stwierdził Orochi, przyglądając mi się ze swojego leżaka.
Posłałam mu zadowolony z siebie uśmiech, zmieniając myśli bieg.
- Bo jestem kobietą sukcesu. Mój czas to energia, a energia to siła, z której tworzy się potęga – odpowiedziałam całkowicie poważnie, a kończąc, skierowałam wzrok na mężczyznę bezpośrednio po mojej lewej. – Dlatego tak bardzo mnie wkurwia, kiedy marnujesz nasz czas, Xan.
Przyjął uwagę do wiadomości, ale nie dał się sprowokować. Nie miałam również tego na myśli, skoro oboje byliśmy w trakcie „urlopu”, choć powoli zaczynałam tracić poczucie, od czego tak naprawdę.
- Co prawda mieliśmy to na chwilę odłożyć, ale skoro coś wiesz, to mów – dołączył się Xan, leniwie popijając piwko. Na jego szczęście i dobre zdrowie nie szalał z tą alkoholizacją, więc też na razie nie darłam na niego o to japy.
Orochi powoli pociągnął parę łyków przez słomkę, po czym lepiej zarzucił na brzuch cienki, ciemny materiał. Twierdził, iż nie przepadał za zbytnim wystawianiem się na słońce, dlatego duża część jego ciała pozostawała jednak przed nim ochroniona, z wyjątkiem ciekawej blizny, obejmującej niemal całe lewe przedramię mężczyzny, przypominającej ostro zakończone niczym szpice łuski. Pokrywał ją ciemny tatuaż, ale całość jak zwykle mnie fascynowała. Do dziś nie miałam pojęcia, co symbolizowały zarówno tatuaże na jego rękach, jak i jaka historia kryła się za genezą takiego zranienia i braku chęci Orochiego do pozbycia się śladu po nim.
- Zatem – zaczął nawet nieco flegmatycznie, przyglądając się naszej oczekującej dwójce. – Dowiedziałem się, iż faktycznie, parka pasująca do waszego opisu jeszcze dwa dni temu, tak mniej więcej, była na planecie. W kosmoporcie nie uzyskali tego, po co przyszli i jak wnioskuję, było to albo pozwolenie na opuszczenie planety albo napotkali problemy ze swoim statkiem…
Tu składanie obszernego w informacje raportu zostało lekko zagłuszone przez cichy, niski i dość złowrogi chichot Xanatosa, ale gdy pytająco z Orochim na niego popatrzyliśmy, machnął jedynie ręką, ponaglając brata do kontynuowania przerwanego wątku.
- Mimo to udało im się wylecieć – dokończył, choć nie całkowicie, powstrzymując nasze pełnego sprzeciwu miny. – Nie wiem, skąd wzięli statek lub pozwolenie, ale Abregado-rae już dłużej ich nie gości. Dokąd się udali – nie mam pojęcia, bo tych informacji nie udało się zdobyć. Jeśli nadal wam zależy na znalezieniu ich, możemy uruchomić jakieś wspólne sieci i ich poszukać, ale to będzie dość mozolne, a opcji jest zbyt wiele, żeby jednocześnie było w zadowalającym procencie skuteczne.
Gdy już naprawdę przestał mówić, wymieniłam z Xanatosem porozumiewawcze spojrzenia. Odetchnęłam ciężko, mimowolnie pocierając czoło podczas przyswajania nowych informacji i dostosowywania się do zaktualizowanej sytuacji.
- Pewnie polecieli na Coruscant – wzruszył ramieniem Xan, ciągnąc kolejny łyk z butelki zroszonej kroplami. – Namieszałem im przy statku, założyłem nawet urządzenie śledzące, ale najwyraźniej Jedi był na to trochę za bystry. Poza tym trudno było mi tu dostać urządzenia dobrej jakości. W każdym razie hipernapęd nie nada się na zbyt wiele skoków, a stąd do światów jądra jest trochę daleko. Niemniej będą zmuszeni wrócić do stolicy, żeby złożyć raport i prosić o nowy sprzęt.
- Nie mam najmniejszej ochoty odwiedzać Coruscant – burknęłam cicho, jeszcze mocniej pocierając czoło. – Ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. W tej dalszej też nie.
Xan uśmiechnął się w ten jedynie sobie możliwy, acz o tak bardzo zróżnicowanym rodzaju działania sposób, który tak samo rozbrajająco roztapiał serca dam, jak budził we mnie najgorsze demony, ale konkretnie w tej chwili – uspokajał je.
- Nikt nas tam nie wysyła, a nasze dwuosobowe…
- Ekhm – chrząknął znacząco Orochi, zwracając na siebie uwagę brata.
- No dobrze, trzyosobowe – poprawił się z westchnieniem Xan. – Śledztwo nie jest aż tak ważne, aby za nimi gonić. Jestem pewny, że okazja sama się znajdzie. Moc nie bez powodu utrudniła nam tym razem spotkanie z nimi.
- Ponieważ sprawa dotyczy Coruscant, pozwolę sobie zgodzić się z tobą całkowicie i oddać woli Mocy a także twoim decyzjom – kiwnęłam głową, jakby pieczętując tym tymczasowe zakończenie poszukiwań Khana i jego aktualnego mistrza. – Dzięki za pomoc, Orochi.
Starszy brat mojego Mistrza wydawał się być zadowolonym z siebie, a krótkie, acz obecne słowo wdzięczności Xana tylko bardziej połechtało jego dumę. Byłam pewna, że teraz dzięki polepszonemu humorkowi nie da Xanowi spokoju, ale jakoś mi to nie przeszkadzało.
- Dobra – mruknęłam, wyciągając się na swoim leżaczku. – Idę do Tomera, zanim się chłopak z tęsknoty utopi.
Tak jak się spodziewałam, powitał moje nadejście z takim entuzjazmem, że aż miło było wychłodzić się w tym morzu po wielominutowym opalaniu. Jednakże moje wyobrażenie o wspólnym spędzaniu czasu pośród huku fal i pląsających w powietrzu kropel wody było zgoła inne od tego, które sprezentował mi chłopak. Miałam ochotę z nim popływać, porozmawiać, niewykluczone że powygłupiać się również, ale on ku mojemu niezadowoleniu zaczął od tego ostatniego, a do tego w jakiejś spotęgowanej formie, chlapiąc we mnie wodą jak automatyczna, nowoczesna spryskiwaczka do trawników.
- Aż tak ci się beze mnie nudziło? – burczałam, odklejając od czoła i policzków mokre pasma włosów, które wyrwały się z opresji gumki. Niektóre krople zostały mi również na rzęsach, powodując irytujące rozmycie obrazu po mruganiu.
Tomer w odpowiedzi przybrał niewinną minkę złotego chłopca, po czym wytłumaczył się:
- Chciałem cię tylko odpowiednio powitać. Byłem też ciekaw, czy po takim smażeniu zaczniesz skwierczeć od wody.
Spojrzałam na niego z politowaniem spod wilgotnych również brwi, ale po chwili uśmiechnęłam się mimowolnie, jakoś przegryzając tego suchara.
Później rzeczywiście moje domysły się spełniły i spędziliśmy razem w orzeźwiającym umysł wraz z ciałem oceanie bardzo przyjemne, wesołe i nawet w efekcie dość długie chwile. Raz po raz przyłączał się do nas Amaranth, chlapiąc wokół jeszcze bardziej od kosmyków długiej sierści, przemokniętej aż do samej skóry. Próbował wielokrotnie przekonać Kimi do zażycia kąpieli, ale nieważne, jak różnorodne metody stosował, bez asekuracji ojca młoda nie miała zamiaru moczyć czegokolwiek. Orcio natomiast, jak to wytłumaczył, nie posiadał w tamtej chwili humoru na taplanie się w falach, więc wspólna zabawa Amarantha i samicy varactyla musiała odbywać się tylko i wyłącznie na lądzie.
Gdy już ostatecznie wychodziłam z chłopakami z objęć kuszącego szeptem i dotykiem szmaragdowego oceanu, tęsknie żegnając się z kojącym działaniem fal na moje ciało, słońce planety powoli i leniwie zmierzało już ku zachodniemu horyzontowi, zwiastując stopniowe nadciąganie wieczoru, a po nim ciepłej nocy. Odczuwałam pozytywne, przyjemne znużenie, jednak nie na tyle intensywne, abym prędko zrobiła się zmęczona i śpiąca, ale wystarczające, bym teraz nastawiła się już bardziej na wyciszenie organizmu niż praktykowanie jeszcze wysiłku fizycznego w postaci jakichś ekscesów.
Całą trójką zmierzaliśmy w jednostajnym, niespiesznym tempie ku niewielkiemu pseudoobozowi, stworzonego z naszych pięciu leżaków, by złapać za ręczniki i wykorzystać do maksimum resztę dnia, zanim zaczniemy się wspólnie zbierać z powrotem do domu. Nie zdziwiłabym się, gdyby nasza grupka do tej pory się nieco wykruszyła, ale jednak Orochi wolał doglądać Kimi, póki była na powietrzu, a także Kai nigdzie nie zniknęła. Szukałam wzrokiem Xana, zastanawiając się w myślach, gdzie ten kutas znowu się podział. Czułam go wyraźnie w swoim bliskim otoczeniu, więc nie mogłam odgadnąć, jak się schował.
Dopiero po pokonaniu pewnej odległości od brzegu zaczęłam zauważać więcej szczegółów z oddali. Widziałam wcześniej sylwetkę Kai, siedzącej wygodnie na piasku nad jakąś bliżej nieokreśloną, wypukłą figurą, wyglądającą mniej lub bardziej jak niewielka wydma. Teraz jednak wszystko nabrało należytej ostrości, a kilka zagadek rozwiązało się na raz.
Xan leżał zakopany w piachu po samą szyję, wyglądał więc jak obklejona wodorostami czerwonawa piłka do grav-balla. Na nosie miał wciąż swoje ciemne okulary, a długie kołtuny włosia ktoś rozłożył mu ładnie dookoła głowy, niczym jakaś czarna, świetlista aureolka. Nie zmieniało to jednak przyrównania do morskich, długich glonów, bo w słabszym świetle gasnącego dla naszej części planety słońca, jego włosy straciły swój blask i wydawały się matowe. Niemniej, to, co wcześniej było dla mnie niezidentyfikowaną wypukłością terenu, przybrało już dokładne, wyraźne kształty. I to kurwa jakie.
Ponieważ to Kai siedziała przy nim, a uśmiechający się szubrawo Orochi na swoim leżaku, to jej przypisałam autorstwo tego niesamowitego rękodzieła. Do samotnie wystającej nad poziom gruntu głowy Xanatosa z wilgotnego piachu został dorobiony niemal cały tułów. Mój Mistrz bowiem stał się nagle dumnym posiadaczem wydatnego, sporego biustu, płaskiego, gładkiego brzucha z małym pępkiem oraz pięknie skleconej kiecki z różnobarwnych, długich liści. Oczywiście jego cyce ubrane były w klimatyczny, fikuśny stanik z dwóch dużych muszelek o bardzo ciekawym wzorze na skorupie.
Najbardziej podobała mi się jego spódniczka, zupełnie nie pasująca do tej zapijaczonej, uchachanej mordy, ale za to posiadająca tak przyjemne kolory. Czerwone liście na zmianę przeplatane były z niebieskawymi, zielonymi oraz żółtymi. Nawet Kimi dołożyła coś od siebie i z boku ubranka sterczało mu śliczne, połyskujące swoim własnym światłem piórko.
Gdy stałam już nad nim, skończywszy doglądać dokładnie jego nowopowstałą aparycję, zagwizdałam z uznaniem.
- No kurwa, Xan, takich cycków to każda kobieta mogłaby ci zazdrościć – skomentowałam i popatrzyłam na Kai, aby sprawdzić moje przypuszczenia. – Ty jesteś ich autorką?
Dziewczyna uśmiechała się nieco wrednie, ale jednocześnie z jakimś zadowoleniem, które odczytałam jako zwyczajne czerpanie frajdy z dość prostych czynności, a wrednawy posmak był zapewne zarezerwowany dla Xana.
- Ich oraz całej reszty, którą teraz może poszczycić się ten brudas – odpowiedziała mi dumnie.
- No, kurwa, zasnąłem sobie na chwilę, a ta już mnie wzięła zakopała, cycki dorobiła, dobrze że chuja nie obcięła – dołączył się Xan z komentarzem i choć nie był pijany, to już lekko go wcięło, co dało się wyczuć zarówno w sposobie jego mówienia, jak i wyziewu z ust. Nawet jeśli miał je nisko, to mój nos i tak wszystko znajdował. – Ale… kuurwa, takie cycuszki to ja mógłbym mieeć.
Prychnęłam cicho, kierując się już do swojego leżaka po ręcznik, który był zawieszony na jego oparciu. Tomer z Amaranthem uśmiechali się z dzieła Kai, ale póki co stronili od wyrażania własnych opinii.
- Nie byłoby wtedy z ciebie już żadnego pożytku, bo cały dzień spędzałbyś na bawieniu się nimi – odparłam, wycierając sobie głowę i ramiona. Xan zarzucił szerokim uśmiechem, po którym samym, bez dalszych słów, dobrze wiedziałam, o czym myślał.
- Tak faktycznie mogłoby być – mruknął mimo wszystko, tonem lekko odbiegającym w marzycielskie nuty. Po chwili westchnął, wielce zmartwiony. – Ale niestety, nie mam, więc trzeba sobie inaczej rekompensować braki.
Tym razem Kai prychnęła, kręcąc głową, ale jakoś obie miałyśmy najwyraźniej zbyt dobre nastroje, aby najeżdżać na tego cepa bardziej niż zwykle. Po chwili jednak oczy dziewczyny zabłysły tak jasno, jakby wystrzeliła zza nich supernowa.
- Ah, to dlatego tak ciągnie cię do tego Amarantha. Braki w gatkach też trzeba sobie jakoś rekompensować, hm, książę?
Jeśli wcześniej myślałam, że jego ryj był czerwony, to chyba nie znałam pełnego spektrum zakresu tej barwy. Xan wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć, a wszystko potęgował zapewne fakt, że przez wielką górę piasku na sobie nie był w stanie się ruszyć.
- Przestaniesz ty w końcu?! – warknął, wierzgając tylko głową, aż niestety zruszył swoją powabną aureolkę. – Mogę ci udowodnić, że w tej kwestii akurat nie mam żadnych braków.
Początkowe wkurwienie przemienił na rzecz propozycji w zupełnie inne brzmienie głosu, zdecydowanie zbyt obiecujące jak na moje niewinne uszy.
Dziewczyna westchnęła tylko, kiedy wstawała powoli z klęczek. Otrzepała się dokładnie z ziarenek piasku, które natarczywie ją obległy, po czym odwróciła się tyłem do mojego Mistrza, złapała za swoje rzeczy przy leżaku i, odchodząc, dopiero odrzekła:
- Twoja subiektywna opinia w ogóle mnie nie interesuje.
Zostawiła go w tym piachu, jeszcze coś do niej krzyczącego, jednak bez skutku. Orochi chichotał z całej sytuacji, a Amaranth, po krótkiej chwili zakłopotania, także razem z Tomerem się już cicho śmiał, szczególnie z satysfakcji, jak bardzo bezbronny był teraz Xanatos.
- Kimi zasypia, słońce zachodzi, pierwsze osoby ulatniają się do domu – podsumowywał nasz gospodarz. – Czas się zbierać.
Wszyscy, łącznie z Xanem, zgodziliśmy się z tym osądem, więc ten, kto mógł, tak samo zbierał rzeczy pod pachę i spokojnie kierował się ku willi.
- Ej! Kurwa, a ja?! Odkopie mnie ktoś? – wrzeszczała biedna, czarnowłosa plażowa syrenka, kiedy nikt nawet nie wykazał zamiaru jakkolwiek uwolnić go spod tego piachu. – Nie zmuszajcie mnie do użycia Mocy!
Na tę ostatnią kryptogroźbę nie potrafiłam pozostać milcząca.
- Żebyś ty po alko jeszcze był w stanie to robić bez przeszkód.
Ostatnie, co słyszałam, odchodząc z idealnie złowrogim uśmiechem na ustach, były wkurwione krzyki Mistrza oraz szelest przesuwających się ziarenek piasku, gdy w nieudolnych próbach starał się odzyskać swoje prawdziwe ciało.
W optymistycznej wersji przyszłości do rana może się i wygrzebie.